12.09.2024, 13:22 ✶
Taki obrót spraw nie był w jego dzisiejszym terminarzu. Nie było w nim także ich spotkanie, choć dopuszczał do siebie, że prędzej czy później miało do tego dojść. Mimo to wyobrażał to sobie w całkiem inny sposób. Znacznie spokojniejszy i zrównoważony. Bez tych wszystkich pułapek trudnej komunikacji, w jakie wpadali. No cóż. Rzeczywistość szybko zweryfikowała plany.
- Byłaś w to wplątana na długo przede mną - niemal wszedł jej w słowo.
Bez wyrzutu, bez wytykania, prawda w najczystszej postaci. Informacja podana na talerzyku od alkoholowej herbaty. Posłał jej ciężkie spojrzenie, nie mniej gniewne niż przed chwilą, ale na swój sposób wyrozumiałe. Mógł się wściec, że sugerowała swój nikły wkład w wywiązanie się tej sytuacji. Nie miała możliwości wyplątania się z tego, bo tamten człowiek umarłby na śniegu w pustej, wąskiej alejce z kartką z dowodami w kieszeni. Gdyby wezwano stróżów prawa do zamarzniętego trupa, Geraldine i tak mogłaby nieświadomie stać się główną podejrzaną. Mogłaby być w jeszcze większym bagnie i nawet by o tym nie wiedziała.
Ciężko było stwierdzić, który scenariusz przebiegał gorzej. Dla Greengrassa był to ten faktyczny, nie hipotetyczny. Gdyby zostawił Rosiera w burzy śnieżnej, mógłby nie być w to zbytnio zamieszany. Nie siedziałby tu teraz i nie sapałby gniewnie na to, co mówiła mu Yaxleyówna. Gdyby zabrał rannego do baru, ale Geraldine nie zainteresowałaby się sytuacją, również byłoby inaczej. Czy lepiej? Nie jemu oceniać.
Nie mogli cofnąć czasu i podjętych decyzji. Na to było już za późno. Mogli reagować na to, co się działo. Spokojnie. W najlepszy możliwy sposób przyczaić się gdzieś. Lub robić to, co właśnie robili. Kłócić się o konsekwencje sprawy, wytykać sobie zachowania w afekcie, coraz bardziej tracić zaufanie do tej drugiej strony. Właśnie. Przede wszystkim robić to ostatnie: dzielić się na strony zamiast nadal grać do jednej bramki. To nie było ani dobre, ani rozsądne, ale Ambroisem kierował teraz długo tłumiony gniew. Frustracja nakłaniała go do tego, żeby wytykał Geraldine każde niewłaściwe, nieprzemyślane słówko a alkohol ochoczo temu kibicował.
- A ty? - Odgryzł się, jakby byli w przedszkolu. Twoja stara jest tak gruba, że na Super Bowl zabiera swoją łyżkę, właśnie na ten poziom kłótni teraz wchodzili a on nie widział, jak absurdalnie to wygląda. - Masz kompleks bycia swoim? - Zapytał grubiańsko.
No przecież każdy znał tego człowieka. Przynajmniej w środowisku czystokrwistych mówiono o nim bardzo różne rzeczy. Tak samo jak o całej rodzinie Yaxleyów i o tym, jakie zasady rządziły ich życiem. Normalnie mógłby współczuć jej trudnego dzieciństwa pełnego treningów, wyzwań i reguł surwiwalowych. Teraz śmiał twierdzić, że usiłowała być kopią wymagającego Tatusia Łowcy. Na dodatek marną, bo pozbawioną chuja, którego tak bardzo chciała mieć. Nie mogła wyhodować jaj, nawet jeśli bardzo tego chciała.
- Nie wiem, jaką ci wyrządzili krzywdę, że uważasz coś takiego za normalne - parsknął bez owijania w bawełnę. - Bo to takie nie jest, Geraldine. Nie pomaga się ludziom poprzez traktowanie ich jak tresowanych zwierząt.
Świetnie. Naprawdę świetnie, że uważała, że nie był zepsuty. Bardzo by to docenił, gdyby nie postanowiła okazać mu sympatii w najmniej sympatyczny sposób. Nie mogli uraczyć się alkoholem i przedyskutować nowych informacji. Najwidoczniej tak to nie działało. Musieli pożreć się jak para zdziczałych zwierząt. Najwyraźniej to był styl Yaxleyów. Tak długo obracali się w towarzystwie magicznych bestii, że innych ludzi traktowali jak swoje zoo.
Był zły. Może trochę za bardzo jak na to, co właściwie słyszał. Do pewnych tematów nie potrafił podchodzić z dystansem. Nie miał w sobie niemal żadnych pokładów wyrozumiałości dla tego, co uważał za nienaturalnie. Pechowo było tym zainteresowanie jego osobą i jego stanem zdrowia. Czy to fizycznym czy psychicznym. Nie chciał dyskutować o tym jak przechodził przez to, co się wydarzyło. Nienawidził słabości. Nie cudzej (do tej miał wiele cierpliwości), własnej. Cudza litość miała trujący posmak goryczy i śmierdziała zgnilizną. W tym wypadku rozkładającym się trupem.
- Wybitna łowczyni - zagryzł zęby, żeby nie powiedzieć nic więcej, bo skoro ona nieco spuściła z tonu to i on musiał tego spróbować.
Nie przychodziło mu to łatwo, mimo że wiedział, że w tej kłótni nie miało być wygranych, więc powinien odpuścić. Nie chciał być tym, który rozszarpywał gardła, żeby wygrać okrągłe nic.
Jeszcze mocniej zacisnął szczękę, masując ją palcami lewej ręki, bo w prawej nadal trzymał skręta. Teraz już patrzącego go w dłoń, bo zbyt mocno go rozżarzył, kiedy próbował się uspokoić kolejnymi pociągnięciami.
- Daję ci możliwość stania z boku. Nie musisz być zawsze w samym środku wichury. Skorzystaj z tego, kurwa - odezwał się odrobinę spokojniej. Nadal twardo, ale bez otwartej wrogości. - Nie wywalam cię z naszego pierdolonego bagna. Mamy do niego takie same prawo, ot kurewska ironia, ale nie musisz się w tym czołgać po omacku - miał problem z tym, żeby przekazać to, o co mu chodziło, ale liczył, że powinna być w stanie to zrozumieć.
Nie chciał, żeby była bardziej zaangażowana niż musiała być. Nie musiała ponosić wszystkich konsekwencji, tylko tę swoją część. Mniejszą, nawet jeśli równie niewygodną. On brał na siebie całą resztę. Podjął tę decyzję wtedy i nie zamierzał zmieniać zdania. Nie chciał dzielić się swoimi przemyśleniami na temat tego, jak to było być mordercą. Mógł wziąć trochę jej, ale jego były jego.
- Jesteś animagiem? Jakimś - zaczął zbity z tropu tym, czym nagle postanowiła się podzielić. Tak, mógł brać te wszystkie sekrety, ale tego po prostu się nie spodziewał. - Czymś? Jebanym nietoperzem albo coś? - Nie wiedział czemu właśnie to mu przyszło do głowy ani czemu wstawił w to całkowicie niepotrzebne przekleństwo. W żadnym razie nie chciał jej obrazić. Był po prostu zaskoczony.
- Byłaś w to wplątana na długo przede mną - niemal wszedł jej w słowo.
Bez wyrzutu, bez wytykania, prawda w najczystszej postaci. Informacja podana na talerzyku od alkoholowej herbaty. Posłał jej ciężkie spojrzenie, nie mniej gniewne niż przed chwilą, ale na swój sposób wyrozumiałe. Mógł się wściec, że sugerowała swój nikły wkład w wywiązanie się tej sytuacji. Nie miała możliwości wyplątania się z tego, bo tamten człowiek umarłby na śniegu w pustej, wąskiej alejce z kartką z dowodami w kieszeni. Gdyby wezwano stróżów prawa do zamarzniętego trupa, Geraldine i tak mogłaby nieświadomie stać się główną podejrzaną. Mogłaby być w jeszcze większym bagnie i nawet by o tym nie wiedziała.
Ciężko było stwierdzić, który scenariusz przebiegał gorzej. Dla Greengrassa był to ten faktyczny, nie hipotetyczny. Gdyby zostawił Rosiera w burzy śnieżnej, mógłby nie być w to zbytnio zamieszany. Nie siedziałby tu teraz i nie sapałby gniewnie na to, co mówiła mu Yaxleyówna. Gdyby zabrał rannego do baru, ale Geraldine nie zainteresowałaby się sytuacją, również byłoby inaczej. Czy lepiej? Nie jemu oceniać.
Nie mogli cofnąć czasu i podjętych decyzji. Na to było już za późno. Mogli reagować na to, co się działo. Spokojnie. W najlepszy możliwy sposób przyczaić się gdzieś. Lub robić to, co właśnie robili. Kłócić się o konsekwencje sprawy, wytykać sobie zachowania w afekcie, coraz bardziej tracić zaufanie do tej drugiej strony. Właśnie. Przede wszystkim robić to ostatnie: dzielić się na strony zamiast nadal grać do jednej bramki. To nie było ani dobre, ani rozsądne, ale Ambroisem kierował teraz długo tłumiony gniew. Frustracja nakłaniała go do tego, żeby wytykał Geraldine każde niewłaściwe, nieprzemyślane słówko a alkohol ochoczo temu kibicował.
- A ty? - Odgryzł się, jakby byli w przedszkolu. Twoja stara jest tak gruba, że na Super Bowl zabiera swoją łyżkę, właśnie na ten poziom kłótni teraz wchodzili a on nie widział, jak absurdalnie to wygląda. - Masz kompleks bycia swoim? - Zapytał grubiańsko.
No przecież każdy znał tego człowieka. Przynajmniej w środowisku czystokrwistych mówiono o nim bardzo różne rzeczy. Tak samo jak o całej rodzinie Yaxleyów i o tym, jakie zasady rządziły ich życiem. Normalnie mógłby współczuć jej trudnego dzieciństwa pełnego treningów, wyzwań i reguł surwiwalowych. Teraz śmiał twierdzić, że usiłowała być kopią wymagającego Tatusia Łowcy. Na dodatek marną, bo pozbawioną chuja, którego tak bardzo chciała mieć. Nie mogła wyhodować jaj, nawet jeśli bardzo tego chciała.
- Nie wiem, jaką ci wyrządzili krzywdę, że uważasz coś takiego za normalne - parsknął bez owijania w bawełnę. - Bo to takie nie jest, Geraldine. Nie pomaga się ludziom poprzez traktowanie ich jak tresowanych zwierząt.
Świetnie. Naprawdę świetnie, że uważała, że nie był zepsuty. Bardzo by to docenił, gdyby nie postanowiła okazać mu sympatii w najmniej sympatyczny sposób. Nie mogli uraczyć się alkoholem i przedyskutować nowych informacji. Najwidoczniej tak to nie działało. Musieli pożreć się jak para zdziczałych zwierząt. Najwyraźniej to był styl Yaxleyów. Tak długo obracali się w towarzystwie magicznych bestii, że innych ludzi traktowali jak swoje zoo.
Był zły. Może trochę za bardzo jak na to, co właściwie słyszał. Do pewnych tematów nie potrafił podchodzić z dystansem. Nie miał w sobie niemal żadnych pokładów wyrozumiałości dla tego, co uważał za nienaturalnie. Pechowo było tym zainteresowanie jego osobą i jego stanem zdrowia. Czy to fizycznym czy psychicznym. Nie chciał dyskutować o tym jak przechodził przez to, co się wydarzyło. Nienawidził słabości. Nie cudzej (do tej miał wiele cierpliwości), własnej. Cudza litość miała trujący posmak goryczy i śmierdziała zgnilizną. W tym wypadku rozkładającym się trupem.
- Wybitna łowczyni - zagryzł zęby, żeby nie powiedzieć nic więcej, bo skoro ona nieco spuściła z tonu to i on musiał tego spróbować.
Nie przychodziło mu to łatwo, mimo że wiedział, że w tej kłótni nie miało być wygranych, więc powinien odpuścić. Nie chciał być tym, który rozszarpywał gardła, żeby wygrać okrągłe nic.
Jeszcze mocniej zacisnął szczękę, masując ją palcami lewej ręki, bo w prawej nadal trzymał skręta. Teraz już patrzącego go w dłoń, bo zbyt mocno go rozżarzył, kiedy próbował się uspokoić kolejnymi pociągnięciami.
- Daję ci możliwość stania z boku. Nie musisz być zawsze w samym środku wichury. Skorzystaj z tego, kurwa - odezwał się odrobinę spokojniej. Nadal twardo, ale bez otwartej wrogości. - Nie wywalam cię z naszego pierdolonego bagna. Mamy do niego takie same prawo, ot kurewska ironia, ale nie musisz się w tym czołgać po omacku - miał problem z tym, żeby przekazać to, o co mu chodziło, ale liczył, że powinna być w stanie to zrozumieć.
Nie chciał, żeby była bardziej zaangażowana niż musiała być. Nie musiała ponosić wszystkich konsekwencji, tylko tę swoją część. Mniejszą, nawet jeśli równie niewygodną. On brał na siebie całą resztę. Podjął tę decyzję wtedy i nie zamierzał zmieniać zdania. Nie chciał dzielić się swoimi przemyśleniami na temat tego, jak to było być mordercą. Mógł wziąć trochę jej, ale jego były jego.
- Jesteś animagiem? Jakimś - zaczął zbity z tropu tym, czym nagle postanowiła się podzielić. Tak, mógł brać te wszystkie sekrety, ale tego po prostu się nie spodziewał. - Czymś? Jebanym nietoperzem albo coś? - Nie wiedział czemu właśnie to mu przyszło do głowy ani czemu wstawił w to całkowicie niepotrzebne przekleństwo. W żadnym razie nie chciał jej obrazić. Był po prostu zaskoczony.