14.09.2024, 16:17 ✶
- Nie wiem, Panienko Yaxley. Musi Panienka spytać o to kogoś innego, najlepiej z własnej rodziny - ledwo powstrzymał rozdrażniony uśmieszek przed wpłynięciem mu na usta.
Odnosiła się do niego z taką wyższością, że czuł trudną do zignorowania potrzebę pokazania jej, jak bardzo go to nie rusza. Tym bardziej, że przecież udawali, że się nie znają. Skąd miałby wiedzieć, jaka jest.
- W zgniłozielonym mało komu jest do twarzy, ale czego się nie robi dla dobra smoków. Czyż nie? - Zapytał znacząco.
Przecież lubiła smoki. Porównywała się do nich kilkukrotnie. A nawet, jeżeli miałby o tym zapomnieć (nie znali się, nie?) to oficjalnie jej rodzina szanowała magiczne bestie. Działała dla dobra świata czarodziejów, ale dbała o populację zwierząt, interweniując wtedy, kiedy to było wskazane. Nie niszcząc fauny wedle własnej woli, ale robiąc to z głową. No cóż. Po ich interakcjach, mógłby temu wszystkiemu zaprzeczyć.
- A kłusownicy to nie mordercy, Panienko Yaxley? - Spytał na pozór lekko i bezczelnie, ale w oczach miał mroczniejszą, ponurą niechęć.
Okay, odgryzła mu się na to, co powiedział. On też nie wykazał się najwyższą uprzejmością, ale wytykanie mu czegoś takiego było dla niego niskim wyrazem desperacji. Chciała pokazać swoją przewagę, tak? Wybrała ku temu bardzo słaby sposób. To nie było jak ich niedawne przekomarzanki. Za tamte ją szanował, za te gardził jej obecnością. Szczególnie, że to ona mogła stąd odejść w każdej chwili.
- Szczególnie ci, którzy polują na zagrożone gatunki w okresie ochronnym. Dla nich jest tam specjalne miejsce, nieprawdaż? - Zakończył cicho, uprzejmie, ale poważnie. Obdarzył ją długim spojrzeniem, po czym wzruszył ramionami.
- Całe szczęście, Droga Pani, ci godni pożałowania mężczyźni nie mogą zaszkodzić rezerwatom. Z Pani drobną pomocą na pewno uda nam się dać schronienie wielu cennym okazom - zapewnił, przez cały czas umiejętnie ślizgając się między kulturą a obrazą.
Widział pieniądze wyjęte przez nią z torebki, więc starał się dać jej do zrozumienia, że powinna czuć się zobowiązana do tego, by umieścić je w odpowiednim miejscu. Oczywiście, nie w taki sposób, żeby poczuła się do tego otwarcie przymuszona. Raczej tak, żeby wydawało jej się, że powinna to zrobić, żeby utrzeć mu nosa. Może nie lubił magicznych zwierząt, ale zależało mu na dobru rezerwatów. Dzięki temu bestie nie niszczyły flory gdzieś indziej. To była pokrętna, ale względnie niezła logika.
- Dziękuję za te szczegółowe informacje na temat tego gatunku - odrzekł gładko, choć musiał bardzo się starać, żeby nie powiedzieć nic nadto. - Niemniej, jako wspierający te piękne stworzenia, jesteśmy znakomicie poinformowani i weryfikujemy wszystko, co do nas dociera. Żmijozęby walijskie bywają jadowite bez powodu - zaprzeczył usłyszanym słowom.
Geraldine Yaxley była kąsającym smokiem, który zamiast dystyngowanie się oddalać zdecydowanie wolał konfrontację.
Odnosiła się do niego z taką wyższością, że czuł trudną do zignorowania potrzebę pokazania jej, jak bardzo go to nie rusza. Tym bardziej, że przecież udawali, że się nie znają. Skąd miałby wiedzieć, jaka jest.
- W zgniłozielonym mało komu jest do twarzy, ale czego się nie robi dla dobra smoków. Czyż nie? - Zapytał znacząco.
Przecież lubiła smoki. Porównywała się do nich kilkukrotnie. A nawet, jeżeli miałby o tym zapomnieć (nie znali się, nie?) to oficjalnie jej rodzina szanowała magiczne bestie. Działała dla dobra świata czarodziejów, ale dbała o populację zwierząt, interweniując wtedy, kiedy to było wskazane. Nie niszcząc fauny wedle własnej woli, ale robiąc to z głową. No cóż. Po ich interakcjach, mógłby temu wszystkiemu zaprzeczyć.
- A kłusownicy to nie mordercy, Panienko Yaxley? - Spytał na pozór lekko i bezczelnie, ale w oczach miał mroczniejszą, ponurą niechęć.
Okay, odgryzła mu się na to, co powiedział. On też nie wykazał się najwyższą uprzejmością, ale wytykanie mu czegoś takiego było dla niego niskim wyrazem desperacji. Chciała pokazać swoją przewagę, tak? Wybrała ku temu bardzo słaby sposób. To nie było jak ich niedawne przekomarzanki. Za tamte ją szanował, za te gardził jej obecnością. Szczególnie, że to ona mogła stąd odejść w każdej chwili.
- Szczególnie ci, którzy polują na zagrożone gatunki w okresie ochronnym. Dla nich jest tam specjalne miejsce, nieprawdaż? - Zakończył cicho, uprzejmie, ale poważnie. Obdarzył ją długim spojrzeniem, po czym wzruszył ramionami.
- Całe szczęście, Droga Pani, ci godni pożałowania mężczyźni nie mogą zaszkodzić rezerwatom. Z Pani drobną pomocą na pewno uda nam się dać schronienie wielu cennym okazom - zapewnił, przez cały czas umiejętnie ślizgając się między kulturą a obrazą.
Widział pieniądze wyjęte przez nią z torebki, więc starał się dać jej do zrozumienia, że powinna czuć się zobowiązana do tego, by umieścić je w odpowiednim miejscu. Oczywiście, nie w taki sposób, żeby poczuła się do tego otwarcie przymuszona. Raczej tak, żeby wydawało jej się, że powinna to zrobić, żeby utrzeć mu nosa. Może nie lubił magicznych zwierząt, ale zależało mu na dobru rezerwatów. Dzięki temu bestie nie niszczyły flory gdzieś indziej. To była pokrętna, ale względnie niezła logika.
- Dziękuję za te szczegółowe informacje na temat tego gatunku - odrzekł gładko, choć musiał bardzo się starać, żeby nie powiedzieć nic nadto. - Niemniej, jako wspierający te piękne stworzenia, jesteśmy znakomicie poinformowani i weryfikujemy wszystko, co do nas dociera. Żmijozęby walijskie bywają jadowite bez powodu - zaprzeczył usłyszanym słowom.
Geraldine Yaxley była kąsającym smokiem, który zamiast dystyngowanie się oddalać zdecydowanie wolał konfrontację.