12.09.2024, 19:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2024, 19:10 przez Sebastian Macmillan.)
— Słyszałem kiedyś, że w średniowiecznych czasach mugole mieli w zwyczaju wystrzeliwać błaznów w katapulcie, jeśli nie wywiązywali się z powierzonych im obowiązków — odezwał się niespodziewanie Sebastian, kiwając głową z poważną miną. — Nie wiem, czy to jest taki bezpieczny zawód, jak ci się wydaje.
Bądź co bądź, czarodzieje mieli dużo szerszy arsenał kar niż mugole. Począwszy od niegroźnych uroków-psikusów po ciężkie klątwy, magiczne więzienia czy wszelkiego rodzaju działania związane z udziałem magicznych zwierząt. Kto wie, jak to mogło wyglądać przed laty, kiedy w dawnych czasach czarodzieje mogli sobie pozwolić na więcej? Może artyści pracujący dla co poniektórych rodów musieli uciekać z ogrodowego labiryntu, gdy właściciel rezydencji spuszczał ze smyczy sklątki tylnowybuchowe albo zdziczałe psidwaki?
— Niematerialne brunetki o przezroczystej skórze, które unoszą się jakieś pół metra nad ziemią i potrafią obniżyć temperaturę w pokoju samą swoją obecnością — odparł bez zająknięcia, nie traktując pytania Isaaca jakkolwiek poważnie. — A jakby jeszcze potrafiła transformować się w szaro-srebrny dym... Sama Pani Księżyca wytyczyłaby nam drogę do ołtarza.
Stłumił w sobie przeciągłe westchnienie. Nie przepadał za rozmowami o swoim prywatnym życiu. I tak miał problem ze zwykłymi, niezobowiązującymi do niczego pogawędkami z przypadkowymi ludźmi, a z jego doświadczenia wynikało, że rozmowy o ''typach'' i ''związkach'' zazwyczaj prowadziły do jednego bardzo prostego pytania: A dlaczego dalej jesteś sam? Jak w ogóle można na coś takiego odpowiedzieć? Krzywym uśmiechem? Komentarzem, że czeka się na odpowiedni moment? Odpowiednią osobę?
Sebastianowe rysy twarzy spoważniały, gdy nawiedził go wspomnienie ze wszelkiego rodzaju kolacji świątecznych i rodzinnych spędów. Czy w tegoroczne Yule czeka go to samo? Ech, czasem żałował, że kowen jednak pozwalał kapłanom na życie w związku. Dobry Merlinie, jak wielu niezręcznych sytuacji zdołałby wówczas uniknąć. Wystarczyło, że podczas wizyt duszpasterskich w okolicach Yule wszelkie stare czarownice z okolicy zasypywały go podobnymi pytaniami. Niektóre nawet były gotowe podsunąć mu własne wnuczki. Wzdrygnął się na samą myśl.
— A jednak żeglarz przebywający na oceanie nie jest jego mieszkańcem. W najlepszym przypadku jest gościem, a w najgorszym intruzem — rzucił Sebastian, starając się nie podchodzić do kwestii związanych ze sprawczością zbyt emocjonalnie. — Może i większość z nas mieszka w wielkich miastach, ale ten świat to dalej domena natury. Można próbować z nią walczyć, ale koniec końców i tak znajdziemy się na jej łasce, czy nam się to podoba, czy nie.
Para czarodziejów kontynuowała wymienianie się swoimi spostrzeżeniami przez następne pół godziny. Chociaż Sebastian w dalszym ciągu unikał odpowiadania na pytania Isaaca związane ze jego życiem prywatnym, tak był bardziej niż chętny opowiedzieć mu o innych sprawach związanych ze swoimi przekonaniami, religią czy nawet tym, co sądził o społeczności czarodziejów. No i były też plotki... Te cholerne plotki od których stronił w miejscu pracy, a które w niezobowiązującej (i bardzo niespodziewanej) rozmowie okazywały się doskonałym materiałem, aby odsunąć na bok zapytania młodego Bagshota dotyczące prywatnych spraw Macmillana. Koniec końców, kiedy ich spacer po parku został zakończony, oboje udali się w swoją stronę, wracając do swoich codziennych spraw.
Bądź co bądź, czarodzieje mieli dużo szerszy arsenał kar niż mugole. Począwszy od niegroźnych uroków-psikusów po ciężkie klątwy, magiczne więzienia czy wszelkiego rodzaju działania związane z udziałem magicznych zwierząt. Kto wie, jak to mogło wyglądać przed laty, kiedy w dawnych czasach czarodzieje mogli sobie pozwolić na więcej? Może artyści pracujący dla co poniektórych rodów musieli uciekać z ogrodowego labiryntu, gdy właściciel rezydencji spuszczał ze smyczy sklątki tylnowybuchowe albo zdziczałe psidwaki?
— Niematerialne brunetki o przezroczystej skórze, które unoszą się jakieś pół metra nad ziemią i potrafią obniżyć temperaturę w pokoju samą swoją obecnością — odparł bez zająknięcia, nie traktując pytania Isaaca jakkolwiek poważnie. — A jakby jeszcze potrafiła transformować się w szaro-srebrny dym... Sama Pani Księżyca wytyczyłaby nam drogę do ołtarza.
Stłumił w sobie przeciągłe westchnienie. Nie przepadał za rozmowami o swoim prywatnym życiu. I tak miał problem ze zwykłymi, niezobowiązującymi do niczego pogawędkami z przypadkowymi ludźmi, a z jego doświadczenia wynikało, że rozmowy o ''typach'' i ''związkach'' zazwyczaj prowadziły do jednego bardzo prostego pytania: A dlaczego dalej jesteś sam? Jak w ogóle można na coś takiego odpowiedzieć? Krzywym uśmiechem? Komentarzem, że czeka się na odpowiedni moment? Odpowiednią osobę?
Sebastianowe rysy twarzy spoważniały, gdy nawiedził go wspomnienie ze wszelkiego rodzaju kolacji świątecznych i rodzinnych spędów. Czy w tegoroczne Yule czeka go to samo? Ech, czasem żałował, że kowen jednak pozwalał kapłanom na życie w związku. Dobry Merlinie, jak wielu niezręcznych sytuacji zdołałby wówczas uniknąć. Wystarczyło, że podczas wizyt duszpasterskich w okolicach Yule wszelkie stare czarownice z okolicy zasypywały go podobnymi pytaniami. Niektóre nawet były gotowe podsunąć mu własne wnuczki. Wzdrygnął się na samą myśl.
— A jednak żeglarz przebywający na oceanie nie jest jego mieszkańcem. W najlepszym przypadku jest gościem, a w najgorszym intruzem — rzucił Sebastian, starając się nie podchodzić do kwestii związanych ze sprawczością zbyt emocjonalnie. — Może i większość z nas mieszka w wielkich miastach, ale ten świat to dalej domena natury. Można próbować z nią walczyć, ale koniec końców i tak znajdziemy się na jej łasce, czy nam się to podoba, czy nie.
Para czarodziejów kontynuowała wymienianie się swoimi spostrzeżeniami przez następne pół godziny. Chociaż Sebastian w dalszym ciągu unikał odpowiadania na pytania Isaaca związane ze jego życiem prywatnym, tak był bardziej niż chętny opowiedzieć mu o innych sprawach związanych ze swoimi przekonaniami, religią czy nawet tym, co sądził o społeczności czarodziejów. No i były też plotki... Te cholerne plotki od których stronił w miejscu pracy, a które w niezobowiązującej (i bardzo niespodziewanej) rozmowie okazywały się doskonałym materiałem, aby odsunąć na bok zapytania młodego Bagshota dotyczące prywatnych spraw Macmillana. Koniec końców, kiedy ich spacer po parku został zakończony, oboje udali się w swoją stronę, wracając do swoich codziennych spraw.
Koniec sesji