14.09.2024, 20:13 ✶
Było późne popołudnie albo nawet wczesny wieczór, kiedy spokój Greengrassa został zaburzony. Pogoda w Dolinie Godryka dopisywała mniej więcej do południa, więc znaczną część dnia spędził na zewnątrz przy ostatnim dopieszczaniu jesiennych grządek przed pierwszymi poważnymi przymrozkami. Zanim deszcz rozpętał się na dobre, mężczyzna zdążył oporządzić wszystkie dynie, osłonić je przed zimnem i z zadowoleniem przyjrzeć się swojej pracy.
W tym roku wyhodowali naprawdę piękne okazy, które miały trafić w wiele istotnych miejsc. Zamówienia spływały do nich od wielu miesięcy i teraz nadchodził okres zbiorów wyjątkowych dyniowych hybryd. Większych i bardziej mięsistych niż rok wcześniej a także twardszych i łatwiejszych do wydrążenia. Do wyboru, do koloru (szczególnie, że mieli też okazy inne od pomarańczowych). Starannie o nie dbał a teraz w obliczu zbliżającego się przełomu października i listopada miał zobaczyć efekty swojej wielomiesięcznej pracy.
Był zadowolony. Nawet deszcz nie popsuł mu dnia. Wręcz przeciwnie. Dostrzegając burzowe chmury na niebie, udał się do swojej największej szklarni, gdzie zaczął sprzątać pozostałości po nieudanych krzyżówkach roślin i eksperymentach, z których nie był zadowolony. Miał trzy dni wolnego od dyżurów w Mungu i postanowił wykorzystać je do cna w pracy na rzecz rodzinnego biznesu. Sam nie wiedział, skąd nagle poczuł taką znaczną chęć, żeby bardziej udzielać się w życiu rodziny. Co prawda, nie uczestniczył w większości obiadków, bo nadal miał wiele zobowiązań, ale próbował zostawić coś po sobie.
We wszystkich przemyśleniach, jakie często miewał, nie chciał tak po prostu zniknąć. Nie chciał być kimś pokroju Williama Rosiera, o którym nie było żadnych wieści a ludzie beztrosko to zaakceptowali. Nie było wielkiego szumu ani nic takiego. Jeśli ktoś szukał Billy'ego Farciarza to robił to nieoficjalnie w całkowitym utajeniu. Ambroise na swój sposób cieszył się z uwagi na to, ale jednocześnie zastanawiał się, jak nisko musiał upaść ten człowiek, żeby nikt za nim nie tęsknił. Nie zostawił po sobie na tyle wiele, żeby ktoś odczuł jego nieobecność. Greengrass nie chciał tak żyć ani umierać.
Zaczął starać się żyć tak, żeby pamiętano o nim po śmierci, która mogła nadejść nieoczekiwanie. Ta myśl towarzyszyła mu w chwili, w której do jego szklarni wpadł zaaferowany skrzat domowy z wieścią, że był potrzebny teraz, zaraz, już do medycznego nagłego przypadku. Jak zwykle w takich okolicznościach, Ambroise zebrał jak najwięcej najpotrzebniejszych informacji, żeby zabrać ze sobą najpotrzebniejsze środki i teleportować się razem ze skrzatem do posiadłości Yaxleyów, w której panowało (niestety dobrze mu znane) poruszenie związane z wypadkiem. Wiedział, czyim. Choć do końca czekał aż upewni się na własne oczy, nie chcąc wyrokować przed tym, jak zobaczy wszystko, z czym miał się mierzyć.
Starał się trzymać nerwy na wodzy i podejść do sprawy jak prywatny uzdrowiciel. Zrobić wszystko, co był w stanie, żeby zażegnać kryzys. Poważniejszy niż sądził. Skrzat domowy nie był w stanie przekazać całej makabry. Członkowie rodziny również nie. W całej sytuacji nasuwało się jedno pytanie:
Czy mógłby nie przeznaczyć kilkunastu godzin na to, żeby pomóc Geraldine Yaxley?
Zaś po nim także drugie:
Czy mógłby dać z siebie dostatecznie dużo, ale nie wszystko a potem dać jej odejść tam, dokąd ją kiedyś wrogo posyłał?
Skwitowane mrocznym, makabrycznym:
Czy jego sekret byłby bezpieczniejszy dzięki podwójnemu pogrzebaniu go w ziemi, najpierw w postaci dowodów zbrodni a teraz współzabójczyni?
To wszystko prowadziło go ku jednemu:
Pewnie uszłoby mu to na sucho, bo niejeden bardzo dobry uzdrowiciel odpuściłby mniej więcej w połowie tego, co on robił, ale nie mógł. Nie umiał zachować się w ten sposób.
Z nadejściem mglistego, jesiennego poranka trzy dni później wszystko zaczęło wyglądać lepiej. Kilkanaście godzin krążenia po ostrym szkle i robienia wszystkiego, żeby następne dwa dni wyglądały lepiej. Nieznacznie, ale to ten trzeci przyniósł jakiś przełom. Kiedy pierwsze promienie słońca wdarły się przez okna w pokoju, Ambroise właśnie skończył zmieniać kroplówkę.
- Jest stabilniej - odezwał się przez ramię do wyczerpanej psychicznie kobiety opuszczającej pokój po tym, jak sama własnoręcznie przyniosła mu kawę.
Nie musiała tego robić, miała od tego służbę, ale podała mu dzbanuszek i filiżankę w trzęsących się dłoniach. Wyglądała tylko nieco lepiej od niego a to on spędził tu niemal trzy i pół dnia jednym, niedospanym ciągiem. Słysząc westchnienie ulgi i zamykające się dni, przetarł oczy i poprawił woreczek z eliksirem skapującym w kroplówce.
W tym roku wyhodowali naprawdę piękne okazy, które miały trafić w wiele istotnych miejsc. Zamówienia spływały do nich od wielu miesięcy i teraz nadchodził okres zbiorów wyjątkowych dyniowych hybryd. Większych i bardziej mięsistych niż rok wcześniej a także twardszych i łatwiejszych do wydrążenia. Do wyboru, do koloru (szczególnie, że mieli też okazy inne od pomarańczowych). Starannie o nie dbał a teraz w obliczu zbliżającego się przełomu października i listopada miał zobaczyć efekty swojej wielomiesięcznej pracy.
Był zadowolony. Nawet deszcz nie popsuł mu dnia. Wręcz przeciwnie. Dostrzegając burzowe chmury na niebie, udał się do swojej największej szklarni, gdzie zaczął sprzątać pozostałości po nieudanych krzyżówkach roślin i eksperymentach, z których nie był zadowolony. Miał trzy dni wolnego od dyżurów w Mungu i postanowił wykorzystać je do cna w pracy na rzecz rodzinnego biznesu. Sam nie wiedział, skąd nagle poczuł taką znaczną chęć, żeby bardziej udzielać się w życiu rodziny. Co prawda, nie uczestniczył w większości obiadków, bo nadal miał wiele zobowiązań, ale próbował zostawić coś po sobie.
We wszystkich przemyśleniach, jakie często miewał, nie chciał tak po prostu zniknąć. Nie chciał być kimś pokroju Williama Rosiera, o którym nie było żadnych wieści a ludzie beztrosko to zaakceptowali. Nie było wielkiego szumu ani nic takiego. Jeśli ktoś szukał Billy'ego Farciarza to robił to nieoficjalnie w całkowitym utajeniu. Ambroise na swój sposób cieszył się z uwagi na to, ale jednocześnie zastanawiał się, jak nisko musiał upaść ten człowiek, żeby nikt za nim nie tęsknił. Nie zostawił po sobie na tyle wiele, żeby ktoś odczuł jego nieobecność. Greengrass nie chciał tak żyć ani umierać.
Zaczął starać się żyć tak, żeby pamiętano o nim po śmierci, która mogła nadejść nieoczekiwanie. Ta myśl towarzyszyła mu w chwili, w której do jego szklarni wpadł zaaferowany skrzat domowy z wieścią, że był potrzebny teraz, zaraz, już do medycznego nagłego przypadku. Jak zwykle w takich okolicznościach, Ambroise zebrał jak najwięcej najpotrzebniejszych informacji, żeby zabrać ze sobą najpotrzebniejsze środki i teleportować się razem ze skrzatem do posiadłości Yaxleyów, w której panowało (niestety dobrze mu znane) poruszenie związane z wypadkiem. Wiedział, czyim. Choć do końca czekał aż upewni się na własne oczy, nie chcąc wyrokować przed tym, jak zobaczy wszystko, z czym miał się mierzyć.
Starał się trzymać nerwy na wodzy i podejść do sprawy jak prywatny uzdrowiciel. Zrobić wszystko, co był w stanie, żeby zażegnać kryzys. Poważniejszy niż sądził. Skrzat domowy nie był w stanie przekazać całej makabry. Członkowie rodziny również nie. W całej sytuacji nasuwało się jedno pytanie:
Czy mógłby nie przeznaczyć kilkunastu godzin na to, żeby pomóc Geraldine Yaxley?
Zaś po nim także drugie:
Czy mógłby dać z siebie dostatecznie dużo, ale nie wszystko a potem dać jej odejść tam, dokąd ją kiedyś wrogo posyłał?
Skwitowane mrocznym, makabrycznym:
Czy jego sekret byłby bezpieczniejszy dzięki podwójnemu pogrzebaniu go w ziemi, najpierw w postaci dowodów zbrodni a teraz współzabójczyni?
To wszystko prowadziło go ku jednemu:
Pewnie uszłoby mu to na sucho, bo niejeden bardzo dobry uzdrowiciel odpuściłby mniej więcej w połowie tego, co on robił, ale nie mógł. Nie umiał zachować się w ten sposób.
Z nadejściem mglistego, jesiennego poranka trzy dni później wszystko zaczęło wyglądać lepiej. Kilkanaście godzin krążenia po ostrym szkle i robienia wszystkiego, żeby następne dwa dni wyglądały lepiej. Nieznacznie, ale to ten trzeci przyniósł jakiś przełom. Kiedy pierwsze promienie słońca wdarły się przez okna w pokoju, Ambroise właśnie skończył zmieniać kroplówkę.
- Jest stabilniej - odezwał się przez ramię do wyczerpanej psychicznie kobiety opuszczającej pokój po tym, jak sama własnoręcznie przyniosła mu kawę.
Nie musiała tego robić, miała od tego służbę, ale podała mu dzbanuszek i filiżankę w trzęsących się dłoniach. Wyglądała tylko nieco lepiej od niego a to on spędził tu niemal trzy i pół dnia jednym, niedospanym ciągiem. Słysząc westchnienie ulgi i zamykające się dni, przetarł oczy i poprawił woreczek z eliksirem skapującym w kroplówce.