11.09.2024, 20:25 ✶
Maszerując dziarsko w kierunku windy przeszło jej przez myśl, że mogła go nieco wystraszyć.
Stawanie twarzą w twarz z nieuniknionym wprawiało niektórych ludzi w dyskomfort; wyglądało na to, że Bulstrode należał do grona bojaźliwych. A może ten wyraz twarzy nie był znamionami strachu, a zdziwienia? Może nie wiedział, jak głęboko w jego podświadomości wyryta jest ta kobieta, że uczucia, którymi ją darzy odbijają się w błękicie jego oczu? Czy nigdy nie widział się w lustrze?
Mogła wieść zachować dla siebie, pozostawić przyszłość niewypowiedzianą, ale przecież nie zmieniłoby to wszem i wobec znanego faktu, że przeznaczeniu nie da się uciec. Choć szczerze mówiąc, nawet gdyby zawczasu poznała jego reakcję, i tak mogłaby nie być w stanie trzymać buzi na kłódkę - kiedy tylko skrzyżowała spojrzenie z Atreusem, jej oczy przestały widzieć teraźniejszość. Korytarze ministerstwa rozmyły się, przepadły w odmętach przeszłości, a przed jej obliczem stała tylko ich dwójka, ten auror i brązowowłosa kobieta.
Nawet nie poczuła ruchu własnych warg, kiedy oznajmiła mu początek leżący w pocałunku. Powtórzyła po głosie we własnej głowie niczym marionetka, ze spojrzeniem nieobecnym i pustym. Wyrwała się z wizji dopiero wtedy, kiedy usłyszała swój własny głos.
Uśmiechała się mówiąc, że los prowadzi chętnych i ciągnie za sobą niechętnych. Nie miała złych intencji, to nie była przestroga - wiedziała, że jego losem jest ta dziewczyna i jeśli jej na to pozwoli, poprowadzi go do jego przeznaczenia.
Drogę windą w dół przebyli w ciszy. Niechybnie była niekomfortowa dla jej towarzysza, dla Scylli nigdy nie było cicho. Szmery i szepty w głowie słyszała zawsze. Nie chciała zbyt wiele mówić do Atreusa, bo wiedziała, że potrzebuje przeprocesować oświadczenie oczywistego sprzed chwili. Mężczyźni bardzo specyficznie podchodzili do pozytywnych emocji.
Szła szybko i bez wahania, bo wiedziała, gdzie ma iść. Tym razem nie pomogło jej trzecie oko, po prostu ta pani w recepcji była bardzo rzeczowa i przemiła. Bulstrode się nieco ociągał, ale może to otępienie ich pierwszym starciem.
- Hej! To ja! - Zaświergotała wręcz, machając do Rodolphusa. Ucieszyła się na jego widok, a komentarz Atreusa puściła mimo uszu. Albo może po prostu nie odebrała go jako negatywny, bo kontekst tej wypowiedzi zupełnie przeleciał jej nad głową. - Skąd? Jestem z Londynu - odpowiedziała zupełnie szczerze, nie rozumiejąc skądinąd miałaby być. Może powinna dodać, że urodziła się na Ścieżkach?
Podeszła, aby przywitać się z Rodolphusem, ale jej uwagę odciągnęły leżące na stole maski. Odruchowo wyciągnęła ku nim palce, chcąc dotknąć tej pozszywanej z ludzkich skór.
- A więc to są te rekwizyty siewcy chaosu... - mruknęła bardziej do siebie niż do pozostałych, zatrzymując palce tuż nad powierzchnią przedmiotu. Chyba właśnie ją olśniło i wreszcie dostała kontekst do własnej wizji z przeszłości. Czasem nawet Scylla nie rozumiała, co widzi. Sens swoich objawień często docierał do niej już po szkodzie.
Stawanie twarzą w twarz z nieuniknionym wprawiało niektórych ludzi w dyskomfort; wyglądało na to, że Bulstrode należał do grona bojaźliwych. A może ten wyraz twarzy nie był znamionami strachu, a zdziwienia? Może nie wiedział, jak głęboko w jego podświadomości wyryta jest ta kobieta, że uczucia, którymi ją darzy odbijają się w błękicie jego oczu? Czy nigdy nie widział się w lustrze?
Mogła wieść zachować dla siebie, pozostawić przyszłość niewypowiedzianą, ale przecież nie zmieniłoby to wszem i wobec znanego faktu, że przeznaczeniu nie da się uciec. Choć szczerze mówiąc, nawet gdyby zawczasu poznała jego reakcję, i tak mogłaby nie być w stanie trzymać buzi na kłódkę - kiedy tylko skrzyżowała spojrzenie z Atreusem, jej oczy przestały widzieć teraźniejszość. Korytarze ministerstwa rozmyły się, przepadły w odmętach przeszłości, a przed jej obliczem stała tylko ich dwójka, ten auror i brązowowłosa kobieta.
Nawet nie poczuła ruchu własnych warg, kiedy oznajmiła mu początek leżący w pocałunku. Powtórzyła po głosie we własnej głowie niczym marionetka, ze spojrzeniem nieobecnym i pustym. Wyrwała się z wizji dopiero wtedy, kiedy usłyszała swój własny głos.
Uśmiechała się mówiąc, że los prowadzi chętnych i ciągnie za sobą niechętnych. Nie miała złych intencji, to nie była przestroga - wiedziała, że jego losem jest ta dziewczyna i jeśli jej na to pozwoli, poprowadzi go do jego przeznaczenia.
Drogę windą w dół przebyli w ciszy. Niechybnie była niekomfortowa dla jej towarzysza, dla Scylli nigdy nie było cicho. Szmery i szepty w głowie słyszała zawsze. Nie chciała zbyt wiele mówić do Atreusa, bo wiedziała, że potrzebuje przeprocesować oświadczenie oczywistego sprzed chwili. Mężczyźni bardzo specyficznie podchodzili do pozytywnych emocji.
Szła szybko i bez wahania, bo wiedziała, gdzie ma iść. Tym razem nie pomogło jej trzecie oko, po prostu ta pani w recepcji była bardzo rzeczowa i przemiła. Bulstrode się nieco ociągał, ale może to otępienie ich pierwszym starciem.
- Hej! To ja! - Zaświergotała wręcz, machając do Rodolphusa. Ucieszyła się na jego widok, a komentarz Atreusa puściła mimo uszu. Albo może po prostu nie odebrała go jako negatywny, bo kontekst tej wypowiedzi zupełnie przeleciał jej nad głową. - Skąd? Jestem z Londynu - odpowiedziała zupełnie szczerze, nie rozumiejąc skądinąd miałaby być. Może powinna dodać, że urodziła się na Ścieżkach?
Podeszła, aby przywitać się z Rodolphusem, ale jej uwagę odciągnęły leżące na stole maski. Odruchowo wyciągnęła ku nim palce, chcąc dotknąć tej pozszywanej z ludzkich skór.
- A więc to są te rekwizyty siewcy chaosu... - mruknęła bardziej do siebie niż do pozostałych, zatrzymując palce tuż nad powierzchnią przedmiotu. Chyba właśnie ją olśniło i wreszcie dostała kontekst do własnej wizji z przeszłości. Czasem nawet Scylla nie rozumiała, co widzi. Sens swoich objawień często docierał do niej już po szkodzie.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga