— Bo... — nie zaczyna się zdania od bo, skrytykował sam siebie, aby uciec myślami na chwilę od szczerości. Szukał odpowiednich słów, które wyraziłyby to, co odczuwał. Zwykle rozmowy Krukonów stanowiły sympatyczne, towarzyskie finty w fincie, lecz to nie był moment na mózgowe rozgrzewki. Po części dlatego, że Morpheus nie spał od dawna, a po części dlatego, że nie miał ochoty na kolejne maskarady, gdy okazuje się, że jego życie będzie samo w sobie musiało tak wyglądać. — Reaguję tak samo na dziewczyny, Tony. Myślałem cały czas, że tylko dostrzegam... Estetyczne walory, jak podziwianie w ten sam sposób posągu Dawida i Trzech Gracji. A wtedy on powiedział, że odgryzie mi palec i wyobraźnia popłynęła nie tam, gdzie trzeba i...
Wzruszył ramionami, jakby nie miało to znaczenia, ale miało. Patrzył intensywnie na świetlistego motyla, Bliźnięta Słoneczne w całej swojej okazałości. Silna reprezentacja tego znaku w jego kosmogramie.
— Obawiam się, że to jakiś podstęp, gdzieś w środku. Nie wiem dlaczego, wydawał mi się aż arogancko szczery. Czy to powinno tak wyglądać? Taki strach? Jak sobie z tym radzisz?
[a] Wypytywał przyjaciela, nie mając nikogo innego, komu mógłby się zwierzyć z tej tajemnicy. Tego poczucia mrowienia w podbrzuszu, tych pragnień, głębokich i żenujących, pierwotnych, aby być z kimś tak blisko, że chce się go zjeść.
— Może... I tak mam umrzeć młodo, czy to cokolwiek zmienia? Nie marzyłem o niczym, bo myślę o moim nagrobku... — Kiedy Morpheus czuł się pewnie, lubił rzucać niezobowiązująco o tym, że nic nie ma znaczenia, bo umrze młodo. Opowiedział Antoniuszowi w tym znamiennym roku, w którym zginęła również Marta, co wypowiedziała głuchym echem głosu bogów. I wierzył, że to fakt.