13.09.2024, 13:34 ✶
Los. Dobrze było zwalać na los.
Nie powinien obwiniać w sumie ani siebie, ani Nory. Oboje byli spanikowanymi dzieciakami, które pierwszy raz zakochały się i próbowały życia razem. Przez moment. Przez tchnienie ciepłych letnich miesięcy. A potem przyszła rzeczywistość, przyszły wybory.
Przecież mogli wcale nie kochać siebie tak bardzo. Wcale nie wspominać wspólnie doświadczonego szczęścia i tych marzeń, które były wykonalne, które były w zasięgu ich dłoni. Wcale mogli za sobą nie tęsknić, nie porównywać każdej osoby do siebie na wzajem.
Sentyment wrósł w nich mocno, jak gdyby magia Kniei uświęciła, ukorzeniła ich miłość, skoro pierwszy raz zasmakowali jej w ciepłym zielonym objęciu, na miękkim leśnym poszyciu, pośród żywicznej woni, pośród mchów i wilgotnej ziemi. Sentyment. Uczucie. Miłość.
Dalej nie musieli być razem, ale magnetyzm przeznaczenia ciągnął ich do siebie nieprzerwanie, tęsknota za ciepłem, za kochaniem i byciem kochanym. Za rodziną.
Choć wciąż miał żal do swojej matki, szalenie tęsknił za rodziną, za tą najmniejszą komórką w której ojciec i matka chowają swoje młode, kształcą je pokazując świat, który znają i kochają. Takie było jego dzieciństwo, w tym układzie czuł się bezpiecznie i tego układu został zbyt okrutnie i gwałtownie pozbawiony. Ale teraz... Teraz mógł go odtworzyć, choć oczywiście nie w leśniczówce.
– Kiedy zbuduję nam dom, zrobię tam kominek i podłączę go do siecie, żebyśmy nie musieli niepokoić naszych przyjaciół. Ja wciąż nienawidzę tego miasta Nora, ale nie pozwolę na to, by stało nam to na przeszkodzie – zadeklarował całkiem racjonalnie, mimo bólu głowy mgła od eliksirów uspokajających przemijała. – Czy... czy Mabel wie? – dodał po chwili, nagle uderzony jak dziewczynka była do niego podobna. Teraz... teraz to miało o wiele więcej sensu. – Kto wie...? – dodał niemal zaraz potem, zagubiony w tajemnicy. Czy wciąż była to tajemnica?
Nie powinien obwiniać w sumie ani siebie, ani Nory. Oboje byli spanikowanymi dzieciakami, które pierwszy raz zakochały się i próbowały życia razem. Przez moment. Przez tchnienie ciepłych letnich miesięcy. A potem przyszła rzeczywistość, przyszły wybory.
Przecież mogli wcale nie kochać siebie tak bardzo. Wcale nie wspominać wspólnie doświadczonego szczęścia i tych marzeń, które były wykonalne, które były w zasięgu ich dłoni. Wcale mogli za sobą nie tęsknić, nie porównywać każdej osoby do siebie na wzajem.
Sentyment wrósł w nich mocno, jak gdyby magia Kniei uświęciła, ukorzeniła ich miłość, skoro pierwszy raz zasmakowali jej w ciepłym zielonym objęciu, na miękkim leśnym poszyciu, pośród żywicznej woni, pośród mchów i wilgotnej ziemi. Sentyment. Uczucie. Miłość.
Dalej nie musieli być razem, ale magnetyzm przeznaczenia ciągnął ich do siebie nieprzerwanie, tęsknota za ciepłem, za kochaniem i byciem kochanym. Za rodziną.
Choć wciąż miał żal do swojej matki, szalenie tęsknił za rodziną, za tą najmniejszą komórką w której ojciec i matka chowają swoje młode, kształcą je pokazując świat, który znają i kochają. Takie było jego dzieciństwo, w tym układzie czuł się bezpiecznie i tego układu został zbyt okrutnie i gwałtownie pozbawiony. Ale teraz... Teraz mógł go odtworzyć, choć oczywiście nie w leśniczówce.
– Kiedy zbuduję nam dom, zrobię tam kominek i podłączę go do siecie, żebyśmy nie musieli niepokoić naszych przyjaciół. Ja wciąż nienawidzę tego miasta Nora, ale nie pozwolę na to, by stało nam to na przeszkodzie – zadeklarował całkiem racjonalnie, mimo bólu głowy mgła od eliksirów uspokajających przemijała. – Czy... czy Mabel wie? – dodał po chwili, nagle uderzony jak dziewczynka była do niego podobna. Teraz... teraz to miało o wiele więcej sensu. – Kto wie...? – dodał niemal zaraz potem, zagubiony w tajemnicy. Czy wciąż była to tajemnica?