14.09.2024, 22:06 ✶
Przyjaciół, przyjaciół... Czy Faye miała jakichkolwiek przyjaciół? Nie to, żeby dziewczyna stroniła od towarzystwa, bo była bardzo empatyczna i ekstrawertyczna, lecz styl jej życia sprawiał po prostu, że mało kto wytrzymywał nagłe znikanie, zamartwianie się i zwyczajne ignorowanie listów, które nieodczytane piętrzyły się w jej mieszkaniu, gdy ona akurat włóczyła się po lasach. Czasem było to kilka dni, a czasem nawet dobre dwa tygodnie. W obecnych czasach mogło znaczyć to wszystko: że albo zapomniała, albo leży gdzieś rozczłonkowana, więc trzeba organizować ekipę poszukiwawczą. Jak zaczęło się robić gorąco z tym całym Voldemortem, to dopiero dostawała po uszach od każdego. Siłą rzeczy więc sama zaczęła się odsuwać od ludzi i unikać bliższych kontaktów, bo tak było łatwiej. Nie musiała nikomu się tłumaczyć, czemu akurat postanowiła zebrać dupę i znaleźć się znowu w Szkocji, skoro wczoraj chlali w Londynie. Tak było prościej dla niej i dla innych.
A to, że chlała do lustra? O nie, co to to nie. Nie miała żadnego problemu z alkoholem - problem pojawiał się, gdy go nie było. Krótka piłka, ale Faye doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że pić trzeba umieć. A jakoś w towarzystwie łatwiej jej było się hamować, poza tym picie do lustra uznawała za odrażające i słabe, a przecież ona nie była słaba. No i w zasadzie to łaknęła towarzystwa, a że nigdy nie miała problemu z jego znalezieniem...
- Ej, moja różdżka! - warknęła, odruchowo chwytając za przedmiot. Mogła chwycić za szklankę, mogła chwycić za pieniądze ale odruchy wzięły górę i to właśnie za rękojeść różdżki złapała, odwracając gwałtownie łeb w kierunku nieznajomej blondynki. Gdy jednak zobaczyła, kogo ma przed sobą (nie to, żeby ją znała, bo jej nie znała), rozluźniła się. Baba jej nic nie zrobi, prawda? Poza tym zawsze było milej gdy cię obłapywała kobieta, a nie jakiś obleśny knur, któremu różdżka nie chciała stanąć. - Dzięki. Te spodnie są fajne, ale znajdź coś w nich.
Przesunęła swój majątek bliżej siebie, zostawiając tylko monety z napiwkiem dla barmana. Jeszcze tylko chwyciła za szklankę, z której rozlało się trochę bursztynowego płynu. I poszła za nią, za tą nieznajomą, tak jakby znały się od lat i się tu umówiły. Bez głupich pytań i bez idiotycznych "kim jesteś, nie dotykaj mnie".
- Hm. To zależy. Zwykle jestem rozlazła jak fasolka o smaku rzygowin, którą zostawiono za długo na słońcu. Nie lubię gdy jest gorąco, dopiero teraz mam czym oddychać i nie mam wrażenia, że zamiast powietrza do płuc dostaje mi się żar z wulkanu - odpowiedziała, pukając filtrem papierosa o blat stolika, przy którym posadziła dupsko. Sięgnęła po świeczkę, by odpalić ćmika. - A co, teraz w Londynie wszyscy mają kija w dupie? Nie było mnie tylko chwilę ale mam wrażenie, że jakoś tu smutniej niż zazwyczaj.
Rozejrzała się. Ludzie się gapili: i co z tego? Oni zawsze się gapili. Na nią, na jej towarzyszkę, na jej brata, na ciotkę, na obcych sobie ludzi. Wścibskie kocie mordy.
- Faye jestem. Muszę być żywiołowa, inaczej nie mogłabym łapać żab na polecenie Ministerstwa - te żaby to był jeden z jej lepszych dowcipów. Wszyscy myśleli, że łazi po bagnach i łapie maleńkie żabcie, a tak naprawdę były to przerośnięte, ogromne ropuchy, które mogły wpierdolić dorosłą osobę w ułamek sekundy.
A to, że chlała do lustra? O nie, co to to nie. Nie miała żadnego problemu z alkoholem - problem pojawiał się, gdy go nie było. Krótka piłka, ale Faye doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że pić trzeba umieć. A jakoś w towarzystwie łatwiej jej było się hamować, poza tym picie do lustra uznawała za odrażające i słabe, a przecież ona nie była słaba. No i w zasadzie to łaknęła towarzystwa, a że nigdy nie miała problemu z jego znalezieniem...
- Ej, moja różdżka! - warknęła, odruchowo chwytając za przedmiot. Mogła chwycić za szklankę, mogła chwycić za pieniądze ale odruchy wzięły górę i to właśnie za rękojeść różdżki złapała, odwracając gwałtownie łeb w kierunku nieznajomej blondynki. Gdy jednak zobaczyła, kogo ma przed sobą (nie to, żeby ją znała, bo jej nie znała), rozluźniła się. Baba jej nic nie zrobi, prawda? Poza tym zawsze było milej gdy cię obłapywała kobieta, a nie jakiś obleśny knur, któremu różdżka nie chciała stanąć. - Dzięki. Te spodnie są fajne, ale znajdź coś w nich.
Przesunęła swój majątek bliżej siebie, zostawiając tylko monety z napiwkiem dla barmana. Jeszcze tylko chwyciła za szklankę, z której rozlało się trochę bursztynowego płynu. I poszła za nią, za tą nieznajomą, tak jakby znały się od lat i się tu umówiły. Bez głupich pytań i bez idiotycznych "kim jesteś, nie dotykaj mnie".
- Hm. To zależy. Zwykle jestem rozlazła jak fasolka o smaku rzygowin, którą zostawiono za długo na słońcu. Nie lubię gdy jest gorąco, dopiero teraz mam czym oddychać i nie mam wrażenia, że zamiast powietrza do płuc dostaje mi się żar z wulkanu - odpowiedziała, pukając filtrem papierosa o blat stolika, przy którym posadziła dupsko. Sięgnęła po świeczkę, by odpalić ćmika. - A co, teraz w Londynie wszyscy mają kija w dupie? Nie było mnie tylko chwilę ale mam wrażenie, że jakoś tu smutniej niż zazwyczaj.
Rozejrzała się. Ludzie się gapili: i co z tego? Oni zawsze się gapili. Na nią, na jej towarzyszkę, na jej brata, na ciotkę, na obcych sobie ludzi. Wścibskie kocie mordy.
- Faye jestem. Muszę być żywiołowa, inaczej nie mogłabym łapać żab na polecenie Ministerstwa - te żaby to był jeden z jej lepszych dowcipów. Wszyscy myśleli, że łazi po bagnach i łapie maleńkie żabcie, a tak naprawdę były to przerośnięte, ogromne ropuchy, które mogły wpierdolić dorosłą osobę w ułamek sekundy.