15.09.2024, 11:30 ✶
Syczała, więc była znacznie bliżej przytomności niż kiedykolwiek przez ostatnie dni. Całkiem świadoma jak na kogoś, kto ledwo wysmyknął się z ramion śmierci.
- Więc mnie do tego nie zmuszaj - oznajmił z uniesionymi brwiami.
Mimo swoich prób wypadania na groźną, nie była w stanie mu nic zrobić i on o tym wiedział. Ona prawdopodobnie też, więc nie zamierzał się patyczkować. Widział te próby podniesienia się z łóżka i pogroził na nie palcem.
- Będzie boleć jeszcze długo - powiedział bez wahania.
Musiała szykować się na to, co miało nadejść a to był dopiero pierwszy dzień świadomości. Najgorsze miało nadejść, kiedy powoli zaczną odcinać ją od leków przeciwbólowych. Prócz tego, musiała pożegnać się z myślą o alkoholu. Pytanie o whisky skwitował wyłącznie parsknięciem. Po smaku i zapachu mogła dojść, że był to napój bezalkoholowy, jeśli nie po logice.
- Trzy dni. Byłaś nieprzytomna trochę dłużej. Od trzech dni jesteś bardziej tutaj niż tam - mówił, oczywiście, o tym pograniczu życia z zaświatami.
Wbrew temu, co powiedział Geraldine, nie zamierzał korzystać z jej słabego stanu i wkręcać ją, że są w odmętach piekielnych. Byli tutaj. Poradzili sobie wspólnymi siłami, bo przecież nie mógł odmówić jej wkładu w tę walkę. Doszła do siebie, bo tego chciała. W tym wypadku upór był całkowicie wskazany. Prawdopodobnie to była jedyna sytuacja, gdy zgadzał się z tym, że powinna upierdliwie trzymać się swoich założeń. A wszystko wskazywało na to, że bardzo chciała przeżyć, żeby dalej ich męczyć. Własną rodzinę, jego i Merlin wiedział, kogo więcej, ale nie zazdrościł tym osobom.
Szczególnie w okresie rekonwalescencji, który nie miał być ani krótki ani przyjemny. Co prawda, Ambroise był niemalże pewny, że nie miał w tym uczestniczyć, bo przecież wiedział, że miała swoją prywatną uzdrowicielkę (chyba powinien liczyć tę kobietę do grona nieszczęśników). On został tu wezwany z doskoku, ponieważ parokrotnie świadczył usługi dla innych członków rodziny Yaxleyów. Mając na względzie ich napięte relacje z Geraldine, spodziewał się odprawy i to prędzej niż później. Był gotowy, żeby niemal z chwili na chwilę przekazać wszystkie posiadane informacje dla innego uzdrowiciela. Takie było życie. Nie miał z tym problemu.
W każdym razie, teraz tu był i nadal świadczył swoje usługi. Był pracownikiem jej ojca, odrobinę również matki. Nie jej. Musiała się z tym pogodzić do czasu, kiedy jej rodzice zdecydują inaczej. Nie znał relacji rodzinnych Yaxleyówny, więc nie mógł założyć, kiedy zostanie wymieniony na uzdrowicielkę Geraldine. To mogło być dziś lub za kilka dni. W nikłym procencie szans wcale, gdyby Gerard zadecydował, że córka i tak nadszarpnęła swoje możliwości samodzielnych decyzji poprzez wdanie się w walkę, której nie powinna odbyć. Ambroise nie chciał działać na jej szkodę, ale musiał dzielić się z pracodawcą wszystkimi ważnymi przemyśleniami. Szczególnie wtedy, kiedy nadal nie byli pewni przyszłości. Teraz ulżyło mu, że pacjentka się przebudziła, ale pewne słowa zdążyły paść. Już dawno zawyrokował na temat całej sytuacji oraz najbliższej przyszłości.
- Jest lepiej niż zakładaliśmy. Natomiast to w żadnym razie nie oznacza, że jest dobrze, Panienko Yaxley - tym razem nie zwracał się do niej ironicznie tylko z profesjonalnym szacunkiem, jak do klienta. - Nie było łatwo sprowadzić Panią z powrotem, szczególnie że nie trafiła tu Panienka od razu - kontynuował, starając się nie zwracać uwagi na to, jak strasznie bezosobowo to brzmiało.
Odetchnął głębiej, strzelił knykciami i zwrócił wzrok ku Geraldine.
- Nie wiem, co tobą kierowało. Tylko ty możesz to powiedzieć. Jeśli chciałaś zrobić sobie krzywdę, proszę, porozmawiaj z kimś bliskim - mówił powoli, łagodniej i znacznie, znacznie ciszej, żeby umknąć przed niepożądanymi uszami. - Jeśli coś planowałaś - westchnął cicho - Jasne. Następnym razem możesz dostać to, czego chciałaś, ale nie wiem czy warto. Twoja rodzina niemal przeżyła tragedię, nie byli gotowi cię chować, ale mieli to w głowie. Ledwo cię wyratowałem. Nie mówię tego, żebyś się obwiniała, ale miej to na uwadze. Następne tygodnie będą parszywe. Tylko od ciebie zależy, jak bardzo i czy szybko wrócisz do zdrowia, czy sama to sobie przeciągniesz. Nie wiem, kiedy znowu zaczniesz polować. W najlepszym scenariuszu to będzie kilka tygodni, ale jeśli wrócisz za szybko, prędzej czy później znowu trafisz do łóżka. Mięśnie muszą mieć czas, żeby się całkowicie zaleczyć. Żaden eliksir nie zrobi tego tak dobrze jak upływ czasu. Nie mogę ci zagwarantować, że będziesz tak sprawna jak wcześniej. Wszystko zależy od twoich decyzji i tego, jak będziesz współpracować z uzdrowicielką - uściślił. Chyba już nie musiał odpowiadać na pytanie, kto go wezwał. To było jasne.
- Więc mnie do tego nie zmuszaj - oznajmił z uniesionymi brwiami.
Mimo swoich prób wypadania na groźną, nie była w stanie mu nic zrobić i on o tym wiedział. Ona prawdopodobnie też, więc nie zamierzał się patyczkować. Widział te próby podniesienia się z łóżka i pogroził na nie palcem.
- Będzie boleć jeszcze długo - powiedział bez wahania.
Musiała szykować się na to, co miało nadejść a to był dopiero pierwszy dzień świadomości. Najgorsze miało nadejść, kiedy powoli zaczną odcinać ją od leków przeciwbólowych. Prócz tego, musiała pożegnać się z myślą o alkoholu. Pytanie o whisky skwitował wyłącznie parsknięciem. Po smaku i zapachu mogła dojść, że był to napój bezalkoholowy, jeśli nie po logice.
- Trzy dni. Byłaś nieprzytomna trochę dłużej. Od trzech dni jesteś bardziej tutaj niż tam - mówił, oczywiście, o tym pograniczu życia z zaświatami.
Wbrew temu, co powiedział Geraldine, nie zamierzał korzystać z jej słabego stanu i wkręcać ją, że są w odmętach piekielnych. Byli tutaj. Poradzili sobie wspólnymi siłami, bo przecież nie mógł odmówić jej wkładu w tę walkę. Doszła do siebie, bo tego chciała. W tym wypadku upór był całkowicie wskazany. Prawdopodobnie to była jedyna sytuacja, gdy zgadzał się z tym, że powinna upierdliwie trzymać się swoich założeń. A wszystko wskazywało na to, że bardzo chciała przeżyć, żeby dalej ich męczyć. Własną rodzinę, jego i Merlin wiedział, kogo więcej, ale nie zazdrościł tym osobom.
Szczególnie w okresie rekonwalescencji, który nie miał być ani krótki ani przyjemny. Co prawda, Ambroise był niemalże pewny, że nie miał w tym uczestniczyć, bo przecież wiedział, że miała swoją prywatną uzdrowicielkę (chyba powinien liczyć tę kobietę do grona nieszczęśników). On został tu wezwany z doskoku, ponieważ parokrotnie świadczył usługi dla innych członków rodziny Yaxleyów. Mając na względzie ich napięte relacje z Geraldine, spodziewał się odprawy i to prędzej niż później. Był gotowy, żeby niemal z chwili na chwilę przekazać wszystkie posiadane informacje dla innego uzdrowiciela. Takie było życie. Nie miał z tym problemu.
W każdym razie, teraz tu był i nadal świadczył swoje usługi. Był pracownikiem jej ojca, odrobinę również matki. Nie jej. Musiała się z tym pogodzić do czasu, kiedy jej rodzice zdecydują inaczej. Nie znał relacji rodzinnych Yaxleyówny, więc nie mógł założyć, kiedy zostanie wymieniony na uzdrowicielkę Geraldine. To mogło być dziś lub za kilka dni. W nikłym procencie szans wcale, gdyby Gerard zadecydował, że córka i tak nadszarpnęła swoje możliwości samodzielnych decyzji poprzez wdanie się w walkę, której nie powinna odbyć. Ambroise nie chciał działać na jej szkodę, ale musiał dzielić się z pracodawcą wszystkimi ważnymi przemyśleniami. Szczególnie wtedy, kiedy nadal nie byli pewni przyszłości. Teraz ulżyło mu, że pacjentka się przebudziła, ale pewne słowa zdążyły paść. Już dawno zawyrokował na temat całej sytuacji oraz najbliższej przyszłości.
- Jest lepiej niż zakładaliśmy. Natomiast to w żadnym razie nie oznacza, że jest dobrze, Panienko Yaxley - tym razem nie zwracał się do niej ironicznie tylko z profesjonalnym szacunkiem, jak do klienta. - Nie było łatwo sprowadzić Panią z powrotem, szczególnie że nie trafiła tu Panienka od razu - kontynuował, starając się nie zwracać uwagi na to, jak strasznie bezosobowo to brzmiało.
Odetchnął głębiej, strzelił knykciami i zwrócił wzrok ku Geraldine.
- Nie wiem, co tobą kierowało. Tylko ty możesz to powiedzieć. Jeśli chciałaś zrobić sobie krzywdę, proszę, porozmawiaj z kimś bliskim - mówił powoli, łagodniej i znacznie, znacznie ciszej, żeby umknąć przed niepożądanymi uszami. - Jeśli coś planowałaś - westchnął cicho - Jasne. Następnym razem możesz dostać to, czego chciałaś, ale nie wiem czy warto. Twoja rodzina niemal przeżyła tragedię, nie byli gotowi cię chować, ale mieli to w głowie. Ledwo cię wyratowałem. Nie mówię tego, żebyś się obwiniała, ale miej to na uwadze. Następne tygodnie będą parszywe. Tylko od ciebie zależy, jak bardzo i czy szybko wrócisz do zdrowia, czy sama to sobie przeciągniesz. Nie wiem, kiedy znowu zaczniesz polować. W najlepszym scenariuszu to będzie kilka tygodni, ale jeśli wrócisz za szybko, prędzej czy później znowu trafisz do łóżka. Mięśnie muszą mieć czas, żeby się całkowicie zaleczyć. Żaden eliksir nie zrobi tego tak dobrze jak upływ czasu. Nie mogę ci zagwarantować, że będziesz tak sprawna jak wcześniej. Wszystko zależy od twoich decyzji i tego, jak będziesz współpracować z uzdrowicielką - uściślił. Chyba już nie musiał odpowiadać na pytanie, kto go wezwał. To było jasne.