13.09.2024, 21:40 ✶
Nie skomentował tego, czego mu życzyła. Oboje wiedzieli, że te wszystkie uprzejmości były wymuszone przez okoliczności towarzyskie, w jakich się spotykali. Gdyby mieli taką możliwość, nie zamieniliby słowa. Jedno unikałoby drugiego dokładnie w taki sposób, w jaki to robili przez ostatnie pół roku. Wypadek (jak wolał o tym myśleć) oddalił ich od siebie zamiast zbliżyć. Jeżeli mieli szansę to naprawić, zaprzepaszczali to coraz bardziej z każdą interakcją. Każdy dzień oddalał możliwość pogodzenia się, choć każde pewnie byłoby w stanie kłamać w żywe oczy, że nie żywiło urazy. Wyłącznie obojętność.
Tak naprawdę czasami zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby. Łapał się na tym, że mogłoby być łatwiej, gdyby mógł porozmawiać o tym, co leży mu na wątrobie. Nie było nikogo, kto wiedziałby, co powodowało u niego najgorsze koszmary. Zgodnie z daną obietnicą, nie miał zamiaru się tym dzielić. Ani z siostrą, ani z ojcem, ani z przyjaciółmi, ani z nikim innym. To oznaczało, że musiał być w tym całkiem sam. Tylko on i jego myśli. Celowo odsunął od siebie jedyną osobę, która mogła go zrozumieć. Bywało, że tego żałował a potem robił wszystko, żeby wmówić sobie, że to była ta lepsza opcja.
Tym bardziej, skoro sądził, że poniekąd mu się powiodło. Wyjechała. Myślał, że na stałe. Wydawało mu się, że poszła po rozum do głowy, bo nie widzieli się przez długi czas. Jakie było jego dzisiejsze zaskoczenie, kiedy znów na siebie wpadli.
Może dlatego nie umiał się zachować. Wybrał ratowanie się poprzez ignorowanie. Wycofanie się brzmiało dla niego jak najlepsze wyjście z tej sytuacji. Miał nadzieję, że przy odrobinie szczęścia nie zobaczą się przez długie miesiące.
Lub chociaż kilka kolejnych dni, może nawet kilka tygodni. Na pewno nie sądził, że stanie z nią oko w oko zaledwie kilkanaście minut po ich pierwszej interakcji. Chciał ją ponownie zignorować i pewnie by mu się to udało, gdyby nie zirytowane, pospieszające spojrzenie, które posłała Evelyn. Niestety, zajęta obsługą kogoś na tyłach straganiku. Zaciskając zęby, podszedł do klientki.
- Kwestujemy na rzecz smoków w rezerwatach objętych patronatem przez ród Rowle - oznajmił najbardziej informatywnym tonem, na jaki było go stać. Starał się, żeby nie drgnął mu przy tym żaden niewłaściwy mięsień twarzy. - Ciasteczka po prawej są darmowe, proszę częstować się wedle uznania. Te po lewej rozdajemy za symboliczną wpłatą do puszki, którą mamy tutaj - trochę sztywno wskazał miejsce, w którym mogła dorzucić swoje drobne. - Wedle uznania. Natomiast pakiety widoczne z tyłu za mną mają konkretne ceny. Zapraszamy - widząc spojrzenie Evelyn, która kręciła się z tyłu stanowiska, posłał wymuszony uśmiech w kierunku Geraldine.
Miał nadzieję, że kobieta bez słowa kupi swoje smocze ciasteczka, może zostawi trochę za dużo galeonów na rzecz zwierząt a potem wpełznie pod ten sam kamień, spod którego wyszła, żeby go nękać.
Oczywiście, nie zarzucał jej, że robiła to celowo. W żadnym razie. Ona również wyglądała tak, jakby obrzydzała ją jego obecność. Męczyli się sobą z czystego przypadku. Kto by pomyślał, że po ich pierwszych naprawdę czarujących spotkaniach zostaną ludźmi, którzy woleli nie przebywać w swojej obecności. Mieli zadatki na dobrych znajomych, tymczasem zostali niechętnymi rozmówcami z konieczności.
Tak naprawdę czasami zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby. Łapał się na tym, że mogłoby być łatwiej, gdyby mógł porozmawiać o tym, co leży mu na wątrobie. Nie było nikogo, kto wiedziałby, co powodowało u niego najgorsze koszmary. Zgodnie z daną obietnicą, nie miał zamiaru się tym dzielić. Ani z siostrą, ani z ojcem, ani z przyjaciółmi, ani z nikim innym. To oznaczało, że musiał być w tym całkiem sam. Tylko on i jego myśli. Celowo odsunął od siebie jedyną osobę, która mogła go zrozumieć. Bywało, że tego żałował a potem robił wszystko, żeby wmówić sobie, że to była ta lepsza opcja.
Tym bardziej, skoro sądził, że poniekąd mu się powiodło. Wyjechała. Myślał, że na stałe. Wydawało mu się, że poszła po rozum do głowy, bo nie widzieli się przez długi czas. Jakie było jego dzisiejsze zaskoczenie, kiedy znów na siebie wpadli.
Może dlatego nie umiał się zachować. Wybrał ratowanie się poprzez ignorowanie. Wycofanie się brzmiało dla niego jak najlepsze wyjście z tej sytuacji. Miał nadzieję, że przy odrobinie szczęścia nie zobaczą się przez długie miesiące.
Lub chociaż kilka kolejnych dni, może nawet kilka tygodni. Na pewno nie sądził, że stanie z nią oko w oko zaledwie kilkanaście minut po ich pierwszej interakcji. Chciał ją ponownie zignorować i pewnie by mu się to udało, gdyby nie zirytowane, pospieszające spojrzenie, które posłała Evelyn. Niestety, zajęta obsługą kogoś na tyłach straganiku. Zaciskając zęby, podszedł do klientki.
- Kwestujemy na rzecz smoków w rezerwatach objętych patronatem przez ród Rowle - oznajmił najbardziej informatywnym tonem, na jaki było go stać. Starał się, żeby nie drgnął mu przy tym żaden niewłaściwy mięsień twarzy. - Ciasteczka po prawej są darmowe, proszę częstować się wedle uznania. Te po lewej rozdajemy za symboliczną wpłatą do puszki, którą mamy tutaj - trochę sztywno wskazał miejsce, w którym mogła dorzucić swoje drobne. - Wedle uznania. Natomiast pakiety widoczne z tyłu za mną mają konkretne ceny. Zapraszamy - widząc spojrzenie Evelyn, która kręciła się z tyłu stanowiska, posłał wymuszony uśmiech w kierunku Geraldine.
Miał nadzieję, że kobieta bez słowa kupi swoje smocze ciasteczka, może zostawi trochę za dużo galeonów na rzecz zwierząt a potem wpełznie pod ten sam kamień, spod którego wyszła, żeby go nękać.
Oczywiście, nie zarzucał jej, że robiła to celowo. W żadnym razie. Ona również wyglądała tak, jakby obrzydzała ją jego obecność. Męczyli się sobą z czystego przypadku. Kto by pomyślał, że po ich pierwszych naprawdę czarujących spotkaniach zostaną ludźmi, którzy woleli nie przebywać w swojej obecności. Mieli zadatki na dobrych znajomych, tymczasem zostali niechętnymi rozmówcami z konieczności.