Już dawno nie dostała od Sauriela żadnych czekoladek, więc… się odzwyczaiła, nie oczekiwała. Zderzenie z rzeczywistością po tym ich „zerwaniu” nie należało do najłatwiejszych, ale co miała na to poradzić? Ten rytuał między nimi był ważny, ale Victoria nie nawykła do komunikowania komukolwiek takich rzeczy, bo miała poczucie, że tym bardziej wychodzi na słabą, plus że mogłaby nakładać niepotrzebną presję. A poza tym… czemu w ogóle miałaby tego oczekiwać? Kim dla siebie byli? Nie śmiała o to pytać.
W pierwszej chwili chciała całkiem zignorować to pukanie do drzwi, ale koty chyba wyczuły, kto za nimi jest i pobiegły. To znaczy Kwiatuszek pobiegł, bo Luna zatrzymała się przy schodach i zaczęła głośno miauczeć, co zmusiło Victorię do podniesienia się z kanapy. Zgarnęła małą na ręce i zeszła na parter; włosy miała nieułożone, oczy podkrążone, miała na sobie jedwabny, ciemnofioletowy szlafrok i najpewniej koszulę nocną pod spodem, widać za to było jej zgrabne nogi. I właśnie tak otworzyła te drzwi, nie zastanawiając się nawet zanadto nad tym, że jest ubrana nieodpowiednio, ani że jest już bardzo późno, bo prawdę mówiąc, to sądziła, że jest dużo wcześniej. Zapatrzyła się więc nieco może nawet tępo na Sauriela, który przerwał pomiędzy nimi tę dziwaczną ciszę. Luna miauknęła uradowana na jego widok, Kwiatuszek kręcił się obok nóg Lestrange.
– Cześć, Kocie – mruknęła w odpowiedzi, a jej głos był trochę zachrypnięty od nieużywania go przez prawie cały dzień. – Dzięki – chujowo wyglądała? To i tak lepiej niż się czuła. Dopiero teraz nieco przechyliła głowę, wyglądając poza ramiona Sauriela na resztę ulicy. Ciemno. Świeciły się latarenki… – Myślałam, że jest wcześniej… Wejdziesz? – odsunęła się, żeby go przepuścić. Chyba po to przyszedł? Żeby wejść, a nie stać w drzwiach. To zdradliwe serce, czuła że zabiło jej trochę mocniej na jego widok. Lunie chyba też, bo przebierała łapkami, próbując się wyrać z uścisku Victorii.