15.09.2024, 16:38 ✶
- Umiarkowanie - zawyrokował. - Bywa, że ranni leżą w śpiączce miesiącami, jeśli nie latami. Natomiast, jeśli chodzi o bycie w stanie między życiem a śmiercią, to całkiem długo - uściślił.
Długo zajęło jej wyślizgnięcie się śmierci. Stan krytyczny trwał dłużej niż zazwyczaj, kiedy Ambroise używał swoich najmocniejszych eliksirów. Yaxleyowie płacili mu za jak najlepszą opiekę bez zwracania uwagi na koszty. To oznaczało, że sięgał po wszystko, co miało zadziałać jak najlepiej. Nawet te substancje, których zazwyczaj nie używał ze względu na długi czas warzenia i stopień skomplikowania. Niestety musiał mierzyć siły na zamiary w przypadku większości prywatnych pacjentów. Nie mógł traktować ich jednakowo, bo mógł sobie pozwolić na niewielki wolontariat. Wiele lat temu (jeśli mógł tak powiedzieć o okresie stażu) uświadomił sobie, że nie był w stanie zbawić całego świata.
- Jak sobie Panienka życzy, Geraldine - tym razem powiedział to całkiem celowo, żeby upewnić się, że nadal ma do czynienia z tą samą osobowością, nawet ranną.
Najwyraźniej miał, bo nie szczędziła mu ostrych słów i komentarzy, z którymi nie mógł się do końca zgodzić. Szczególnie, że spędził tu sporo czasu.
- Na twoim miejscu spróbowałbym nie być taki ostry dla matki. Przeżyła olbrzymi stres - stwierdził, ruszając w kierunku torby z eliksirami, żeby przejrzeć zawartość. Musiał podać jej jeszcze kilka rzeczy, skoro była przytomna. - Wiem. To nie mój interes - uprzedził jej komentarz, bo wiedział, że nie powinien się w to mieszać.
Mimo to miał okazję napatrzeć się na sytuację w domu Yaxleyówny w momencie tego kryzysu i wyrobił sobie swoje zdanie. Problem, że nie umiał go zachować siebie. Miewał problemy z trzymaniem języka za zębami. Szczerość była zaletą, ale nie zawsze.
- Albo na rozkładanym fotelu albo kanapie, jak lepiej się poczujesz - uściślił.
Nie to chciała usłyszeć. To pewne, ale nie był z nią nieszczery. Potrzebowała leżeć i odpoczywać, nie zapuszczać się daleko poza łóżko. Niestety, eliksiry nie załatwiały wszystkiego. Nawet w świecie magii były ograniczenia a jej obrażenia były niemal śmiertelne. To cud, że tak szybko z nim rozmawiała.
- Jestem tu na tak długo jak to konieczne - odpowiedział konkretnie bez owijania w bawełnę, co dodatkowo skwitował wzruszeniem ramionami. - Z tego, co mi wiadomo, masz własną uzdrowicielkę. A z tego, czego mogę się domyślać, wolisz korzystać z usług zaufanej osoby a nie kogoś, kogo nie darzysz sympatią. To całkowicie zrozumiałe - nie był tym urażony, bo sam w głównej mierze odpowiadał za przebieg ich relacji i to, że byli dla siebie niespecjalnie przyjacielscy.
Mogłoby być inaczej. Czasami przechodziło mu przez myśl, że to mogło pójść w innym kierunku. Mogli się kolegować, może nawet przyjaźnić, ale oboje dokonali konkretnego wyboru. W dalszym ciągu uważał, że prawdopodobnie najlepszego. Inne możliwości były kuszące, wspominał o nich z czymś w rodzaju nostalgii, ale to, że się do siebie nie zbliżyli miało swoje niewątpliwe zalety. Nawet teraz w pewnym momencie odczuł piekący lęk o stan Geraldine, więc nie chciał myśleć, co by było, gdyby musiał zajmować się nią jako ktoś jej bliski. Dystans trochę ułatwiał sprawę. Nie za bardzo, ale było łatwiej.
- Będę tutaj tak długo jak zażyczy sobie tego mój klient, a więc pewnie do czasu aż uda ci się przekonać ojca do zmiany uzdrowiciela - uściślił, unosząc kącik ust w czymś na kształt uśmiechu. - Czyli pewnie niedługo.
Nie wątpił, że Geraldine była wyjątkowa dla swojego ojca. Dla matki również. Mogła mówić co chciała, ale był pewien, że jej rodzice mieli ugiąć się do zmiany medyka. Wszystko dla dobra ich córki. W żadnym razie nie kwestionował takich decyzji. Jak najbardziej to rozumiał. Szczególnie, że na tym zleceniu miał suto zarobić, choć nie do końca o to mu chodziło w umożliwianiu Geraldine odesłania go na rzecz uzdrowicielki. Chciał, żeby wróciła do zdrowia jak najszybciej. Do tego potrzebowała czuć się bezpiecznie. On jej tego nie zapewniał, bo ich relacje były na to zbyt napięte.
- Nie jestem magopsychiatrą ani członkiem twojej rodziny, więc nie musisz mi się tłumaczyć. Mówię tylko, że to nie był najlepszy pomysł. Niezależnie od twoich intencji - odpowiedział.
Nie próbował jej już dłużej oceniać, bo to przynosiło niewłaściwe skutki. Pokręcił głową.
- Prawie cię zabiła - czuł się zobowiązany, żeby to zaznaczyć - to coś więcej niż i tyle, ale przecież wiesz - wzruszył ramionami.
Po co miał jej prawić morały? Kłócenie się z półprzytomnymi pacjentami nie należało do jego ulubionych rozrywek.
Długo zajęło jej wyślizgnięcie się śmierci. Stan krytyczny trwał dłużej niż zazwyczaj, kiedy Ambroise używał swoich najmocniejszych eliksirów. Yaxleyowie płacili mu za jak najlepszą opiekę bez zwracania uwagi na koszty. To oznaczało, że sięgał po wszystko, co miało zadziałać jak najlepiej. Nawet te substancje, których zazwyczaj nie używał ze względu na długi czas warzenia i stopień skomplikowania. Niestety musiał mierzyć siły na zamiary w przypadku większości prywatnych pacjentów. Nie mógł traktować ich jednakowo, bo mógł sobie pozwolić na niewielki wolontariat. Wiele lat temu (jeśli mógł tak powiedzieć o okresie stażu) uświadomił sobie, że nie był w stanie zbawić całego świata.
- Jak sobie Panienka życzy, Geraldine - tym razem powiedział to całkiem celowo, żeby upewnić się, że nadal ma do czynienia z tą samą osobowością, nawet ranną.
Najwyraźniej miał, bo nie szczędziła mu ostrych słów i komentarzy, z którymi nie mógł się do końca zgodzić. Szczególnie, że spędził tu sporo czasu.
- Na twoim miejscu spróbowałbym nie być taki ostry dla matki. Przeżyła olbrzymi stres - stwierdził, ruszając w kierunku torby z eliksirami, żeby przejrzeć zawartość. Musiał podać jej jeszcze kilka rzeczy, skoro była przytomna. - Wiem. To nie mój interes - uprzedził jej komentarz, bo wiedział, że nie powinien się w to mieszać.
Mimo to miał okazję napatrzeć się na sytuację w domu Yaxleyówny w momencie tego kryzysu i wyrobił sobie swoje zdanie. Problem, że nie umiał go zachować siebie. Miewał problemy z trzymaniem języka za zębami. Szczerość była zaletą, ale nie zawsze.
- Albo na rozkładanym fotelu albo kanapie, jak lepiej się poczujesz - uściślił.
Nie to chciała usłyszeć. To pewne, ale nie był z nią nieszczery. Potrzebowała leżeć i odpoczywać, nie zapuszczać się daleko poza łóżko. Niestety, eliksiry nie załatwiały wszystkiego. Nawet w świecie magii były ograniczenia a jej obrażenia były niemal śmiertelne. To cud, że tak szybko z nim rozmawiała.
- Jestem tu na tak długo jak to konieczne - odpowiedział konkretnie bez owijania w bawełnę, co dodatkowo skwitował wzruszeniem ramionami. - Z tego, co mi wiadomo, masz własną uzdrowicielkę. A z tego, czego mogę się domyślać, wolisz korzystać z usług zaufanej osoby a nie kogoś, kogo nie darzysz sympatią. To całkowicie zrozumiałe - nie był tym urażony, bo sam w głównej mierze odpowiadał za przebieg ich relacji i to, że byli dla siebie niespecjalnie przyjacielscy.
Mogłoby być inaczej. Czasami przechodziło mu przez myśl, że to mogło pójść w innym kierunku. Mogli się kolegować, może nawet przyjaźnić, ale oboje dokonali konkretnego wyboru. W dalszym ciągu uważał, że prawdopodobnie najlepszego. Inne możliwości były kuszące, wspominał o nich z czymś w rodzaju nostalgii, ale to, że się do siebie nie zbliżyli miało swoje niewątpliwe zalety. Nawet teraz w pewnym momencie odczuł piekący lęk o stan Geraldine, więc nie chciał myśleć, co by było, gdyby musiał zajmować się nią jako ktoś jej bliski. Dystans trochę ułatwiał sprawę. Nie za bardzo, ale było łatwiej.
- Będę tutaj tak długo jak zażyczy sobie tego mój klient, a więc pewnie do czasu aż uda ci się przekonać ojca do zmiany uzdrowiciela - uściślił, unosząc kącik ust w czymś na kształt uśmiechu. - Czyli pewnie niedługo.
Nie wątpił, że Geraldine była wyjątkowa dla swojego ojca. Dla matki również. Mogła mówić co chciała, ale był pewien, że jej rodzice mieli ugiąć się do zmiany medyka. Wszystko dla dobra ich córki. W żadnym razie nie kwestionował takich decyzji. Jak najbardziej to rozumiał. Szczególnie, że na tym zleceniu miał suto zarobić, choć nie do końca o to mu chodziło w umożliwianiu Geraldine odesłania go na rzecz uzdrowicielki. Chciał, żeby wróciła do zdrowia jak najszybciej. Do tego potrzebowała czuć się bezpiecznie. On jej tego nie zapewniał, bo ich relacje były na to zbyt napięte.
- Nie jestem magopsychiatrą ani członkiem twojej rodziny, więc nie musisz mi się tłumaczyć. Mówię tylko, że to nie był najlepszy pomysł. Niezależnie od twoich intencji - odpowiedział.
Nie próbował jej już dłużej oceniać, bo to przynosiło niewłaściwe skutki. Pokręcił głową.
- Prawie cię zabiła - czuł się zobowiązany, żeby to zaznaczyć - to coś więcej niż i tyle, ale przecież wiesz - wzruszył ramionami.
Po co miał jej prawić morały? Kłócenie się z półprzytomnymi pacjentami nie należało do jego ulubionych rozrywek.