13.09.2024, 23:31 ✶
Przez cały dzień miał różnych klientów. Jedni przeznaczali dużo czasu na kontakt i zakupy, choć asortyment był mały. Inni szybko wrzucali datek. Jeszcze inni byli gdzieś pomiędzy. Gdyby wiedział, że Geraldine jest w kraju, pewnie spodziewałby się również jej zainteresowania stoiskiem. Przecież już kiedyś rozmawiali o smokach. Mimo to, stłumił przekleństwo pod nosem, gdy podeszła a potem kolejne, kiedy się odezwała.
- Moja siostra to Rowle. W połowie - wyjaśnił pokrótce, raczej ogólnikowo.
To było dużo łatwiejsze niż zbędne tłumaczenie ich sytuacji rodzinnej. Tego, z kim był jego ojciec i kim była jego macocha. Poza tym sądził, że wystarczył taki komentarz, aby uświadomić Geraldine o tym, co musiała słyszeć w czystokrwistych plotkach. Swego czasu było to bardzo na językach. Był za mały, żeby to pamiętać, ale temat wracał od czasu do czasu. Poza tym baby lubiły plotkować. A właśnie za nią miał Yaxleyównę po ich pierwszym i ostatnim starciu. Za humorzastą babę chcącą mieć również jaja.
- Nie dziękuj za ten koncert zaskoczeń -po prostu odejdź stąd jak najszybciej, stwierdził, dopowiadając sobie w myślach.
Świetnie. Jeżeli myślał, że kobieta odejdzie na jego widok, może wrzuci datek do puszki i oddali się bez słowa, to bardzo się mylił. Wręcz sromotnie. W dodatku najwidoczniej próbowała kpić z jego szalika, jakby niedostatecznie nie chciał tego nosić. Zmusił się, żeby przełknąć gorycz i odpowiedzieć jak najbardziej opanowanym tonem. Nie znali się, nie? Nie miała nad nim żadnej władzy. Nie mogła go zirytować.
- Sprzedajemy takie z tyłu straganu. U tamtej pani. Bardzo polecam - wskazał głową na Evelyn.
Byłoby mu na rękę, gdyby Yaxleyówna poszła do jego macochy. Z pewnością by się dogadały. Może porozmawiałyby o swojej miłości do smoków albo znalazłyby wspólny język w czymś innym. Prócz tego nie musiałby wchodzić z Geraldine w głębszą interakcję, która dla żadnego z nich nie brzmiała zbyt dobrze. Widział po jej oczach, że nie chciała tu być równie mocno, co on jej obsługiwać. Tym bardziej zachodził w głowę, dlaczego się nie wycofała. Co gorsza, odnosił wrażenie, że chciała doprowadzić tę niezręczną interakcję do końca.
- Właśnie tak. Zbliża się jesień, później zima. To bardzo trudny okres dla smoków. Dodatkowo są jeszcze ci kłusownicy - pokręcił głową. Ach, ci kłusownicy, prawda? - Nawet Panienka sobie nie wyobraża, co potrafią robić z tymi niewinnymi zwierzątkami - zakończył smutno a nawet smutniej niż wypadało.
Z zewnątrz to mogło brzmieć jak całkiem kulturalna rozmowa. Miała sens, jeżeli brało się pod uwagę to, że Yaxley sama była łowczynią, więc oficjalnie musiała widywać skutki polowań kłusowników. Natomiast on wiedział o niej coś więcej. Jeśli ona traktowała go z przekąsem, nie zamierzał pozostać dłużny.
- Szczególnie polecam Panience zestaw miłośników żmijozębów walijskich - zasugerował mierząc ją wzrokiem.
Nawet nie wiedział czy istnieje taka odmiana. Prawdę mówiąc, nasłuchał się różnych informacji na temat smoków. Wszystko w imię sprzedaży tych cholernych ciastek. Usłyszał setki nazw i jeszcze więcej podgatunków, którymi żonglował przez cały dzień. Zazwyczaj starał się być tak czarujący, że nie musiał być zbyt informatywny. W tym wypadku sądził, że Geraldine nie planowała mu przepuścić jakiegoś przytyku. Widział jej minę i (co gorsza) wiedział, że ma małe możliwości wycofania się. Musiał jej sprzedać te towary i nie narazić się przy tym Evelyn.
Ale czego oczy i uszy nie słyszały i tak dalej, prawda? Mógł sobie pozwolić na drobną uszczypliwość. Żmijoząb walijski brzmiał dostatecznie dobrze.
- Moja siostra to Rowle. W połowie - wyjaśnił pokrótce, raczej ogólnikowo.
To było dużo łatwiejsze niż zbędne tłumaczenie ich sytuacji rodzinnej. Tego, z kim był jego ojciec i kim była jego macocha. Poza tym sądził, że wystarczył taki komentarz, aby uświadomić Geraldine o tym, co musiała słyszeć w czystokrwistych plotkach. Swego czasu było to bardzo na językach. Był za mały, żeby to pamiętać, ale temat wracał od czasu do czasu. Poza tym baby lubiły plotkować. A właśnie za nią miał Yaxleyównę po ich pierwszym i ostatnim starciu. Za humorzastą babę chcącą mieć również jaja.
- Nie dziękuj za ten koncert zaskoczeń -po prostu odejdź stąd jak najszybciej, stwierdził, dopowiadając sobie w myślach.
Świetnie. Jeżeli myślał, że kobieta odejdzie na jego widok, może wrzuci datek do puszki i oddali się bez słowa, to bardzo się mylił. Wręcz sromotnie. W dodatku najwidoczniej próbowała kpić z jego szalika, jakby niedostatecznie nie chciał tego nosić. Zmusił się, żeby przełknąć gorycz i odpowiedzieć jak najbardziej opanowanym tonem. Nie znali się, nie? Nie miała nad nim żadnej władzy. Nie mogła go zirytować.
- Sprzedajemy takie z tyłu straganu. U tamtej pani. Bardzo polecam - wskazał głową na Evelyn.
Byłoby mu na rękę, gdyby Yaxleyówna poszła do jego macochy. Z pewnością by się dogadały. Może porozmawiałyby o swojej miłości do smoków albo znalazłyby wspólny język w czymś innym. Prócz tego nie musiałby wchodzić z Geraldine w głębszą interakcję, która dla żadnego z nich nie brzmiała zbyt dobrze. Widział po jej oczach, że nie chciała tu być równie mocno, co on jej obsługiwać. Tym bardziej zachodził w głowę, dlaczego się nie wycofała. Co gorsza, odnosił wrażenie, że chciała doprowadzić tę niezręczną interakcję do końca.
- Właśnie tak. Zbliża się jesień, później zima. To bardzo trudny okres dla smoków. Dodatkowo są jeszcze ci kłusownicy - pokręcił głową. Ach, ci kłusownicy, prawda? - Nawet Panienka sobie nie wyobraża, co potrafią robić z tymi niewinnymi zwierzątkami - zakończył smutno a nawet smutniej niż wypadało.
Z zewnątrz to mogło brzmieć jak całkiem kulturalna rozmowa. Miała sens, jeżeli brało się pod uwagę to, że Yaxley sama była łowczynią, więc oficjalnie musiała widywać skutki polowań kłusowników. Natomiast on wiedział o niej coś więcej. Jeśli ona traktowała go z przekąsem, nie zamierzał pozostać dłużny.
- Szczególnie polecam Panience zestaw miłośników żmijozębów walijskich - zasugerował mierząc ją wzrokiem.
Nawet nie wiedział czy istnieje taka odmiana. Prawdę mówiąc, nasłuchał się różnych informacji na temat smoków. Wszystko w imię sprzedaży tych cholernych ciastek. Usłyszał setki nazw i jeszcze więcej podgatunków, którymi żonglował przez cały dzień. Zazwyczaj starał się być tak czarujący, że nie musiał być zbyt informatywny. W tym wypadku sądził, że Geraldine nie planowała mu przepuścić jakiegoś przytyku. Widział jej minę i (co gorsza) wiedział, że ma małe możliwości wycofania się. Musiał jej sprzedać te towary i nie narazić się przy tym Evelyn.
Ale czego oczy i uszy nie słyszały i tak dalej, prawda? Mógł sobie pozwolić na drobną uszczypliwość. Żmijoząb walijski brzmiał dostatecznie dobrze.