13.09.2024, 17:16 ✶
Nawet nie pamiętał jak to się stało, że Evelyn wymyśliła im wszystkim jakieś zadania z okazji świętowania początku jesieni. Był zbyt zajęty pracą, żeby zwrócić uwagę na to, co planuje jego macocha i bez zastanowienia akceptował wszystko, co mu mówiła. Nie umiał skupić się zbyt długo na analizowaniu tych wszystkich informacji i koncepcji, więc przez większość czasu tylko udawał, że słucha. A ona mówiła, pokazywała i planowała, niezmiernie zadowolona z tego, że nikt nie próbował jej wchodzić w paradę. Celowo czy też nie (chyba bardziej w kierunku tego pierwszego) nie wymagała też od nich niemalże żadnych konsultacji. Przedstawiała im mgliste (dla Ambroisa bujającego w tym czasie w obłokach) koncepty i plany, oczekując tylko tego, żeby przytakiwali. Wszystko odbywało się bez większych problemów aż do czasu, kiedy nie zechciała uświadomić im, że nadeszła najwyższa pora, żeby działać. Wtedy nastąpił pierwszy zgrzyt, bo do mężczyzny zaczęło docierać, w co się tak właściwie wplątał. Było za późno.
Próby protestu na nic się nie zdały, bo Ambroise był tą drugą osobą, która zorientowała się później. Jego ojciec jakimś cudem wymigał się od planów żony. Nie było też szans, żeby to Roselyn wzięła udział w tym całym przedsięwzięciu, które Greengrass w myślach nazywał cyrkiem. Lubił świętować początek jesieni, ale zazwyczaj robił to na swój sposób. Brał udział w wydarzeniach na własnych zasadach. Zmywał się również mniej więcej wtedy, kiedy chciał a to znaczyło, że jednocześnie zazwyczaj w pierwszym momencie, w którym wypadało to zrobić. Jednakże nie w tym roku. Jego rozproszenie i przepracowanie zostało bezczelnie wykorzystane. Co gorsza nie mógł na to otwarcie narzekać, bo sam na to pozwolił. Żeby nie popsuć tego, na czym tak bardzo zależało jego macosze, nawet postarał się okazywać jakiś tam entuzjazm wobec sterty zadań, jakie mu przydzielała.
Nie chodziło tylko o jedno, oj nie. Chodziło o wiele dni przygotowań do tego, żeby teraz wspierał ją i jej kuzynkę na specjalnym, jedynym w swoim rodzaju stoisku (dla dwóch kobiet, oczywiście), na którym porozstawiały swoje magiczne wyroby mające na celu (o ironio!) łączyć świat roślinny ze zwierzęcym i zbierać datki na ochronę smoków w rezerwatach rodu Rowle, z którego obie pochodziły. Śmieszny, porażająco zabawny żart, biorąc pod uwagę to, co sam Ambroise myślał o jakichkolwiek magicznych zwierzętach. Nie chciał być niemiły dla kogoś, kto w gruncie rzeczy dużo dla niego zrobił, więc został uwikłany w informowanie ludzi o jebanych smokach.
Co gorsza, nie wystarczyło zwykłe zbieranie pieniędzy, sprzedaż wyrobów ziołowych i kształtnych ciasteczek na wielkich tackach, które musiał sam wystrugać ze specjalnego drewna (do tej pory miał rany na dłoniach, które nie chciały się tak łatwo wyleczyć magicznie). Przez ostatnie dwa tygodnie w każdej wolnej chwili robił ciasto na ciasteczka, piekł ciasteczka, wycinał ciasteczka (w kształcie jebanych smoków) dekorował ciasteczka, parzył zioła do lukru na ciasteczka. Stał się cukiernikiem od siedmiu boleści. Niemalże zapomniał o tym, że mógł mieć jakieś inne życie poza ciastkami i Mungiem.
Może to nie było takie złe?
Nie miał czasu na pogrążanie się w jesiennej nostalgii. Niemal przestał rozpamiętywać wszystko, co wydarzyło się w przeciągu półrocza. Odkąd któregoś popołudnia osiągnął kompletny dół (nawet nie chciał o tym wspominać), jego życie zaczęło wracać na niemal właściwe tory. Niemal, bo informowanie świętujących czarodziejów o wyzwaniach doznawanych przez rezerwaty smoków jesienią i zimą nie byłyby czymś, w czym by się widział, gdyby nie jego rozkojarzenie. Jasne. Miewał bardzo realistyczne koszmary, ale nauczył się z nimi żyć. Niemalże wszystko było w porządku, choć nadal pozostało mu wrócenie do praktyki na Nokturnie, które bezwiednie odsuwał w czasie. Miał Munga i prywatnych, bogatych klientów, ale brakowało mu czegoś w życiu. Tamta noc mu to zabrała. Musiał odpuścić lub odzyskać stratę. Nadal nie podjął decyzji.
Czując powiew jesieni na karku wiedział, że musi ją podjąć, ale mimowolnie czekał na jakiś znak. Kiedy uświadomił sobie, że zaczął o tym myśleć i coraz bardziej zawieszał się w swojej głowie, poinformował Evelyn o pójściu na krótką przerwę (chyba tego nie odnotowała) i oddalił się od straganiku w kierunku stolików, przy których mógłby uraczyć się gorącą herbatą. Miał wrócić za jakiś czas, więc nic mocniejszego nie wchodziło w grę.
Zdjął przedziwny szalik w smoki, wepchnął go sobie w większości do kieszeni i zadowolił się kubkiem bezalkoholowego grzańca. Widząc, że wszystkie stoliki są zajęte, przystanął przy niewielkim murku, spoglądając na uczestników świętowania.
Próby protestu na nic się nie zdały, bo Ambroise był tą drugą osobą, która zorientowała się później. Jego ojciec jakimś cudem wymigał się od planów żony. Nie było też szans, żeby to Roselyn wzięła udział w tym całym przedsięwzięciu, które Greengrass w myślach nazywał cyrkiem. Lubił świętować początek jesieni, ale zazwyczaj robił to na swój sposób. Brał udział w wydarzeniach na własnych zasadach. Zmywał się również mniej więcej wtedy, kiedy chciał a to znaczyło, że jednocześnie zazwyczaj w pierwszym momencie, w którym wypadało to zrobić. Jednakże nie w tym roku. Jego rozproszenie i przepracowanie zostało bezczelnie wykorzystane. Co gorsza nie mógł na to otwarcie narzekać, bo sam na to pozwolił. Żeby nie popsuć tego, na czym tak bardzo zależało jego macosze, nawet postarał się okazywać jakiś tam entuzjazm wobec sterty zadań, jakie mu przydzielała.
Nie chodziło tylko o jedno, oj nie. Chodziło o wiele dni przygotowań do tego, żeby teraz wspierał ją i jej kuzynkę na specjalnym, jedynym w swoim rodzaju stoisku (dla dwóch kobiet, oczywiście), na którym porozstawiały swoje magiczne wyroby mające na celu (o ironio!) łączyć świat roślinny ze zwierzęcym i zbierać datki na ochronę smoków w rezerwatach rodu Rowle, z którego obie pochodziły. Śmieszny, porażająco zabawny żart, biorąc pod uwagę to, co sam Ambroise myślał o jakichkolwiek magicznych zwierzętach. Nie chciał być niemiły dla kogoś, kto w gruncie rzeczy dużo dla niego zrobił, więc został uwikłany w informowanie ludzi o jebanych smokach.
Co gorsza, nie wystarczyło zwykłe zbieranie pieniędzy, sprzedaż wyrobów ziołowych i kształtnych ciasteczek na wielkich tackach, które musiał sam wystrugać ze specjalnego drewna (do tej pory miał rany na dłoniach, które nie chciały się tak łatwo wyleczyć magicznie). Przez ostatnie dwa tygodnie w każdej wolnej chwili robił ciasto na ciasteczka, piekł ciasteczka, wycinał ciasteczka (w kształcie jebanych smoków) dekorował ciasteczka, parzył zioła do lukru na ciasteczka. Stał się cukiernikiem od siedmiu boleści. Niemalże zapomniał o tym, że mógł mieć jakieś inne życie poza ciastkami i Mungiem.
Może to nie było takie złe?
Nie miał czasu na pogrążanie się w jesiennej nostalgii. Niemal przestał rozpamiętywać wszystko, co wydarzyło się w przeciągu półrocza. Odkąd któregoś popołudnia osiągnął kompletny dół (nawet nie chciał o tym wspominać), jego życie zaczęło wracać na niemal właściwe tory. Niemal, bo informowanie świętujących czarodziejów o wyzwaniach doznawanych przez rezerwaty smoków jesienią i zimą nie byłyby czymś, w czym by się widział, gdyby nie jego rozkojarzenie. Jasne. Miewał bardzo realistyczne koszmary, ale nauczył się z nimi żyć. Niemalże wszystko było w porządku, choć nadal pozostało mu wrócenie do praktyki na Nokturnie, które bezwiednie odsuwał w czasie. Miał Munga i prywatnych, bogatych klientów, ale brakowało mu czegoś w życiu. Tamta noc mu to zabrała. Musiał odpuścić lub odzyskać stratę. Nadal nie podjął decyzji.
Czując powiew jesieni na karku wiedział, że musi ją podjąć, ale mimowolnie czekał na jakiś znak. Kiedy uświadomił sobie, że zaczął o tym myśleć i coraz bardziej zawieszał się w swojej głowie, poinformował Evelyn o pójściu na krótką przerwę (chyba tego nie odnotowała) i oddalił się od straganiku w kierunku stolików, przy których mógłby uraczyć się gorącą herbatą. Miał wrócić za jakiś czas, więc nic mocniejszego nie wchodziło w grę.
Zdjął przedziwny szalik w smoki, wepchnął go sobie w większości do kieszeni i zadowolił się kubkiem bezalkoholowego grzańca. Widząc, że wszystkie stoliki są zajęte, przystanął przy niewielkim murku, spoglądając na uczestników świętowania.