13.09.2024, 13:06 ✶
- Trochę za późno na to. Powiedz mi raczej coś, co mnie nie zdziwi - odpowiedział ponuro, niezbyt przyjaźnie, ponieważ ostatnio wszystko związane z udziałem Geraldine nieźle mieszało mu w głowie.
Zaledwie kilka miesięcy wystarczyło, żeby w jego życiu zapanował chaos, którego nie rozumiał. Nie zarzucał kobiecie, co prawda, że była tego całkowitą przyczyną. On też miał w tym bardzo dużo decyzyjności, ale zauważał (oczywiście), że wprowadzała swoje klimaty łowcy przygód tam, gdzie się pojawiła. Otaczała ją wyraźna, ciężka aura zamętu. Normalnie nie miałby nic przeciwko temu, lubił takie klimaty, ale w tym wypadku pragnął choć chwili spokoju.
- Doskonale - odpowiedział spokojnie.
Przecież dokładnie o to mu chodziło. Mimo to nie czuł ani grama satysfakcji, którą zakładał, że będzie czuć. Geraldine przyznała mu rację, lecz w sposób, który pozbawił go jakiegokolwiek zadowolenia. Zrobiła to, ale na swoich własnych zasadach, co momentalnie odebrało temu jakiekolwiek znaczenie. Potraktowała go pretensjonalnie jak nieznośnego dzieciaka, który co prawda wygrał potyczkę słowną z rodzicem, ale dobrze wiedział, że tylko przez to, że rodzic dał mu wygrać. Nie takiego odpuszczenia oczekiwał. Smakowało przegraną. To właśnie dlatego nie zamknął mordy, gdy usłyszał te kolejne słowa.
- Od teraz będziesz się zachowywać jak typowa baba? Oryginalnie - wymierzył w nią kąśliwie.
Zgadza się. Przed chwilą upierał się, że się nie znali, ale nie skreślał wszystkiego, co ze sobą przeszli. Jedynie mówił, że nie są bliskimi znajomymi i nie wiedzą o sobie praktycznie nic. Jeżeli Geraldine uznała to za wymówkę do zachowywania się jak stereotypowa czystokrwista kobieta to on po prostu rozkładał ręce. Zdążył zauważyć, że taka nie była, więc jej zachowanie zaczęło być śmieszne. Śmiesznie irytujące, coraz bardziej działające mu na nerwy, choć główną część kłótni (jak sądził) mieli już za sobą. Najwyraźniej się mylił, bo odpalała tryb wrednego babsztyla.
- Ano szkoda - skwitował sucho, bo nie chciał bawić się w wyjaśnienia, dlaczego nie uważał tego za zbyt dobry pomysł.
Nie chodziło o nią. W żadnym razie. Nawet teraz, kiedy odstawiała starą babę do jego starego, zrzędliwego dziada, który nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy nadal się kłócą czy już skończyli. Dawała mu mieszane sygnały, z których rozpoznaniem miałby problem nawet na trzeźwo. A nazbyt trzeźwy to on nie był, choć nie mieli nawet dziesiątej rano.
- Rozumiem, że nie możesz go jeszcze jakoś ewoluować? Transmutować dalej? - Spytał nie wiadomo, po co.
Po pierwsze, całkiem niesłusznie odcinając jej zwierzęcą formę od ludzkiej poprzez mówienie o skunksie jako o niezależnej jednostce. Po drugie, gdzieś tam z tyłu głowy zauważając, że nie czuła się komfortowo z takimi zawiłymi dyskusjami chwilę po tym jak wyznała mu swój pilnie strzeżony sekret. Mimo to był na tyle pijany i bezczelny, że po prostu te dwie informacje zignorował.
Zaledwie kilka miesięcy wystarczyło, żeby w jego życiu zapanował chaos, którego nie rozumiał. Nie zarzucał kobiecie, co prawda, że była tego całkowitą przyczyną. On też miał w tym bardzo dużo decyzyjności, ale zauważał (oczywiście), że wprowadzała swoje klimaty łowcy przygód tam, gdzie się pojawiła. Otaczała ją wyraźna, ciężka aura zamętu. Normalnie nie miałby nic przeciwko temu, lubił takie klimaty, ale w tym wypadku pragnął choć chwili spokoju.
- Doskonale - odpowiedział spokojnie.
Przecież dokładnie o to mu chodziło. Mimo to nie czuł ani grama satysfakcji, którą zakładał, że będzie czuć. Geraldine przyznała mu rację, lecz w sposób, który pozbawił go jakiegokolwiek zadowolenia. Zrobiła to, ale na swoich własnych zasadach, co momentalnie odebrało temu jakiekolwiek znaczenie. Potraktowała go pretensjonalnie jak nieznośnego dzieciaka, który co prawda wygrał potyczkę słowną z rodzicem, ale dobrze wiedział, że tylko przez to, że rodzic dał mu wygrać. Nie takiego odpuszczenia oczekiwał. Smakowało przegraną. To właśnie dlatego nie zamknął mordy, gdy usłyszał te kolejne słowa.
- Od teraz będziesz się zachowywać jak typowa baba? Oryginalnie - wymierzył w nią kąśliwie.
Zgadza się. Przed chwilą upierał się, że się nie znali, ale nie skreślał wszystkiego, co ze sobą przeszli. Jedynie mówił, że nie są bliskimi znajomymi i nie wiedzą o sobie praktycznie nic. Jeżeli Geraldine uznała to za wymówkę do zachowywania się jak stereotypowa czystokrwista kobieta to on po prostu rozkładał ręce. Zdążył zauważyć, że taka nie była, więc jej zachowanie zaczęło być śmieszne. Śmiesznie irytujące, coraz bardziej działające mu na nerwy, choć główną część kłótni (jak sądził) mieli już za sobą. Najwyraźniej się mylił, bo odpalała tryb wrednego babsztyla.
- Ano szkoda - skwitował sucho, bo nie chciał bawić się w wyjaśnienia, dlaczego nie uważał tego za zbyt dobry pomysł.
Nie chodziło o nią. W żadnym razie. Nawet teraz, kiedy odstawiała starą babę do jego starego, zrzędliwego dziada, który nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy nadal się kłócą czy już skończyli. Dawała mu mieszane sygnały, z których rozpoznaniem miałby problem nawet na trzeźwo. A nazbyt trzeźwy to on nie był, choć nie mieli nawet dziesiątej rano.
- Rozumiem, że nie możesz go jeszcze jakoś ewoluować? Transmutować dalej? - Spytał nie wiadomo, po co.
Po pierwsze, całkiem niesłusznie odcinając jej zwierzęcą formę od ludzkiej poprzez mówienie o skunksie jako o niezależnej jednostce. Po drugie, gdzieś tam z tyłu głowy zauważając, że nie czuła się komfortowo z takimi zawiłymi dyskusjami chwilę po tym jak wyznała mu swój pilnie strzeżony sekret. Mimo to był na tyle pijany i bezczelny, że po prostu te dwie informacje zignorował.