13.09.2024, 19:00 ✶
Zazwyczaj świętowali w Dolinie Godryka. Niemal zawsze obracali się w tamtej społeczności i to tam roztaczali swoje względy. To pasowało mężczyźnie, ponieważ Londyn przestał być mu tak bliski jak jeszcze pół roku wcześniej. Jego wielkomiejski świat skurczył się do szpitala i paru miejskich rezydencji bogatych czarodziejów i czarownic. Nie czuł już tego wezwania, które ciągnęło go dalej wgłąb miasta. Przynajmniej tak było przez większość czasu, ponieważ starał się nie myśleć za dużo o powrocie na Nokturn. Rozważał to. A jakże. To, że dotychczas się przed tym wstrzymywał oznaczało, że mógł to z powodzeniem odwlekać dalej i dalej, i dalej w czasie.
Tak właściwie to od pamiętnego czasu był na Pokątnej zaledwie kilka razy, żeby zaopatrzyć siebie lub kogoś z rodziny w bardzo potrzebne rzeczy a potem zniknąć do domu lub Munga. Starał się spędzać jak najmniej czasu w miejscach, w których nie musiał być. Nie robił tego w pełni świadomie. Kiedy tu bywał, nie wracał pamięcią do zamieci śnieżnej i wydarzeń na sąsiadującej ulicy. Przynajmniej zazwyczaj. Jego niechęć do magicznego Londynu nie była jednoznaczna. Nie analizował swoich zachowań prowadzących do unikania tego rejonu i ciągłego pośpiechu, kiedy już tu był.
Poważny magopsychiatra powiedziałby mu, że w tym unikaniu chodziło o tamtą noc i o to, że gdyby się wtedy nie zatrzymał tylko szedł dalej, pewnie wszystkiego by uniknął. Tak zakodował to sobie w głowie. Jego własne powolne kręcenie się po Nokturnie miało fatalne w skutkach konsekwencje. Gdyby był dużo szybszy, od razu zdecydowałby się wrócić do domu i nie wszedłby w tamtą wąską uliczkę. Opieszałość doprowadziła go do nieświadomego wstrętu przed całym głównym magicznym rejonem Londynu.
Co gorsze, nie mógł tego świadomie zażegnać na własnych zasadach. Evelyn była niewzruszona w tym, że ten rok miał wyglądać inaczej. Mieli spędzić czas na straganie na Pokątnej, zebrać pokaźną kwotę na wsparcie rezerwatów i dogłębne przedstawienie tych działalności publice. Według jej planu, powinni zareklamować również jesienne wycieczki do tych bardziej otwartych na ludzi miejsc, bo to też dobrze wpłynęłoby na finanse rezerwatów. Mogliby lepiej pomóc smokom a późnym wieczorem wrócić na świętowanie w Dolinie.
Plan był idealny. Przynajmniej w oczach jego macochy (nigdy nie umiał nazwać ją matką). Od wczesnego poranka do późnego popołudnia tutaj. Później tam. Już w towarzystwie pana Greengrassa, który obiecał zdążyć na ich powrót. Ambroisa trzymało to, że po powrocie mógł się przynajmniej napić w towarzystwie bliższym mu wiekiem niż starsze panie i małe dziewczynki zachwycające się smokami i wrzucające pieniądze do puszki. Przestał liczyć rozdane ciasteczka, te sprzedane także. Zgubił rachubę ze trzy godziny temu.
Przynajmniej nie było wyjątkowo zimno. Dzień był względnie przyjemny. Nie wyjątkowo ładny, ale nie siąpiący deszczem. Trochę wiało, kolorowe liście spadały z nielicznych drzew pozostawionych między kamienicami przy ulicy. Nic, czego nie poprawiłby ciepły grzaniec. Alkoholowy byłby nawet lepszy (dotarł do niego ten jednoznaczny zapach), smaczniejszy od kupionej wersji, ale nie narzekał. Czekał do wieczora, kiedy mógł sobie pozwolić na dorosłe wersje.
Tak właściwie, to jego krótka przerwa wydała mu się dostateczna, żeby zaczął rozważać powrót na pole walki. Nie dopił całego napoju, ale stracił ochotę na resztki, które zostały w jednorazowym kubku. Po krótkim zastanowieniu postanowił wyrzucić je do najbliższego kosza i wrócić do smoków. Odstawił kubek na murek, zawiązał smoczy szalik wokół szyi i rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby zutylizować resztki grzańca a potem ruszył w tamtą stronę.
Prawdopodobnie wszystko by mu się powiodło, gdyby nie nagły ruch ze strony innej świętującej, która poruszyła się tak gwałtownie, że wytrąciła mu kubek z dłoni.
Resztka napoju wraz z kubkiem poszybowała prosto na buty jeszcze innej osoby.
- Kurwa - sarknął, wyciągając różdżkę - przepraszam, zaraz to naprawię - oznajmił do ofiary, cały czas patrząc na jej brudne buty.
To wyglądało jak krew, kurwa. Normalne grzane wino nie było tak krwiste.
Wzdrygnął się niezauważalnie. W szpitalu go to nie ruszało, ale tutaj trochę tak.
Tak właściwie to od pamiętnego czasu był na Pokątnej zaledwie kilka razy, żeby zaopatrzyć siebie lub kogoś z rodziny w bardzo potrzebne rzeczy a potem zniknąć do domu lub Munga. Starał się spędzać jak najmniej czasu w miejscach, w których nie musiał być. Nie robił tego w pełni świadomie. Kiedy tu bywał, nie wracał pamięcią do zamieci śnieżnej i wydarzeń na sąsiadującej ulicy. Przynajmniej zazwyczaj. Jego niechęć do magicznego Londynu nie była jednoznaczna. Nie analizował swoich zachowań prowadzących do unikania tego rejonu i ciągłego pośpiechu, kiedy już tu był.
Poważny magopsychiatra powiedziałby mu, że w tym unikaniu chodziło o tamtą noc i o to, że gdyby się wtedy nie zatrzymał tylko szedł dalej, pewnie wszystkiego by uniknął. Tak zakodował to sobie w głowie. Jego własne powolne kręcenie się po Nokturnie miało fatalne w skutkach konsekwencje. Gdyby był dużo szybszy, od razu zdecydowałby się wrócić do domu i nie wszedłby w tamtą wąską uliczkę. Opieszałość doprowadziła go do nieświadomego wstrętu przed całym głównym magicznym rejonem Londynu.
Co gorsze, nie mógł tego świadomie zażegnać na własnych zasadach. Evelyn była niewzruszona w tym, że ten rok miał wyglądać inaczej. Mieli spędzić czas na straganie na Pokątnej, zebrać pokaźną kwotę na wsparcie rezerwatów i dogłębne przedstawienie tych działalności publice. Według jej planu, powinni zareklamować również jesienne wycieczki do tych bardziej otwartych na ludzi miejsc, bo to też dobrze wpłynęłoby na finanse rezerwatów. Mogliby lepiej pomóc smokom a późnym wieczorem wrócić na świętowanie w Dolinie.
Plan był idealny. Przynajmniej w oczach jego macochy (nigdy nie umiał nazwać ją matką). Od wczesnego poranka do późnego popołudnia tutaj. Później tam. Już w towarzystwie pana Greengrassa, który obiecał zdążyć na ich powrót. Ambroisa trzymało to, że po powrocie mógł się przynajmniej napić w towarzystwie bliższym mu wiekiem niż starsze panie i małe dziewczynki zachwycające się smokami i wrzucające pieniądze do puszki. Przestał liczyć rozdane ciasteczka, te sprzedane także. Zgubił rachubę ze trzy godziny temu.
Przynajmniej nie było wyjątkowo zimno. Dzień był względnie przyjemny. Nie wyjątkowo ładny, ale nie siąpiący deszczem. Trochę wiało, kolorowe liście spadały z nielicznych drzew pozostawionych między kamienicami przy ulicy. Nic, czego nie poprawiłby ciepły grzaniec. Alkoholowy byłby nawet lepszy (dotarł do niego ten jednoznaczny zapach), smaczniejszy od kupionej wersji, ale nie narzekał. Czekał do wieczora, kiedy mógł sobie pozwolić na dorosłe wersje.
Tak właściwie, to jego krótka przerwa wydała mu się dostateczna, żeby zaczął rozważać powrót na pole walki. Nie dopił całego napoju, ale stracił ochotę na resztki, które zostały w jednorazowym kubku. Po krótkim zastanowieniu postanowił wyrzucić je do najbliższego kosza i wrócić do smoków. Odstawił kubek na murek, zawiązał smoczy szalik wokół szyi i rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby zutylizować resztki grzańca a potem ruszył w tamtą stronę.
Prawdopodobnie wszystko by mu się powiodło, gdyby nie nagły ruch ze strony innej świętującej, która poruszyła się tak gwałtownie, że wytrąciła mu kubek z dłoni.
Resztka napoju wraz z kubkiem poszybowała prosto na buty jeszcze innej osoby.
- Kurwa - sarknął, wyciągając różdżkę - przepraszam, zaraz to naprawię - oznajmił do ofiary, cały czas patrząc na jej brudne buty.
To wyglądało jak krew, kurwa. Normalne grzane wino nie było tak krwiste.
Wzdrygnął się niezauważalnie. W szpitalu go to nie ruszało, ale tutaj trochę tak.