11.09.2024, 12:18 ✶
- To są duchy w Hogwarcie - niemal wszedł jej w słowo, prawie również wywracając przy tym oczami - oczywiście, że duchy w Hogwarcie są wyjątkowe. Przecież to jest Hogwart - podkreślił, jakby miał do czynienia z wyjątkową ignorantką.
Oczywiście, miała rację, ale przecież nie o to chodziło, żeby jej ją przyznać. Tak, znał Jęczącą Martę i całą resztę tamtego towarzystwa. Duchy nosiły okulary, podzwaniały niematerialnymi łańcuchami, miały przy sobie rzeczy, których nie powinny zabrać na Tamten Świat. A jednak ponownie: nie chodziło mu o to, żeby być zgodnym z prawdą, tylko o to, żeby postawić na swoim.
- Poza tym, gdybyś ją tak dobrze znała to wiedziałabyś, że strąciła je z nosa zanim umarła. Zgubiła je pół dnia przed tym, dlatego udusiła się gumami, bo nie widziała znaków ostrzegawczych - poinformował ją.
Cały czas starał się brzmieć jak ktoś, kogo bawiło jej niedoinformowanie. Jakże mogła nie wiedzieć takich prostych faktów, nie znać powszechnie znanych detali, które wymyślił na poczekaniu. Coraz bardziej zapętlała się w tych swoich historyjkach aż tu nagle płynnie, zatrważająco naturalnie przeszła do postulatów ludobójstwa. Zamrugał parokrotnie.
- A jednak to z Panny słodziutkich usteczek wydobywają się nawoływania do rzezi niewiniątek - zaoponował z niemałym rozbawieniem.
To było jeszcze bardziej makabryczne z uwagi na prezencję osoby, która wypowiadała te słowa i sposobu, z jaką lekkością to robiła.
A potem zaczęła dbać o dziko żyjące pająki. Dosłownie minuty, jak nie sekundy po tym, kiedy kwestionowała sens dbania o słabsze dzieci, najpewniej chcąc je rzucać tym pająkom na pożarcie.
- Jeśli tak bardzo zależy ci na ich populacji, to może pójdziesz... ...no, nie wiem?... ...do domu?... ...masz jakiś?... ...i przyniesiesz ze dwa własne? Jestem pewien, że się szybko zasymilują z tymi tu. Tylko nie bierz krzyżaków. Krzyżacy na ogół nie potrafią współpracować. Weź inne. Mogą być kątniki - zasugerował. Wcale nie chciał się jej pozbyć. Naprawdę.
Chodziło mu wyłącznie o to, żeby zniknęła z Kniei i znalazła sobie jakieś inne miejsce, w którym maltretowałaby ludzi swoimi wymysłami. To mógłby być jakikolwiek inny las. Ambroise nie był wybredny. Dopóki nie miałby to być ten jego i jego rodziny, każdy byłby dostatecznie dobry. Co lepsze, w każdym mogła sobie wymyślić nowego ducha. Czyż to nie było fascynujące?
- Nazywasz Ducha Kniei szkodnikiem? - Spytał głośno, przysłaniając ręką usta. - Chcesz ją rozjuszyć?
Niemożliwe. Skandaliczne. Ani trochę niezgodne z tym, co sugerowała, ale przecież chwilę wcześniej mówiła, że duch wywoływał wichury. To znaczyło, że potrząsał większą liczbą drzew jednocześnie. A to oznaczało, że martwa Macmillanówna była większym szkodnikiem niż on. Szach-mat.
Jak dla niego, żyjąca dziewczyna mogła być nawet samą córką Godryka Gryffindora. Nieistotne, że nie było to fizycznie możliwe. Bez wahania wziął ją za Macmillanównę. Najpewniej z nieprawego łoża, skoro nie przypominała zbyt wielu kobiet z rodziny. Mówiła bardzo wiele o tej rodzinie, więc musiała być z nimi spokrewniona. Choć może ta cała fascynacja brała się z bycia nieuznanym bękartem? To wyjaśniałoby trzymanie jej w piwnicy i porzucenie w głębokim lesie a teraz to niezwykłe zachowanie, gdy nazwał ją Macmillanem.
- No patrz - cmoknął zawiedziony - najpewniej poszła z tymi jeżynami sprawdzić, czy cię nie ma w domu. Jeśli się pospieszysz, może ją jeszcze dogonisz - zawyrokował z równą teatralnością.
Naprawdę, czy tak ciężko było się jej pozbyć? Już raz spadła z drzewa i jakimś cudem nadal chciała na nie wchodzić a nie na przykład...
...wrócić grzecznie do domu?
Powoli zaczynał wierzyć w to, że go faktycznie nie miała.
- Mielibyśmy tutaj już dwa duchy Macmillanów. To dwa razy więcej zabezpieczeń - przytaknął sam sobie, ochoczo kiwając przy tym głową - wyobraź to sobie, tamta nie byłaby taka smutna a ty miałabyś jakichkolwiek przyjaciół - tak, zgadza się.
Sugerował, że ich nie miała. Stanowczo zbyt dużo gadała jak na kogoś, kto miałby mieć jakieś towarzystwo, które by z nią wytrzymało. W końcu już doszedł do tego, że jej rodzina ją tu podrzuciła. Chcieli się pozbyć gadatliwego, namolnego członka rodziny, więc porzucili ją w lesie i kazali szukać przyjaźni wśród duchów. Wymowne.
Oczywiście, miała rację, ale przecież nie o to chodziło, żeby jej ją przyznać. Tak, znał Jęczącą Martę i całą resztę tamtego towarzystwa. Duchy nosiły okulary, podzwaniały niematerialnymi łańcuchami, miały przy sobie rzeczy, których nie powinny zabrać na Tamten Świat. A jednak ponownie: nie chodziło mu o to, żeby być zgodnym z prawdą, tylko o to, żeby postawić na swoim.
- Poza tym, gdybyś ją tak dobrze znała to wiedziałabyś, że strąciła je z nosa zanim umarła. Zgubiła je pół dnia przed tym, dlatego udusiła się gumami, bo nie widziała znaków ostrzegawczych - poinformował ją.
Cały czas starał się brzmieć jak ktoś, kogo bawiło jej niedoinformowanie. Jakże mogła nie wiedzieć takich prostych faktów, nie znać powszechnie znanych detali, które wymyślił na poczekaniu. Coraz bardziej zapętlała się w tych swoich historyjkach aż tu nagle płynnie, zatrważająco naturalnie przeszła do postulatów ludobójstwa. Zamrugał parokrotnie.
- A jednak to z Panny słodziutkich usteczek wydobywają się nawoływania do rzezi niewiniątek - zaoponował z niemałym rozbawieniem.
To było jeszcze bardziej makabryczne z uwagi na prezencję osoby, która wypowiadała te słowa i sposobu, z jaką lekkością to robiła.
A potem zaczęła dbać o dziko żyjące pająki. Dosłownie minuty, jak nie sekundy po tym, kiedy kwestionowała sens dbania o słabsze dzieci, najpewniej chcąc je rzucać tym pająkom na pożarcie.
- Jeśli tak bardzo zależy ci na ich populacji, to może pójdziesz... ...no, nie wiem?... ...do domu?... ...masz jakiś?... ...i przyniesiesz ze dwa własne? Jestem pewien, że się szybko zasymilują z tymi tu. Tylko nie bierz krzyżaków. Krzyżacy na ogół nie potrafią współpracować. Weź inne. Mogą być kątniki - zasugerował. Wcale nie chciał się jej pozbyć. Naprawdę.
Chodziło mu wyłącznie o to, żeby zniknęła z Kniei i znalazła sobie jakieś inne miejsce, w którym maltretowałaby ludzi swoimi wymysłami. To mógłby być jakikolwiek inny las. Ambroise nie był wybredny. Dopóki nie miałby to być ten jego i jego rodziny, każdy byłby dostatecznie dobry. Co lepsze, w każdym mogła sobie wymyślić nowego ducha. Czyż to nie było fascynujące?
- Nazywasz Ducha Kniei szkodnikiem? - Spytał głośno, przysłaniając ręką usta. - Chcesz ją rozjuszyć?
Niemożliwe. Skandaliczne. Ani trochę niezgodne z tym, co sugerowała, ale przecież chwilę wcześniej mówiła, że duch wywoływał wichury. To znaczyło, że potrząsał większą liczbą drzew jednocześnie. A to oznaczało, że martwa Macmillanówna była większym szkodnikiem niż on. Szach-mat.
Jak dla niego, żyjąca dziewczyna mogła być nawet samą córką Godryka Gryffindora. Nieistotne, że nie było to fizycznie możliwe. Bez wahania wziął ją za Macmillanównę. Najpewniej z nieprawego łoża, skoro nie przypominała zbyt wielu kobiet z rodziny. Mówiła bardzo wiele o tej rodzinie, więc musiała być z nimi spokrewniona. Choć może ta cała fascynacja brała się z bycia nieuznanym bękartem? To wyjaśniałoby trzymanie jej w piwnicy i porzucenie w głębokim lesie a teraz to niezwykłe zachowanie, gdy nazwał ją Macmillanem.
- No patrz - cmoknął zawiedziony - najpewniej poszła z tymi jeżynami sprawdzić, czy cię nie ma w domu. Jeśli się pospieszysz, może ją jeszcze dogonisz - zawyrokował z równą teatralnością.
Naprawdę, czy tak ciężko było się jej pozbyć? Już raz spadła z drzewa i jakimś cudem nadal chciała na nie wchodzić a nie na przykład...
...wrócić grzecznie do domu?
Powoli zaczynał wierzyć w to, że go faktycznie nie miała.
- Mielibyśmy tutaj już dwa duchy Macmillanów. To dwa razy więcej zabezpieczeń - przytaknął sam sobie, ochoczo kiwając przy tym głową - wyobraź to sobie, tamta nie byłaby taka smutna a ty miałabyś jakichkolwiek przyjaciół - tak, zgadza się.
Sugerował, że ich nie miała. Stanowczo zbyt dużo gadała jak na kogoś, kto miałby mieć jakieś towarzystwo, które by z nią wytrzymało. W końcu już doszedł do tego, że jej rodzina ją tu podrzuciła. Chcieli się pozbyć gadatliwego, namolnego członka rodziny, więc porzucili ją w lesie i kazali szukać przyjaźni wśród duchów. Wymowne.