11.09.2024, 15:41 ✶
- Powinnaś się doszkolić - ocenił. - Na okoliczność zetknięcia się z nimi gdzieś w głuszy. Tam nie będę mógł ci pomóc - tak, sugerował, że jeśli tutaj przypadkiem dotknęłaby czegoś niewłaściwego to mógłby jej pomóc.
Oczywiście, nie zachęcał Yaxley do macania wszystkich roślin po kolei. W tym stanie nie nadawał się na nauczyciela, ale przy czymś tam mógł jej doradzić, gdyby tego potrzebowała. W tej kwestii doświadczenie było niezbędne. Najwidoczniej do mordowania już nie. Przynajmniej w oczach Geraldine.
- Muszę się nie zgodzić - powiedział krótko. - Mogło być dużo gorzej, gdyby nie ono. Dłużej, nie tak... ...gładko - prawie wypluł ostatnie słowo.
Tak, pacjent mógł dusić się przez długie minuty. Doznać więcej bólu tylko dlatego, że źle złapałby poduszkę. To był niechlubny przypadek wykorzystania doświadczenia.
- Więcej niż tamto? - Spytał bez ogródek. Niepokornie, prześmiewczo, bardzo ponuro.
Na więcej niż zabicie drugiego, bezbronnego człowieka?
Nawet jeśli tamten już umierał, powinni dać mu umrzeć w swoim czasie. Sytuacja zmusiła ich do szybszego, bardziej bezwzględnego działania, więc musieli żyć z tą decyzją. Zamknąć tę sprawę raz na zawsze. Rozmówić się ze sobą i postarać się wepchnąć te wspomnienia do zakurzonego pudełka na strychu niepamięci. Problem w tym, że próbował to zrobić, ale nie potrafił. Topiąc wyrzuty sumienia w alkoholu i próbując odgonić je razem z chorobą, czuł się strasznie niepodatny na własne próby zażegnania obu kryzysów.
- Powinnaś mierzyć wyżej - polecił jej, choć sam mierzył teraz bardzo nisko.
Mniej więcej na wysokość butelki z bimbrem dzieloną przez jedną drugą wysokości szklanki z herbatą. Geraldine trzymała się lepiej. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wyglądała bardzo normalnie. Najwyraźniej wróciła także do zwykłego stylu życia.
- Na Nokturnie? Rzetelne miejsce, żeby zbierać informacje. Próbowałaś przyczaić się pod latarnią, rozumiem - nie ukrywał, że ta wieść bardziej go zirytowała niż wprawiła w zachwyt nad umiejętnościami kamuflażu Geraldine.
Jasne, nie wiedział o niej zbyt wiele. Prawie nic, jeśli miał być szczery. Była łowczynią i kłusowniczką, mogła być bardzo dobra w kryciu się w cieniu. To nie zmieniało faktu, że wyraźnie prosił ją o ostrożność i powstrzymanie się przed różnymi nielegalnymi aktywnościami. Tymczasem sama mu sugerowała, że miała gdzieś ich niepisaną umowę. Nawet jeśli tylko przypadkiem zabłąkała się na Nokturn...
...nie no, kurde, nie wierzył w to, że mogłaby to zrobić. Nie mogłaby przypadkiem trafić na tamtą ulicę. Była zbyt inteligentna i za bardzo znała się na topografii miasta. Udowodniła to, kiedy wymykali się bocznymi uliczkami, żeby zniknąć z Londynu zanim teleportują się do tamtego lasu. Pamiętna noc nie była zbyt wyraźna w jego wspomnieniach. Tłumione nerwy spowodowały wiele luk, ale to jedno wiedział. Geraldine nigdzie nie znalazłaby się przypadkiem. To oznaczało, że celowo poszła na Nokturn. A to naruszyło te kruche fundamenty zaufania, jakie dla niej miał. Nie powiedział tego na głos, ale jego spojrzenie stwardniało.
- Sprzedawał je tam w miarę regularnie. Chyba nie codziennie, dlatego nikt się nie zorientował, ale po kilku dniach jego nieobecność najpewniej zaczęła być odczuwalna - zamiast zarzucać jej złamanie warunków umowy, zwrócił się ku wyjaśnieniu tego, dlaczego musiał minąć jakiś czas zanim klienci Billy'ego dostrzegli coś podejrzanego.
O jego nieoficjalnej klienteli nic nie wiedział. Nie mógł wyrokować czy ktoś był umówiony z Farciarzem w celu odebrania nielegalnie pozyskanego błotoryja. Prawdopodobnie tak. Mimo to cała sprawa zaczęła wychodzić na jaw dopiero wtedy, kiedy to ludzie na Pokątnej zorientowali się, że nie mogą kupić swoich gazet. Jeżeli ktokolwiek rozpuszczał mniej jawne wici na Nokturnie, może Geraldine to wiedziała, ale chwilowo nie dzieliła się z nim żadnymi konkretnymi informacjami. Nie wiedział czy jeszcze może jej ufać, skoro grunt zaczął palić się pod nogami.
- Nie - przyznał bez zbędnego zastanowienia, bo nie widział nawet tego truchła, które było przyczyną całego zamieszania.
To w geście Yaxleyówny było pozbycie się tamtego dowodu. Wtedy ufał jej, że to zrobiła. Wspomnienie o Nokturnie naruszyło także to przekonanie, ale znowu wybrał milczenie. Nie pytał o to, co zrobiła z błotoryjem. Nie chciał wiedzieć. Jeśli go sprzedała, wolał nie mieć tej świadomości, żeby nie musieć podważać resztek zaufania, jakie do siebie mieli.
- Przynajmniej to nie jawny rodzinny biznes - skwitował z zastanowieniem.
Mógł odczuwać ulgę na myśl, że to nie byli Rosierowie, ale należało dopuścić możliwość, że rodzina Williama kręciła jakieś poza modowe interesy na boku. Tak czy inaczej, nie mieli żadnego nowego tropu w związku ze zleceniodawcą mężczyzny. Nie posunęli się ani o krok.
Oczywiście, nie zachęcał Yaxley do macania wszystkich roślin po kolei. W tym stanie nie nadawał się na nauczyciela, ale przy czymś tam mógł jej doradzić, gdyby tego potrzebowała. W tej kwestii doświadczenie było niezbędne. Najwidoczniej do mordowania już nie. Przynajmniej w oczach Geraldine.
- Muszę się nie zgodzić - powiedział krótko. - Mogło być dużo gorzej, gdyby nie ono. Dłużej, nie tak... ...gładko - prawie wypluł ostatnie słowo.
Tak, pacjent mógł dusić się przez długie minuty. Doznać więcej bólu tylko dlatego, że źle złapałby poduszkę. To był niechlubny przypadek wykorzystania doświadczenia.
- Więcej niż tamto? - Spytał bez ogródek. Niepokornie, prześmiewczo, bardzo ponuro.
Na więcej niż zabicie drugiego, bezbronnego człowieka?
Nawet jeśli tamten już umierał, powinni dać mu umrzeć w swoim czasie. Sytuacja zmusiła ich do szybszego, bardziej bezwzględnego działania, więc musieli żyć z tą decyzją. Zamknąć tę sprawę raz na zawsze. Rozmówić się ze sobą i postarać się wepchnąć te wspomnienia do zakurzonego pudełka na strychu niepamięci. Problem w tym, że próbował to zrobić, ale nie potrafił. Topiąc wyrzuty sumienia w alkoholu i próbując odgonić je razem z chorobą, czuł się strasznie niepodatny na własne próby zażegnania obu kryzysów.
- Powinnaś mierzyć wyżej - polecił jej, choć sam mierzył teraz bardzo nisko.
Mniej więcej na wysokość butelki z bimbrem dzieloną przez jedną drugą wysokości szklanki z herbatą. Geraldine trzymała się lepiej. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wyglądała bardzo normalnie. Najwyraźniej wróciła także do zwykłego stylu życia.
- Na Nokturnie? Rzetelne miejsce, żeby zbierać informacje. Próbowałaś przyczaić się pod latarnią, rozumiem - nie ukrywał, że ta wieść bardziej go zirytowała niż wprawiła w zachwyt nad umiejętnościami kamuflażu Geraldine.
Jasne, nie wiedział o niej zbyt wiele. Prawie nic, jeśli miał być szczery. Była łowczynią i kłusowniczką, mogła być bardzo dobra w kryciu się w cieniu. To nie zmieniało faktu, że wyraźnie prosił ją o ostrożność i powstrzymanie się przed różnymi nielegalnymi aktywnościami. Tymczasem sama mu sugerowała, że miała gdzieś ich niepisaną umowę. Nawet jeśli tylko przypadkiem zabłąkała się na Nokturn...
...nie no, kurde, nie wierzył w to, że mogłaby to zrobić. Nie mogłaby przypadkiem trafić na tamtą ulicę. Była zbyt inteligentna i za bardzo znała się na topografii miasta. Udowodniła to, kiedy wymykali się bocznymi uliczkami, żeby zniknąć z Londynu zanim teleportują się do tamtego lasu. Pamiętna noc nie była zbyt wyraźna w jego wspomnieniach. Tłumione nerwy spowodowały wiele luk, ale to jedno wiedział. Geraldine nigdzie nie znalazłaby się przypadkiem. To oznaczało, że celowo poszła na Nokturn. A to naruszyło te kruche fundamenty zaufania, jakie dla niej miał. Nie powiedział tego na głos, ale jego spojrzenie stwardniało.
- Sprzedawał je tam w miarę regularnie. Chyba nie codziennie, dlatego nikt się nie zorientował, ale po kilku dniach jego nieobecność najpewniej zaczęła być odczuwalna - zamiast zarzucać jej złamanie warunków umowy, zwrócił się ku wyjaśnieniu tego, dlaczego musiał minąć jakiś czas zanim klienci Billy'ego dostrzegli coś podejrzanego.
O jego nieoficjalnej klienteli nic nie wiedział. Nie mógł wyrokować czy ktoś był umówiony z Farciarzem w celu odebrania nielegalnie pozyskanego błotoryja. Prawdopodobnie tak. Mimo to cała sprawa zaczęła wychodzić na jaw dopiero wtedy, kiedy to ludzie na Pokątnej zorientowali się, że nie mogą kupić swoich gazet. Jeżeli ktokolwiek rozpuszczał mniej jawne wici na Nokturnie, może Geraldine to wiedziała, ale chwilowo nie dzieliła się z nim żadnymi konkretnymi informacjami. Nie wiedział czy jeszcze może jej ufać, skoro grunt zaczął palić się pod nogami.
- Nie - przyznał bez zbędnego zastanowienia, bo nie widział nawet tego truchła, które było przyczyną całego zamieszania.
To w geście Yaxleyówny było pozbycie się tamtego dowodu. Wtedy ufał jej, że to zrobiła. Wspomnienie o Nokturnie naruszyło także to przekonanie, ale znowu wybrał milczenie. Nie pytał o to, co zrobiła z błotoryjem. Nie chciał wiedzieć. Jeśli go sprzedała, wolał nie mieć tej świadomości, żeby nie musieć podważać resztek zaufania, jakie do siebie mieli.
- Przynajmniej to nie jawny rodzinny biznes - skwitował z zastanowieniem.
Mógł odczuwać ulgę na myśl, że to nie byli Rosierowie, ale należało dopuścić możliwość, że rodzina Williama kręciła jakieś poza modowe interesy na boku. Tak czy inaczej, nie mieli żadnego nowego tropu w związku ze zleceniodawcą mężczyzny. Nie posunęli się ani o krok.