12.09.2024, 10:38 ✶
Musiał uśmiechnąć się na ten obrazek. To były całkiem logiczne obawy, które nadal wywołały u niego niewielki uśmieszek.
- Zapewniam, że nic cię nie złapie za nogę - stwierdził racząc się herbatą, jak gdyby nigdy nic. ,- Wszystkie takie rośliny stoją głębiej i wyżej. Gdybyś je rozdrażniła, najprędzej zaatakowałyby ci tchawicę - dodał kulturalnie.
Jakaż szkoda, że jakiekolwiek przejawy tejże kultury tak szybko opuściły pomieszczenie. Uprzedzając, że nie jest dobrym gospodarzem, nie przewidywał przechodzić do zaognionych sporów z żadnym z gości. Szczególnie nie z nią, bo przecież grali do jednej bramki. A jednak nim się obejrzał, stanęli przeciwko sobie. Kolejny test, który tym razem zawalali.
- O ja pierdolę - wycedził przez zaciśnięte wargi, obdarzając Geraldine naprawdę podłym spojrzeniem. Takim zarezerwowanym dla gnid, z którymi musiał mieć do czynienia a nie chciał przebywać w ich towarzystwie.
Rzecz w tym, że tego nie planował. Nie nienawidził jej. Siedzieli razem w bagnie i powinni współpracować zamiast wdawać się w zaognione konflikty. Gdzieś tam z tyłu głowy to wiedział. Problem w tym, że kurewsko działała mu teraz na nerwy. Nachodziła go w jego własnym domu w jego najbezpieczniejszym miejscu i próbowała rządzić całą sytuacją. Może by jej się to udało, gdyby nie ta drobnostka, że zachowywała się jak jakiś futurystyczny robot z fikcji naukowej wymyślonej przez mugoli. Nigdy nie kazał jej zakładać tych spodni i próbować mierzyć ich kutasy. Nie przywykł (nie zamierzał) do tego, że jakakolwiek kobieta starała się mieć chuja większego od niego. Tym bardziej w jego własnym domu.
- Właśnie, kurwa, o to chodzi, Geraldine - oznajmił zimno. - Nie o to, że jestem, kurwa, rozjebany. O to, że na każdym kroku usiłujesz mi to pokazywać. Zajebiście, że jesteś silna, ale to nie znaczy, że inni są, kurwa, słabi. Nie jesteś moim tatusiem, żeby mnie bronić ani twoim projektem, żeby mnie naprawiać - był rozgoryczony.
Jeśli kiedykolwiek wcześniej sądził, że nawiązali wspólny język to teraz zaczynał myśleć, że się grubo mylił. Mieli kilka miłych interakcji, ale to wspólny problem decydował o wszystkim. Zamiast go zażegnać, walczyli ze sobą i to było kurewsko niewłaściwe, ale najwidoczniej musiał czuć się zobowiązany, żeby uświadomić pannę Geraldine Yaxley, że cały świat nie kręcił się wokół niej i nie modlił się do niej jak do mugolskiego bożka.
O, słodka Geraldine, pomóż mi, bo zgrzeszyłem.
- Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek mi czymś pomagał - odpowiedział bez zawahania.
To było jeszcze bardziej irytujące niż pokazywał. Nie mogła z dnia na dzień oczekiwać, że ktoś, kto praktycznie nigdy nie przyjmował jakiejkolwiek pomocy nagle stanie się jej kukiełką. Da się wymodelować, zaszyć rozdarcia na ubranku, wypchać ubytki przy pomocy waty. Jasne, przyzwyczaiła się do tego, że ludzie działają pod jej dyktando.
Widział to teraz wyraźniej niż przedtem. Problem w tym, że on nie był jedną z takich osób. Nie planował oddać pełnej odpowiedzialności w cudze ręce. Nieważne czyje one były. Nie chodziło nawet o zaufanie. Wziął na siebie znaczną część tej sprawy, więc miał dać sobie z tym radę. Samodzielnie. Bez kogoś, kto próbowałby dyktować mu, kiedy powinien kichnąć a kiedy mógł się napić. Jeśli chciała być zbawcą, to nie pod tym adresem.
- Ustalmy coś sobie raz na zawsze - upił haust alkoholu - to nie ja jestem osobą, o którą powinnaś się tu martwić. Ja sobie radzę. Nie pałętam się po miejscu zbrodni wbrew temu, co ustaliliśmy. Nie próbuję kontrolować niekontrolowanego. Ha. Nie próbuję nawet ciebie kontrolować, bo gdybyś mi powiedziała, że jesteś cholernym metamorfomagiem, machnąłbym na to moją cholerną ręka. Ale nim nie jesteś i za cholerę nie wiem, co tam wyrabiasz, ale mi się to nie podoba - nie krzyczał, nawet nie podnosił tonu. Cedził słowa przez zęby. - Ale czy wiszę ci na karku i lamentuję o nie, Geraldine, nie rób czegoś takiego! to niebezpieczne! powiedz mi chociaż, jak to robisz, Geraldine, zaklinam cię, musisz być bezpieczniejsza!, otóż nie.
Tak. Zjebał się do niej, ale na swoją obronę (której nawet nie potrzebował) miał to, że ona zrobiła to pierwsza. Sprowokowała go do reakcji. Może w jakiejś swojej zwalonej gierce, żeby udowodnić sobie i jemu, że nie był ponurym alkoholikiem kryjącym się w swojej szklarni. Nie miał zielonego pojęcia, co kryło się w głowie Geraldine. Ponadto nie wiedział, czy chce to wiedzieć. Próbowała być tą silniejszą jednostką w ich relacji. Wchodziła w męską dynamikę, prawdopodobnie próbując mu pomóc, ale zgrzytając z tym, że on nie był małą dziewczynką. Skoro mówił, że tego nie potrzebuje, to znaczyło, że tego nie potrzebuje. To było takie proste. Nie był babą.
- Zajebiście, Geraldine - powiedział powoli, niemalże niewzruszenie i dużo bardziej sucho niż przedtem - pójdź jeszcze kilka razy dowiadywać się o niego na Nokturnie, na pewno nam to pomoże - nie ział sarkazmem, ale nie potrzebował go okazywać.
Jeśli tak bardzo starała się, żeby teraz wszystko zaczęło wracać do normy, robiła to spektakularnie źle. Tak właściwie, to gorzej się chyba nie dało. W jego oczach było jej blisko do tego, żeby zacząć wypytywać swoje kontakty. Tak bardzo chciała odzyskać pełną kontrolę nad sytuacją (zgadza się, tą której nigdy nie miała), że to ocierało się o świrowanie. Patrzył na nią teraz jak na maniaczkę kontroli próbującą ustawić wszystko pod swoje dyktando. Jakże szkoda, że świat nie chciał się dostosować.
- Zapewniam, że nic cię nie złapie za nogę - stwierdził racząc się herbatą, jak gdyby nigdy nic. ,- Wszystkie takie rośliny stoją głębiej i wyżej. Gdybyś je rozdrażniła, najprędzej zaatakowałyby ci tchawicę - dodał kulturalnie.
Jakaż szkoda, że jakiekolwiek przejawy tejże kultury tak szybko opuściły pomieszczenie. Uprzedzając, że nie jest dobrym gospodarzem, nie przewidywał przechodzić do zaognionych sporów z żadnym z gości. Szczególnie nie z nią, bo przecież grali do jednej bramki. A jednak nim się obejrzał, stanęli przeciwko sobie. Kolejny test, który tym razem zawalali.
- O ja pierdolę - wycedził przez zaciśnięte wargi, obdarzając Geraldine naprawdę podłym spojrzeniem. Takim zarezerwowanym dla gnid, z którymi musiał mieć do czynienia a nie chciał przebywać w ich towarzystwie.
Rzecz w tym, że tego nie planował. Nie nienawidził jej. Siedzieli razem w bagnie i powinni współpracować zamiast wdawać się w zaognione konflikty. Gdzieś tam z tyłu głowy to wiedział. Problem w tym, że kurewsko działała mu teraz na nerwy. Nachodziła go w jego własnym domu w jego najbezpieczniejszym miejscu i próbowała rządzić całą sytuacją. Może by jej się to udało, gdyby nie ta drobnostka, że zachowywała się jak jakiś futurystyczny robot z fikcji naukowej wymyślonej przez mugoli. Nigdy nie kazał jej zakładać tych spodni i próbować mierzyć ich kutasy. Nie przywykł (nie zamierzał) do tego, że jakakolwiek kobieta starała się mieć chuja większego od niego. Tym bardziej w jego własnym domu.
- Właśnie, kurwa, o to chodzi, Geraldine - oznajmił zimno. - Nie o to, że jestem, kurwa, rozjebany. O to, że na każdym kroku usiłujesz mi to pokazywać. Zajebiście, że jesteś silna, ale to nie znaczy, że inni są, kurwa, słabi. Nie jesteś moim tatusiem, żeby mnie bronić ani twoim projektem, żeby mnie naprawiać - był rozgoryczony.
Jeśli kiedykolwiek wcześniej sądził, że nawiązali wspólny język to teraz zaczynał myśleć, że się grubo mylił. Mieli kilka miłych interakcji, ale to wspólny problem decydował o wszystkim. Zamiast go zażegnać, walczyli ze sobą i to było kurewsko niewłaściwe, ale najwidoczniej musiał czuć się zobowiązany, żeby uświadomić pannę Geraldine Yaxley, że cały świat nie kręcił się wokół niej i nie modlił się do niej jak do mugolskiego bożka.
O, słodka Geraldine, pomóż mi, bo zgrzeszyłem.
- Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek mi czymś pomagał - odpowiedział bez zawahania.
To było jeszcze bardziej irytujące niż pokazywał. Nie mogła z dnia na dzień oczekiwać, że ktoś, kto praktycznie nigdy nie przyjmował jakiejkolwiek pomocy nagle stanie się jej kukiełką. Da się wymodelować, zaszyć rozdarcia na ubranku, wypchać ubytki przy pomocy waty. Jasne, przyzwyczaiła się do tego, że ludzie działają pod jej dyktando.
Widział to teraz wyraźniej niż przedtem. Problem w tym, że on nie był jedną z takich osób. Nie planował oddać pełnej odpowiedzialności w cudze ręce. Nieważne czyje one były. Nie chodziło nawet o zaufanie. Wziął na siebie znaczną część tej sprawy, więc miał dać sobie z tym radę. Samodzielnie. Bez kogoś, kto próbowałby dyktować mu, kiedy powinien kichnąć a kiedy mógł się napić. Jeśli chciała być zbawcą, to nie pod tym adresem.
- Ustalmy coś sobie raz na zawsze - upił haust alkoholu - to nie ja jestem osobą, o którą powinnaś się tu martwić. Ja sobie radzę. Nie pałętam się po miejscu zbrodni wbrew temu, co ustaliliśmy. Nie próbuję kontrolować niekontrolowanego. Ha. Nie próbuję nawet ciebie kontrolować, bo gdybyś mi powiedziała, że jesteś cholernym metamorfomagiem, machnąłbym na to moją cholerną ręka. Ale nim nie jesteś i za cholerę nie wiem, co tam wyrabiasz, ale mi się to nie podoba - nie krzyczał, nawet nie podnosił tonu. Cedził słowa przez zęby. - Ale czy wiszę ci na karku i lamentuję o nie, Geraldine, nie rób czegoś takiego! to niebezpieczne! powiedz mi chociaż, jak to robisz, Geraldine, zaklinam cię, musisz być bezpieczniejsza!, otóż nie.
Tak. Zjebał się do niej, ale na swoją obronę (której nawet nie potrzebował) miał to, że ona zrobiła to pierwsza. Sprowokowała go do reakcji. Może w jakiejś swojej zwalonej gierce, żeby udowodnić sobie i jemu, że nie był ponurym alkoholikiem kryjącym się w swojej szklarni. Nie miał zielonego pojęcia, co kryło się w głowie Geraldine. Ponadto nie wiedział, czy chce to wiedzieć. Próbowała być tą silniejszą jednostką w ich relacji. Wchodziła w męską dynamikę, prawdopodobnie próbując mu pomóc, ale zgrzytając z tym, że on nie był małą dziewczynką. Skoro mówił, że tego nie potrzebuje, to znaczyło, że tego nie potrzebuje. To było takie proste. Nie był babą.
- Zajebiście, Geraldine - powiedział powoli, niemalże niewzruszenie i dużo bardziej sucho niż przedtem - pójdź jeszcze kilka razy dowiadywać się o niego na Nokturnie, na pewno nam to pomoże - nie ział sarkazmem, ale nie potrzebował go okazywać.
Jeśli tak bardzo starała się, żeby teraz wszystko zaczęło wracać do normy, robiła to spektakularnie źle. Tak właściwie, to gorzej się chyba nie dało. W jego oczach było jej blisko do tego, żeby zacząć wypytywać swoje kontakty. Tak bardzo chciała odzyskać pełną kontrolę nad sytuacją (zgadza się, tą której nigdy nie miała), że to ocierało się o świrowanie. Patrzył na nią teraz jak na maniaczkę kontroli próbującą ustawić wszystko pod swoje dyktando. Jakże szkoda, że świat nie chciał się dostosować.