11.09.2024, 22:39 ✶
- Tak, zgadza się. To klatka, ale szklana - przyznał obejmując pomieszczenie szerokim ruchem dłoni. - Nie sądzę, byś miała problem z wydostaniem się.
Ot co. Rozbiłaby jedną szybę czy dwie a że miała przy sobie płaszcz, może nawet niespecjalnie by się przy tym poraniła. Może nie była to tak otwarta przestrzeń jak las. Faktycznie, ale nie była również trudna do pokonania jak całkowicie zamknięta przestrzeń. Z dwojga złego, bywały dużo bardziej duszące przestrzenie.
Na myśl nasuwał mu się na przykład tamten pamiętny pokój. Wiedział, że musi tam wrócić, wrócić do Białej Wiwerny, żeby zażegnać męczące go koszmary o tych czterech ścianach zaciskających się wokół niego. Jeszcze nie teraz, teraz się nad sobą użalał i pił, ale już niedługo.
- Wspaniale, że doceniasz mój wkład w gładki przebieg tej - uniósł brwi i prawie wypluł ostatnie słowo - sprawy - zakończył sarkastycznie.
Jasne, nie mógł jej oceniać. Ona też tkwiła po pas w tym bagnie. Zapewne wyniosła stamtąd całkiem poważną traumę, ale to nie dawało jej prawa, żeby go oceniać. To on dobił tego pacjenta. Może w świetle prawa oboje byli mordercami, ale to jego ręce zakończyły życie tamtego człowieka. Gdyby nie precyzja, mógłby nie tylko go dobić, ale przedtem jeszcze skazać na cierpienie i znacznie bardziej powolne umieranie. Tak, wbrew pozorom było to możliwe.
- Zatem jeszcze nie dorosłem do tego, by spełnić tak wysokie oczekiwania. Muszę być sprawniejszy - wzruszył ramionami. Irytowała go tym swoim podejściem, jakoby nic się nie stało. Dużo bardziej niż podczas wszystkich poprzednich spotkań i to łącznie.
Odnosił wrażenie, że wzięła sobie za cel pokazanie mu, że nic się nie stało. Problem w tym, że robiła to chyba w najgorszy możliwy sposób. Poprzez negowanie wszelkiego poczucia winy, jakie powinien czuć ktoś, kto zabił kogoś zaledwie kilka dni wcześniej. Tak, to jego ręce dobiły Rosiera, nie szczupłe dłonie Geraldine. Nie musiała czuć tego wszystkiego, co on odczuwał, ale to nie znaczyło, że musiała zachowywać się w ten sposób.
- Odnoszę wrażenie, że jest inaczej - zmierzył ją spojrzeniem. Długim i poważnym. - Na przykład teraz masz ambicję, by być tutaj największym dupkiem - uniósł brwi, nie czekając na to, co mogła odpowiedzieć.
Tak. Dokładnie to miał na myśli. Przenigdy nie nazwałby jej suką. Nie miał jej za kogoś takiego, nawet jeśli teraz trochę działała mu na nerwy to i tak żywił do niej szacunek. Natomiast to nie zmieniało faktu, że zachowywała się tak jak to nazwał. Jak dupek.
Ponadto znacząco nadużywała jego zaufania. Jasne, przynajmniej była z nim szczera odnośnie wyprawy na Nokturn, ale w żadnym razie nie uważał, by coś takiego było stuprocentowo bezpieczne dla ich...
...sprawy.
Była wysoką, postawną kobietą wyróżniającą się z tłumu. Mogła się przebrać za kogo chciała, nawet za starego dziada w długiej pelerynie i spiczastym kapeluszu. Mogła użyć eliksiru wielosokowego, jeśli miała do niego jakikolwiek dostęp, ale nadal nie ufał temu, co powiedziała. Mimo to był gotów dać jej szansę wyjaśnienia.
- Jesteś metamorfomagiem? - Spytał uważnie, bo to była jedyna odpowiedź na jej ukryty talent, jaką miał. Jedyne wyjaśnienie, które by go teraz usatysfakcjonowało i uspokoiło.
- Czy ja wiem? - Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale po dłuższym namyśle niezbyt pewnie pokiwał głową. - Chyba tak? Evelyn raczej przykłada do tego sporą uwagę - stwierdził, nie tłumacząc, kim była wspomniana kobieta.
Zakładał, że Geraldine znała jego sytuację z plotek czystokrwistych. Nie kłamał, gdy podczas balu wspominał jej, że na jego temat krążyło całkiem sporo różnych plotek. Jedne były całkowicie wyssane z palca, inne miały w sobie ziarnko prawdy a jeszcze inne były tak właściwie całkiem trafne. Zazwyczaj się nimi nie przejmował i teraz też tak było. Jedyną rzeczą, jakiej nie chciał dodać do tej puli było bycie zimnym mordercą.
- Żeby się mnie pozbyć? - Spytał odruchowo w przypływie czarnego humoru.
Nie zakładał tego na serio, ale nie mógł powstrzymać się przed tym komentarzem. Może i był teraz pochmurny i nieprzyjemny, ale zazwyczaj wykazywał się pewnym poczuciem humoru (choć w tym wypadku w kierunku makabrycznego), które najwidoczniej odzyskiwał pod wpływem kolejnych dawek alkoholu. Nie wiedział, którą mają godzinę, ale był już nieźle wstawiony.
- No tak - przyznał z pozorną lekkością w głosie, pociągając duży łyk prosto z butelki - gorsze od jednego trupa są tylko trzy trupy - podsumował, nie dodając już tego, co pomyślał w tej samej chwili.
Że nie mieli żadnej gwarancji, iż zemsta nie objęłaby także ich rodzin.
Ot co. Rozbiłaby jedną szybę czy dwie a że miała przy sobie płaszcz, może nawet niespecjalnie by się przy tym poraniła. Może nie była to tak otwarta przestrzeń jak las. Faktycznie, ale nie była również trudna do pokonania jak całkowicie zamknięta przestrzeń. Z dwojga złego, bywały dużo bardziej duszące przestrzenie.
Na myśl nasuwał mu się na przykład tamten pamiętny pokój. Wiedział, że musi tam wrócić, wrócić do Białej Wiwerny, żeby zażegnać męczące go koszmary o tych czterech ścianach zaciskających się wokół niego. Jeszcze nie teraz, teraz się nad sobą użalał i pił, ale już niedługo.
- Wspaniale, że doceniasz mój wkład w gładki przebieg tej - uniósł brwi i prawie wypluł ostatnie słowo - sprawy - zakończył sarkastycznie.
Jasne, nie mógł jej oceniać. Ona też tkwiła po pas w tym bagnie. Zapewne wyniosła stamtąd całkiem poważną traumę, ale to nie dawało jej prawa, żeby go oceniać. To on dobił tego pacjenta. Może w świetle prawa oboje byli mordercami, ale to jego ręce zakończyły życie tamtego człowieka. Gdyby nie precyzja, mógłby nie tylko go dobić, ale przedtem jeszcze skazać na cierpienie i znacznie bardziej powolne umieranie. Tak, wbrew pozorom było to możliwe.
- Zatem jeszcze nie dorosłem do tego, by spełnić tak wysokie oczekiwania. Muszę być sprawniejszy - wzruszył ramionami. Irytowała go tym swoim podejściem, jakoby nic się nie stało. Dużo bardziej niż podczas wszystkich poprzednich spotkań i to łącznie.
Odnosił wrażenie, że wzięła sobie za cel pokazanie mu, że nic się nie stało. Problem w tym, że robiła to chyba w najgorszy możliwy sposób. Poprzez negowanie wszelkiego poczucia winy, jakie powinien czuć ktoś, kto zabił kogoś zaledwie kilka dni wcześniej. Tak, to jego ręce dobiły Rosiera, nie szczupłe dłonie Geraldine. Nie musiała czuć tego wszystkiego, co on odczuwał, ale to nie znaczyło, że musiała zachowywać się w ten sposób.
- Odnoszę wrażenie, że jest inaczej - zmierzył ją spojrzeniem. Długim i poważnym. - Na przykład teraz masz ambicję, by być tutaj największym dupkiem - uniósł brwi, nie czekając na to, co mogła odpowiedzieć.
Tak. Dokładnie to miał na myśli. Przenigdy nie nazwałby jej suką. Nie miał jej za kogoś takiego, nawet jeśli teraz trochę działała mu na nerwy to i tak żywił do niej szacunek. Natomiast to nie zmieniało faktu, że zachowywała się tak jak to nazwał. Jak dupek.
Ponadto znacząco nadużywała jego zaufania. Jasne, przynajmniej była z nim szczera odnośnie wyprawy na Nokturn, ale w żadnym razie nie uważał, by coś takiego było stuprocentowo bezpieczne dla ich...
...sprawy.
Była wysoką, postawną kobietą wyróżniającą się z tłumu. Mogła się przebrać za kogo chciała, nawet za starego dziada w długiej pelerynie i spiczastym kapeluszu. Mogła użyć eliksiru wielosokowego, jeśli miała do niego jakikolwiek dostęp, ale nadal nie ufał temu, co powiedziała. Mimo to był gotów dać jej szansę wyjaśnienia.
- Jesteś metamorfomagiem? - Spytał uważnie, bo to była jedyna odpowiedź na jej ukryty talent, jaką miał. Jedyne wyjaśnienie, które by go teraz usatysfakcjonowało i uspokoiło.
- Czy ja wiem? - Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale po dłuższym namyśle niezbyt pewnie pokiwał głową. - Chyba tak? Evelyn raczej przykłada do tego sporą uwagę - stwierdził, nie tłumacząc, kim była wspomniana kobieta.
Zakładał, że Geraldine znała jego sytuację z plotek czystokrwistych. Nie kłamał, gdy podczas balu wspominał jej, że na jego temat krążyło całkiem sporo różnych plotek. Jedne były całkowicie wyssane z palca, inne miały w sobie ziarnko prawdy a jeszcze inne były tak właściwie całkiem trafne. Zazwyczaj się nimi nie przejmował i teraz też tak było. Jedyną rzeczą, jakiej nie chciał dodać do tej puli było bycie zimnym mordercą.
- Żeby się mnie pozbyć? - Spytał odruchowo w przypływie czarnego humoru.
Nie zakładał tego na serio, ale nie mógł powstrzymać się przed tym komentarzem. Może i był teraz pochmurny i nieprzyjemny, ale zazwyczaj wykazywał się pewnym poczuciem humoru (choć w tym wypadku w kierunku makabrycznego), które najwidoczniej odzyskiwał pod wpływem kolejnych dawek alkoholu. Nie wiedział, którą mają godzinę, ale był już nieźle wstawiony.
- No tak - przyznał z pozorną lekkością w głosie, pociągając duży łyk prosto z butelki - gorsze od jednego trupa są tylko trzy trupy - podsumował, nie dodając już tego, co pomyślał w tej samej chwili.
Że nie mieli żadnej gwarancji, iż zemsta nie objęłaby także ich rodzin.