13.09.2024, 13:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 14:47 przez Anthony Shafiq.)
– Wergiliusz jest ucieleśnieniem taktu, myślisz, że czemu te kółka skrzypiały, jeśli nie po to, byśmy w razie czego mieli czas odkleić się od siebie? – zapytał retorycznie, stając w obronie swojego skrzata domowego, którego cenił wyżej niż większość osób w Ministerstwie Magii, z Ministrą na czele. Co więcej, Shafiq doskonale zdawał sobie też sprawę z tego, że jego lokaj najprawdopodobniej był pierwszą istotą, która dowiedziała się o zażyłości łączącej go z Longbottomem, nawet jeśli nigdy wprost o tym nie rozmawiali. Wcześniej mógł się tego domyślać po trybie życia, jaki wiódł Anthony, po kalendarzu i cyklu przez niego wyznaczanym. A w czerwcu tego roku... Cóż, mężczyzna był bardzo wylewny w okazywaniu swojego rozgoryczenia, pilnując przy tym, by absolutnie nikt nie miał do niego dostępu w tym czasie. Nikt, poza wiernym skrzatem, podającym szklankę wody, wmuszającym jedzenie i dbającym o to by jego pan zasnął mimo wszystko w sypialni. Wiernym skrzatem, który musiałby być na prawdę mocno nieogarnięty, żeby nie połączyć kropek i nie dostrzec powodów przedłużającej się żałoby.
– Zależy mi na tym, byś wiedział, że możesz czuć się w moim domu swobodnie, zwłaszcza kiedy jesteśmy tu tylko we dwoje. A nawet jeśli wciąż masz wątpliwości... Wspominałem Ci w ogóle, że moja sypialnia jest pokryta runami wyciszającymi, odkąd wstawiłem do niej fortepian? – dodał mimochodem, wciąż się uśmiechając i rozważając, czy może nie dolać sobie jeszcze trochę czarnej herbaty, której liście przygniecione zostały przed zalaniem bryłami cukru.
Lecz chwilę później co innego osładzało każdy jego oddech, każdą myśl, każde pragnienie. Wszystko ogniskowało się wokół postaci napierającego nań brygadzisty, szukającego optymalnego ułożenia ich obojga, skracającego dzielący ich dystans do możliwych granic.
– To dobrze, bo ja bardzo... bardzo chciałbym Ci o tym opowiedzieć – przyznał, łapiąc oddech i wznosząc ramiona, by zarzucić je na szerokie barki. Chciał objąć go mocniej, ciaśniej, aby gestem spróbować ukazać mnogość odczuć, zwłaszcza teraz gdy słowa znów zaczęły go zawodzić wobec bliskości i ciepła, których w życiu doświadczył tak mało. Dyskomfort splecenia był dla niego wyczuwalny, ale też skrzętnie ignorowany, szorstkość policzka drażniącego miękką skórę twarzy wyczuwalny, ale przyjmowany z dobrodziejstwem inwentarza. Znał świat w którym tego mu poskąpiono, znał świat w którym Persefona wypluła granat i opuściła podziemie, dusząc się w ciasnocie, nienawidząc braku nieba i zieleni. I bardzo, bardzo nie chciał tego świata znów doświadczyć. Choćby na powierzchni zawsze miałaby być zima. Choćby on sam miał opuścić swoje królestwo. Musiała być jakaś droga... Jakiś sposób...
– M...może skoro ja wywołałem wilka z lasu, to Ty chciałbyś połaskotać smoka? – odpowiedział na pytanie, próbując jeszcze zażartować dwuznacznością. W końcu Erik znał drogę, wiedział, gdzie ukryta jest jego prywatna kwatera, już wcześniej, w niezręcznym lipcowym poranku śmiał się z kamiennego śpiącego smoka, który normalnie strzegł hogwardzkich lochów, a w Little Hangleton w miniaturowej wersji, stanowił drzwi do niezbyt ukrytego pokoju na końcu zachodniego skrzydła.
Poprawił się niezdarnie, porzucając ostatecznie drewniane oparcie, na rzecz swojego towarzysza. Nie był zbyt wysportowany, ale włożył całą siłę, którą miał w to objęcie, całą desperację, którą dotąd zwykł zakrywać milczeniem i bezpiecznym dystansem.– Nawet jeśli nie wyobrażam... nie chcę, bardzo nie chcę teraz wypuścić Cię z rąk. Ale... ostatecznie dziś... Ty decydujesz. Ty masz kapitańską czapkę. To znaczy... służbowy mundur – dziwnie tak było słuchać Anthony'ego w krótkich, porwanych zdaniach. Nie miał zadyszki, mówił bardzo wolno i cicho, jakby za każdym razem musiał pilnować co, a może w jakim języku chciał dokończyć myśl. Ale nie był to pierwszy raz prawda? Mimo, że podczas wspólnych wypraw detektyw nigdy nie doświadczył takich momentów, był w stanie zauważyć już tę prawidłowość. Nie musiał patrzeć by wiedzieć, jaką gospodarz ma minę, czy jego oczy lśnią zeszklone, a brwi unoszą się ściągnięte porywem wzruszenia. I przed laty bywały takie chwile, ale wtedy Shafiq milczał, patrząc tylko na niego i bawiąc się w palcach kosmykami ciemnych włosów. Czy brzmiałby tak samo? Czy i wtedy nie mógłby znaleźć słów by wyartykułować to, co chciał mu przekazać?
– Wiesz Erik... mm... – Otarł się policzkiem o policzek i złożył brodę na załomie jego szyi, oddychając głęboko wzajemną bliskością, cały czas nie rozluźniając ramion. – Ty też całkowicie mi wystarczasz. – Wcale nie chciał go przedrzeźniać i też nie brzmiał w ten sposób, jakby szydził z niego, czy z wcześniejszego doboru słów. Wręcz przeciwnie, ciepły aksamitny szept zdawał się być wysycony delikatnością i zagubieniem w przestrzeniach, których dotąd nie eksplorowali. Bo też co innego rozmawiać, śmiać się, wymieniać anegdotami, rozmawiać o istocie gwiazd i przeznaczenia, a co innego dotykać rzeczy tak dla serca ważnych, że czasem strach było w ogóle spojrzeć w ich kierunku. W kierunku zależności, która istniała, a która mogła w ostatecznym rozrachunku być zbyt bolesna, by ją udźwignąć. – Chcę tylko Ciebie. – wymamrotał w ciepłą skórę drugiego mężczyzny.
– Zależy mi na tym, byś wiedział, że możesz czuć się w moim domu swobodnie, zwłaszcza kiedy jesteśmy tu tylko we dwoje. A nawet jeśli wciąż masz wątpliwości... Wspominałem Ci w ogóle, że moja sypialnia jest pokryta runami wyciszającymi, odkąd wstawiłem do niej fortepian? – dodał mimochodem, wciąż się uśmiechając i rozważając, czy może nie dolać sobie jeszcze trochę czarnej herbaty, której liście przygniecione zostały przed zalaniem bryłami cukru.
Lecz chwilę później co innego osładzało każdy jego oddech, każdą myśl, każde pragnienie. Wszystko ogniskowało się wokół postaci napierającego nań brygadzisty, szukającego optymalnego ułożenia ich obojga, skracającego dzielący ich dystans do możliwych granic.
– To dobrze, bo ja bardzo... bardzo chciałbym Ci o tym opowiedzieć – przyznał, łapiąc oddech i wznosząc ramiona, by zarzucić je na szerokie barki. Chciał objąć go mocniej, ciaśniej, aby gestem spróbować ukazać mnogość odczuć, zwłaszcza teraz gdy słowa znów zaczęły go zawodzić wobec bliskości i ciepła, których w życiu doświadczył tak mało. Dyskomfort splecenia był dla niego wyczuwalny, ale też skrzętnie ignorowany, szorstkość policzka drażniącego miękką skórę twarzy wyczuwalny, ale przyjmowany z dobrodziejstwem inwentarza. Znał świat w którym tego mu poskąpiono, znał świat w którym Persefona wypluła granat i opuściła podziemie, dusząc się w ciasnocie, nienawidząc braku nieba i zieleni. I bardzo, bardzo nie chciał tego świata znów doświadczyć. Choćby na powierzchni zawsze miałaby być zima. Choćby on sam miał opuścić swoje królestwo. Musiała być jakaś droga... Jakiś sposób...
– M...może skoro ja wywołałem wilka z lasu, to Ty chciałbyś połaskotać smoka? – odpowiedział na pytanie, próbując jeszcze zażartować dwuznacznością. W końcu Erik znał drogę, wiedział, gdzie ukryta jest jego prywatna kwatera, już wcześniej, w niezręcznym lipcowym poranku śmiał się z kamiennego śpiącego smoka, który normalnie strzegł hogwardzkich lochów, a w Little Hangleton w miniaturowej wersji, stanowił drzwi do niezbyt ukrytego pokoju na końcu zachodniego skrzydła.
Poprawił się niezdarnie, porzucając ostatecznie drewniane oparcie, na rzecz swojego towarzysza. Nie był zbyt wysportowany, ale włożył całą siłę, którą miał w to objęcie, całą desperację, którą dotąd zwykł zakrywać milczeniem i bezpiecznym dystansem.– Nawet jeśli nie wyobrażam... nie chcę, bardzo nie chcę teraz wypuścić Cię z rąk. Ale... ostatecznie dziś... Ty decydujesz. Ty masz kapitańską czapkę. To znaczy... służbowy mundur – dziwnie tak było słuchać Anthony'ego w krótkich, porwanych zdaniach. Nie miał zadyszki, mówił bardzo wolno i cicho, jakby za każdym razem musiał pilnować co, a może w jakim języku chciał dokończyć myśl. Ale nie był to pierwszy raz prawda? Mimo, że podczas wspólnych wypraw detektyw nigdy nie doświadczył takich momentów, był w stanie zauważyć już tę prawidłowość. Nie musiał patrzeć by wiedzieć, jaką gospodarz ma minę, czy jego oczy lśnią zeszklone, a brwi unoszą się ściągnięte porywem wzruszenia. I przed laty bywały takie chwile, ale wtedy Shafiq milczał, patrząc tylko na niego i bawiąc się w palcach kosmykami ciemnych włosów. Czy brzmiałby tak samo? Czy i wtedy nie mógłby znaleźć słów by wyartykułować to, co chciał mu przekazać?
– Wiesz Erik... mm... – Otarł się policzkiem o policzek i złożył brodę na załomie jego szyi, oddychając głęboko wzajemną bliskością, cały czas nie rozluźniając ramion. – Ty też całkowicie mi wystarczasz. – Wcale nie chciał go przedrzeźniać i też nie brzmiał w ten sposób, jakby szydził z niego, czy z wcześniejszego doboru słów. Wręcz przeciwnie, ciepły aksamitny szept zdawał się być wysycony delikatnością i zagubieniem w przestrzeniach, których dotąd nie eksplorowali. Bo też co innego rozmawiać, śmiać się, wymieniać anegdotami, rozmawiać o istocie gwiazd i przeznaczenia, a co innego dotykać rzeczy tak dla serca ważnych, że czasem strach było w ogóle spojrzeć w ich kierunku. W kierunku zależności, która istniała, a która mogła w ostatecznym rozrachunku być zbyt bolesna, by ją udźwignąć. – Chcę tylko Ciebie. – wymamrotał w ciepłą skórę drugiego mężczyzny.