13.09.2024, 11:02 ✶
- Cel osiągnięty - skomentował bez chwili zastanowienia.
Poznając te wszystkie schematy, jakie mu teraz pokazywała, dawała mu sporo kart do ręki. Nie przywykł do wykorzystania haków na ludzi, ale analizował ich zachowania i bez wahania korzystał z tego, co mu dawali. Przekora ze strony Geraldine była mu na rękę, bo coraz bardziej wiedział, na co może sobie pozwolić. Wystarczyło mówić jedno, aby osiągnąć drugie. Jeśli to było tak proste, to nie miał więcej pytań.
- Miewasz wiele okazji, by z niego korzystać? - Spytał z zaciekawieniem.
Z jednej strony miał wyobrażenie o środowisku, w jakim Geraldine się wychowywała i w dalszym ciągu obracała. Część opierał na mniej absurdalnych plotkach o rodzinie Yaxley. Jakiś tam kawałek na podstawie własnych obserwacji na temat poszukiwaczy adrenaliny trafiających do Munga. Pozostałe fragmenty zapewniały mu ich rozmowy i to, co przekazywała mimo woli. Komunikowała się jak łowca, nawet jeśli miała swoje naleciałości, nie mogła temu aż tak zaprzeczyć.
A jeśli właśnie to robiła, to on miał święte prawo, żeby zaprzeczyć jej teoriom na jego temat. Chyba mieli równość, nieprawdaż? Skoro on nic nie wiedział o niej, ona mogła wiedzieć o nim niewiele więcej.
- Jasne. Teraz mi mów, że zdążyłaś mnie poznać jak własnego brata - rzucił kąśliwie. - Nie wiem, czy zamierzasz opierać całą swoją wiedzę na tym wycinku skrajnych sytuacji, w jakich się widywaliśmy czy masz inny plan, ale takie są fakty. Geraldine, nie znamy się - przychodziło mu to z łatwością.
Mógłby w kilku pytaniach podważyć wszystko, co myślała, że o nim wie. Nie wątpił, że ona mogłaby zrobić to samo. Skoro wszystkie swoje wyobrażenia o tej drugiej osobie opierali na analizach kilku zachowań i ich pierwszej poważnej konfrontacji, wyniki nie miały być miarodajne. Cholera. Nie mówił o tym, że nie znała jego ulubionego koloru. To byłoby głupie. Chodziło mu o coś głębszego. O podstawy do przyjaźni, której on wcale nie chciał w warunkach, w jakich się znaleźli.
- Nic nie muszę, Geraldine - odgryzł jej się tym samym, co już raz usłyszał.
Nieświadomy tego, że zaraz usłyszy to ponownie i skwituje rozbawionym parsknięciem. Za to teraz, chwilę przed tym, spojrzał na nią poważnie i westchnął.
- Zawsze uciekasz z lasu, kiedy pożar prawie parzy ci pięty? - Zaciągnął się jointem.
Nie oczekiwał odpowiedzi. Coś czuł, że ją znał.
- Wybacz, ale w żadnym mnie obecnie nie zobaczysz - zaprzeczył bez wahania. - Poza Knieją, oczywiście - uściślił, bo to w gruncie rzeczy był jego leśny dom, więc nie czuł się tam jak obcy.
Jeżeli chodziło o jakiekolwiek inne lasy, to na tę chwilę nie wyobrażał sobie takiej wycieczki. Edukacyjnej czy nie. Nawet nie brał tego pod uwagę. Nie chodziło wyłącznie o pójście tam z Geraldine. Nie planował tego gdziekolwiek i z kimkolwiek. Oczywiście, że w którymś momencie wypadało zmierzyć się z nowonabytymi wspomnieniami (choć bez powrotów w konkretne miejsce zbrodni). Ten dzień miał nadejść, lecz nie było to dzisiaj. Ani jutro, ani pojutrze. Ani w najbliższej przyszłości.
- Skunksy śmierdzą? - Powtórzył po niej z brwiami uniesionymi w zdziwieniu.
Jasne. Wiedział, że skunksy śmierdziały, ale spodziewał się, że Geraldine wymieni jakąś ich supermoc. Zaletę, która stawiałaby je w tak dobrym świetle, że powiedziałby, że wilki i niedźwiedzie mogły się schować. Liczył na coś takiego, co jeszcze bardziej rozwali mu głowę, lecz nie w tym sensie. Mało kto uważał smród za zaletę. Uściślenie, które padło z ust Yaxleyówny wcale nie zmieniło jego postrzegania tej wątpliwej zalety.
- Fajnie - a co innego miałby powiedzieć? - Coś jeszcze? Szarpiące zęby, ostre jak brzytwa pazury? Ta echolokacja? - Nadal liczył na echolokację.
Poznając te wszystkie schematy, jakie mu teraz pokazywała, dawała mu sporo kart do ręki. Nie przywykł do wykorzystania haków na ludzi, ale analizował ich zachowania i bez wahania korzystał z tego, co mu dawali. Przekora ze strony Geraldine była mu na rękę, bo coraz bardziej wiedział, na co może sobie pozwolić. Wystarczyło mówić jedno, aby osiągnąć drugie. Jeśli to było tak proste, to nie miał więcej pytań.
- Miewasz wiele okazji, by z niego korzystać? - Spytał z zaciekawieniem.
Z jednej strony miał wyobrażenie o środowisku, w jakim Geraldine się wychowywała i w dalszym ciągu obracała. Część opierał na mniej absurdalnych plotkach o rodzinie Yaxley. Jakiś tam kawałek na podstawie własnych obserwacji na temat poszukiwaczy adrenaliny trafiających do Munga. Pozostałe fragmenty zapewniały mu ich rozmowy i to, co przekazywała mimo woli. Komunikowała się jak łowca, nawet jeśli miała swoje naleciałości, nie mogła temu aż tak zaprzeczyć.
A jeśli właśnie to robiła, to on miał święte prawo, żeby zaprzeczyć jej teoriom na jego temat. Chyba mieli równość, nieprawdaż? Skoro on nic nie wiedział o niej, ona mogła wiedzieć o nim niewiele więcej.
- Jasne. Teraz mi mów, że zdążyłaś mnie poznać jak własnego brata - rzucił kąśliwie. - Nie wiem, czy zamierzasz opierać całą swoją wiedzę na tym wycinku skrajnych sytuacji, w jakich się widywaliśmy czy masz inny plan, ale takie są fakty. Geraldine, nie znamy się - przychodziło mu to z łatwością.
Mógłby w kilku pytaniach podważyć wszystko, co myślała, że o nim wie. Nie wątpił, że ona mogłaby zrobić to samo. Skoro wszystkie swoje wyobrażenia o tej drugiej osobie opierali na analizach kilku zachowań i ich pierwszej poważnej konfrontacji, wyniki nie miały być miarodajne. Cholera. Nie mówił o tym, że nie znała jego ulubionego koloru. To byłoby głupie. Chodziło mu o coś głębszego. O podstawy do przyjaźni, której on wcale nie chciał w warunkach, w jakich się znaleźli.
- Nic nie muszę, Geraldine - odgryzł jej się tym samym, co już raz usłyszał.
Nieświadomy tego, że zaraz usłyszy to ponownie i skwituje rozbawionym parsknięciem. Za to teraz, chwilę przed tym, spojrzał na nią poważnie i westchnął.
- Zawsze uciekasz z lasu, kiedy pożar prawie parzy ci pięty? - Zaciągnął się jointem.
Nie oczekiwał odpowiedzi. Coś czuł, że ją znał.
- Wybacz, ale w żadnym mnie obecnie nie zobaczysz - zaprzeczył bez wahania. - Poza Knieją, oczywiście - uściślił, bo to w gruncie rzeczy był jego leśny dom, więc nie czuł się tam jak obcy.
Jeżeli chodziło o jakiekolwiek inne lasy, to na tę chwilę nie wyobrażał sobie takiej wycieczki. Edukacyjnej czy nie. Nawet nie brał tego pod uwagę. Nie chodziło wyłącznie o pójście tam z Geraldine. Nie planował tego gdziekolwiek i z kimkolwiek. Oczywiście, że w którymś momencie wypadało zmierzyć się z nowonabytymi wspomnieniami (choć bez powrotów w konkretne miejsce zbrodni). Ten dzień miał nadejść, lecz nie było to dzisiaj. Ani jutro, ani pojutrze. Ani w najbliższej przyszłości.
- Skunksy śmierdzą? - Powtórzył po niej z brwiami uniesionymi w zdziwieniu.
Jasne. Wiedział, że skunksy śmierdziały, ale spodziewał się, że Geraldine wymieni jakąś ich supermoc. Zaletę, która stawiałaby je w tak dobrym świetle, że powiedziałby, że wilki i niedźwiedzie mogły się schować. Liczył na coś takiego, co jeszcze bardziej rozwali mu głowę, lecz nie w tym sensie. Mało kto uważał smród za zaletę. Uściślenie, które padło z ust Yaxleyówny wcale nie zmieniło jego postrzegania tej wątpliwej zalety.
- Fajnie - a co innego miałby powiedzieć? - Coś jeszcze? Szarpiące zęby, ostre jak brzytwa pazury? Ta echolokacja? - Nadal liczył na echolokację.