11.09.2024, 20:38 ✶
Szklanki z whisky poszły na bok. One w tej chwili były najmniej ważne i najmniej znaczące. Czy przewidywał taki scenariusz, gdy zabierał Charlesa do siebie do mieszkania? Prawdę mówiąc to absolutnie nie. W ogóle nie miał tego w planach, podejrzewał prędzej, że Mulciber pociągnie temat bycia biednym, odtrąconym przez każdego. Być może że mu się nawet rozpłacze i będzie trzeba go pocieszać. Z drugiej jednak strony czy teraz tego nie robił? Pocieszenie przecież mogło przyjmować różne formy, a Charles pragnął uwagi. Desperacko jej potrzebował i to musiało tkwić w nim głęboko przez wiele lat, skoro tak szybko pękł pod wpływem alkoholu i kilku czułych słówek.
Gdzieś z tyłu jego głowy rozbrzmiewał cichutki głosik, że przecież już raz to przeżywał, tylko z innym Mulciberem. Wtedy jednak kompletnie nie panował nad sobą, był mniej stabilny. Popełniał błąd za błędem, bezczelnie i brutalnie zamazując butem istniejące granice, by wyrysowywać nowe, które znajdowały się dużo dalej, niż te pierwotne. Na początku to był tylko pocałunek, lecz gdy koszula została rozpięta, a podkoszulka zrzucona na ziemię, obaj wtedy wiedzieli, że stało się coś, co zaważy na całej ich relacji. Najpewniej gdyby nie ojciec chłopaka, którego w tej chwili całował, nie wpadł do gabinetu, mogłoby się to skończyć dużo gorzej. A tak? Jakoś rozplątali wspólnie ten dziwny kłębek emocji, a finiszem był piękny plaskacz gdzieś pod Londynem, o którym Lestrange chyba nigdy nie zapomni. To to uderzenie go otrzeźwiło, sprawiło że zaczął odzyskiwać panowanie nad sobą.
Teraz nie był pijany, nie był też nieświadomy tego, co robi. Skoro już zaczął, powinien kontynuować, bo przecież tak naprawdę wcale nie chciał przerywać. Ot, mała wisienka do torcie na tym planie, który rozpoczął w chwili, gdy tylko rozpoznał Charlesa. Skłamałby, gdyby powiedział że to nie było przyjemne. Charles sam się przysuwał i chętnie oddawał kolejne pocałunki: sam wpadał w sidła, które zostały zastawione całkowicie przypadkiem. Było w tym coś cholernie pociągającego, gdy sam zmniejszał dystans i reagował na delikatny dotyk. Co zrobi, gdy on sam naciśnie mocniej? Na tę myśl uniósł lekko kąciki ust, a drugą dłoń oparł na plecach mężczyzny. Tylko po to, by zsunąć ją na jego biodro i naprzeć na niego całym swoim ciałem, zmuszając Charlesa do położenia się na kanapie. Imię i nazwisko Ministry Magii poszło sobie gdzieś samo, wyszło jednym uchem i wcale nie zamierzało wracać, bo Rodolphus nie miał zamiaru myśleć w tej chwili o tej starej raszpli niewiadomego pochodzenia, gdy miał pod sobą kogoś takiego jak Charles.
- Nie zrobię niczego, co mogłoby sprawić ci ból i czego możesz nie chcieć - szepnął, na moment uchylając powieki. Być może kłamał, a być może mówił szczerze i wcale nie zamierzał zmuszać go do czegoś, co wprawiłoby go w dyskomfort. Być może chciał, by Charles poczuł się bezpieczny i zaopiekowany. Ale jednocześnie gdy tylko wybrzmiały ostatnie słowa, wsunął dłoń pod jego koszulę z cichym westchnięciem, na powrót zamykając oczy. Dotyk nagiej, gładkiej skóry był dla niego zbyt kuszący, szczególnie gdy czuł, że temperatura ciała powoli rosła. Rodolphus nachylił się w kierunku jego odsłoniętej szyi. Również nieprzyzwoicie kusiła, zachęcając do składania czułych pocałunków, z czego skwapliwie skorzystał, póki mężczyzna nie protestował. Zamierzał napawać się tą chwilą tyle, ile mógł. A jednocześnie chciał, by to nie jemu w tej chwili było przyjemnie. W gruncie rzeczy mężczyźni pod tym względem wcale nie różnili się aż tak od kobiet - a przecież nie chodziło o to, by brać pełnymi garściami, a dawać.
Gdzieś z tyłu jego głowy rozbrzmiewał cichutki głosik, że przecież już raz to przeżywał, tylko z innym Mulciberem. Wtedy jednak kompletnie nie panował nad sobą, był mniej stabilny. Popełniał błąd za błędem, bezczelnie i brutalnie zamazując butem istniejące granice, by wyrysowywać nowe, które znajdowały się dużo dalej, niż te pierwotne. Na początku to był tylko pocałunek, lecz gdy koszula została rozpięta, a podkoszulka zrzucona na ziemię, obaj wtedy wiedzieli, że stało się coś, co zaważy na całej ich relacji. Najpewniej gdyby nie ojciec chłopaka, którego w tej chwili całował, nie wpadł do gabinetu, mogłoby się to skończyć dużo gorzej. A tak? Jakoś rozplątali wspólnie ten dziwny kłębek emocji, a finiszem był piękny plaskacz gdzieś pod Londynem, o którym Lestrange chyba nigdy nie zapomni. To to uderzenie go otrzeźwiło, sprawiło że zaczął odzyskiwać panowanie nad sobą.
Teraz nie był pijany, nie był też nieświadomy tego, co robi. Skoro już zaczął, powinien kontynuować, bo przecież tak naprawdę wcale nie chciał przerywać. Ot, mała wisienka do torcie na tym planie, który rozpoczął w chwili, gdy tylko rozpoznał Charlesa. Skłamałby, gdyby powiedział że to nie było przyjemne. Charles sam się przysuwał i chętnie oddawał kolejne pocałunki: sam wpadał w sidła, które zostały zastawione całkowicie przypadkiem. Było w tym coś cholernie pociągającego, gdy sam zmniejszał dystans i reagował na delikatny dotyk. Co zrobi, gdy on sam naciśnie mocniej? Na tę myśl uniósł lekko kąciki ust, a drugą dłoń oparł na plecach mężczyzny. Tylko po to, by zsunąć ją na jego biodro i naprzeć na niego całym swoim ciałem, zmuszając Charlesa do położenia się na kanapie. Imię i nazwisko Ministry Magii poszło sobie gdzieś samo, wyszło jednym uchem i wcale nie zamierzało wracać, bo Rodolphus nie miał zamiaru myśleć w tej chwili o tej starej raszpli niewiadomego pochodzenia, gdy miał pod sobą kogoś takiego jak Charles.
- Nie zrobię niczego, co mogłoby sprawić ci ból i czego możesz nie chcieć - szepnął, na moment uchylając powieki. Być może kłamał, a być może mówił szczerze i wcale nie zamierzał zmuszać go do czegoś, co wprawiłoby go w dyskomfort. Być może chciał, by Charles poczuł się bezpieczny i zaopiekowany. Ale jednocześnie gdy tylko wybrzmiały ostatnie słowa, wsunął dłoń pod jego koszulę z cichym westchnięciem, na powrót zamykając oczy. Dotyk nagiej, gładkiej skóry był dla niego zbyt kuszący, szczególnie gdy czuł, że temperatura ciała powoli rosła. Rodolphus nachylił się w kierunku jego odsłoniętej szyi. Również nieprzyzwoicie kusiła, zachęcając do składania czułych pocałunków, z czego skwapliwie skorzystał, póki mężczyzna nie protestował. Zamierzał napawać się tą chwilą tyle, ile mógł. A jednocześnie chciał, by to nie jemu w tej chwili było przyjemnie. W gruncie rzeczy mężczyźni pod tym względem wcale nie różnili się aż tak od kobiet - a przecież nie chodziło o to, by brać pełnymi garściami, a dawać.