Z boginem łatwiej było się uporać, gdy nie było się samemu. Bogin musiał wtedy wybrać jedną z dwóch bądź więcej form, a wtedy druga osoba, której owa forma nie przerażała, mogła bez problemu rzucić zaklęcie. Działało to najlepiej wtedy, gdy strach paraliżował czarodzieja do tego stopnia, że nie był w stanie kiwnąć nawet palcem.
"Niezłe ziółko" to było trafne określenie na jego matkę. Charlotte była zdecydowanie wyjątkową osobą. Uwaga Electry rozbawiła go.
-Wierz mi, ja się nawet do mojej mamy nie umywam. Rita o wiele bardziej się w nią wdała - bardziej wygadana, bardziej pyskata, jakby została stworzona, by przemawiać i mówić. -Chciałbym czasem być tak pyskaty, jak ona.
Czy może trochę bardziej samolubny i nie tak miły, jakby to określiła właśnie jego kochana matula. Jessie zdecydowanie bardziej wdał się w swojego ojca, niż w matkę, jakby natura chciała zrównoważyć fakt, że Rita szła w ślady Charlotte.
Jessie zamyślił się na chwilkę, skupiając przed ten czas spojrzenie na Benjim, zachęcającym Cerbera do wspólnej zabawy w ganiankę (na tyle, jak bardzo pozwalały im smycze) i niegroźne podgryzanie.
A potem uśmiechnął się do Electry i podniósł rękę, by pogłaskać ją po głowie.
-To naprawdę urocze, że tak się o niego troszczycie i chcecie, żeby znalazł swoje szczęście - powiedział. -Jeżeli czytał właśnie takie romanse, to może faktycznie marzy mu się związek? Dobrze byłoby najpierw się upewnić, żeby go przypadkiem nie postawić w jakiejś dziwnej sytuacji, przez którą znajdzie się na pierwszych stronach Proroka Codziennego - tu, oczywiście, podkoloryzował możliwość. -Szczęściarz z niego, że was ma.