15.09.2024, 17:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2025, 22:07 przez Alexander Mulciber.)
Nie widać po mnie, pomyślał z ulgą Mulciber, sam już nie wiedząc, czy mowa była o mieszance leków, którą przyjął, czy o zatartych zaklęciem siniakach zdobiących jego mordę po bójce na afterparty. Widział czujne spojrzenie Alberta, ale był wdzięczny, że ten nie wymagał od niego tłumaczenia się z tych wszystkich słów, które padły wcześniej z ust Alexandra: wcześniejsze wzburzenie powoli mijało, ustępując miejsca apatii – odzyskawszy panowanie nad sobą, pogrążył się w bezpiecznym odrętwieniu obojętności, co umożliwiało spojrzenie na sytuację z emocjonalnego dystansu – przycisnął teraz palcami mostek nosa, przeczuwając nadchodzący ból głowy, jak zawsze, kiedy zbyt wiele rozmyślał na tematy natury egzystencjalnej.
– Myślisz, że Loretta chce pieniędzy? – zaśmiał się z niedowierzaniem, choć przyjaciel nie wydawał się go słyszeć. Ona chce… Alex pokręcił głową. Nie wiem, czego ona chce, zrozumiał, nagle dziwnie rozdrażniony, ale chyba nigdy za bardzo mnie to nie obchodziło. Chciała go zniszczyć, tak jak on niszczył ją i samego siebie: zawsze lubowała się w zepsuciu, a on był głupcem, który wierzył, że na końcu upodlenia czeka zbawienie. Chciała wyssać z niego duszę razem ze spermą jak jebany dementor z przydziałem w więziennym szalecie. Chciała… Kurwa, jak to szło, próbował przypomnieć sobie jak dokładnie brzmiały słowa kobiety.
”Chcę być ci równa…” – gdyby rosła wzwyż o długość każdego chuja, jakiego ciągnęła, głupia kurwa mogłaby górować wzrostem nad olbrzymkami – “…chcę decydować o sobie…” – dlatego wystarczyło czasem jedno jego słowo, rozszalałe spojrzenie, fizyczna groźba, by zmieniła swą decyzję podług jego woli – …jakieś tam pierdolenie, że mnie kocha, że mnie chce, że “chce wielu rzeczy”, ale boi się że “ja jej mogę wszystko to odebrać”?
Wypuścił szybciej powietrze nosem, rozbawiony: wtedy także zareagował w pierwszym odruchu śmiechem, nie do końca wiedząc, jak odpowiedzieć Lorettcie na jej pokrętne wyznania – zwłaszcza, że chyba nie do końca pojmował ich znaczenie. Chciała, żebym nie był obojętny, przypomniało mu się wreszcie, ledwie Albert zakończył procedurę komorniczej wyceny pizd, fachowo podsumowując wartość rynkową jego małżeństwa słowami: “cygański ślub to jeszcze chuj”. Zmarszczył brwi, słysząc zawahanie w głosie Rookwooda, ale chwilowo inna rzecz zajmowała jego myśli.
– Donald jeszcze żyje – zauważył cicho, opierając się plecami o ścianę kabiny toaletowej pokrytą bohomozami. Nic nie znaczące wtrącenie w monolog przyjaciela, który łapał już następną myśl za nogi, żeby wyruchać ją, zanim wyrwie mu się spod chuja. Ale Alexander uparcie wzbraniał się przed wzięciem na barki odpowiedzialności za dziedzictwo Mulciberów, chociaż formalnie – jako że Donald przebywał w Lecznicy dusz bez widoków na wyzdrowienie – pełnił funkcję głowy rodu. Mnie nawet nie zależy na tym całym “dziedzictwie”, miał ochotę wypalić Albertowi, choć podejrzewał, że ten nie byłby zachwycony jego wyznaniem, nie myślałem o tym, kiedy się żeniłem – pierdolę ją – niech bierze co chce – to wszystko i tak jest Diany, myślał gorączkowo, Loretta mogłaby wziąć sobie to wszystko, bo wiesz, mówiłem sobie, że nie ma nic złego w tym, że rozpieszczasz swoją kobietę: ty dbasz o nią, ona dba o ciebie – z Ambrosią dobrze to działało – z Ambrosią... Zemdliło go. Dlaczego ton Alberta nagle zaczął mu przypominać ton ojca? "Miałem dwóch chłopców, drugi wdał się w matkę, pozwalała mu na wszystko, zero, kurwa dyscypliny, robił co chciał, niczym się nie przejmował, i widzisz, co odpierdolił. Musztarda po…?"
– Po obiedzie – podpowiedział znudzonym głosem Alexander, próbując powstrzymać dławiący go atak paniki, który schwycił go za gardło i nie puszczał: wpił spojrzenie niebieskich ślepi w Rookwooda, chwyciwszy się gwałtownie górnej krawędzi kabiny. Ziejące wściekłością słowa Alberta rozbrzmiewały echem w głowie Alexandra, niczym chór gniewnych furii. ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! Bezwzględne Erynie z twarzami pomazanymi krwią, modlił się nieprzytomnie Alexander, wpatrując się w stojącego przed nim, rozjuszonego Alberta z zachlapanym czarną posoką obliczem wykrzywionym przez grymas wściekłości – wysłannik demonicznych potęg, będących niczym więcej jak personifikacją wyrzutów sumienia Mulcibera – wciąż słyszał jego krzyk: ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! Zrodzone w bólach Furie, kontynuował, niepomny na zamęt w swojej głowie, wznoszące się na poszarpanych skrzydłach z ludzkich skór zdartych żywcem z ciał tych, którzy złamali tabu: darujcie mi winę. ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! Nie przelałem krwi Donalda, nie zabiłem go, on wciąż żyje. ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ Donald wciąż żyje ZABIŁ BRATA I SPIERDOLIŁ ZABIŁ BRATA I SPIERODLIŁ ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA mój brat żyje ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA
– Przestań. – Przytrzymał umazaną przez przeciekające pióro wieczne dłoń Alberta, który tarł nieco poczerwieniały nos w kompulsyjnym odruchu, nieświadomie rozmarowując sobie tusz po twarzy. Oczy mężczyzny, wpatrujące się z przerażającą intensywnością w Rookwooda, wydawały się dziwnie puste. – Ujebałeś się atramentem – wyjaśnił spokojnie Alexander. Z tym samym upiornym spokojem położył rękę na ramieniu przyjaciela w prostym geście wsparcia. Odetchnął głęboko.
– Wierzysz w to? Wierzysz, że zabił? – zapytał, ściskając ramię Alberta. – Po co brat miałby zabijać brata? Przelewać tę samą krew, która płynie w jego żyłach? – Zacisnął szczękę. – To twój, kurwa, syn, Albercie. Dzieciak – podkreślił zimno. – Ty go znasz najlepiej. Czy on zabiłby bez powodu? Będziesz słuchał jakichś aurorów, którzy nie potrafią go od… czterech? Czterech miesiący odnaleźć? – Nachylił się bliżej. – Próbowałeś sam go szukać?
Gdy Albert ochlapywał umazaną atramentem twarz wodą, Alexander ostrożnie obrócił w palcach zepsute pióro wieczne. Sam wcześniej wcisnął je Albertowi do ręki, kierowany jakimś nieuświadomionym przeczuciem, że może mu się w jakiś sposób przydać. Westchnął głęboko, przesuwając po inicjałach wygrawerowanych na okuciu pióra na polecenie ojca, który podarował mu je w prezencie na siedemnaste urodziny. Nie potrafił się z nim rozstać, tak samo jak nie potrafił rozstać się z wspomnieniem nieżyjącego już ojca. Ile to już minęło? Ponad pół roku, pomyślał. Dokładnie siedem miesięcy, trzy tygodnie i jeden dzień. Może syn Alberta też już nie żył.
Powinienem zanieść to pióro do naprawy, pomyślał tępo Alexander.
Podniósł obolałą głowę, a jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem przyjaciela w przestrzeni wiszącego nad umywalką lustra.
Nagle wpadł na pomysł.
– A może spróbowałbyś napisać list do syna? – zasugerował cicho, opierając się ramieniem o pokrytą kafelkami ścianę.
– Myślisz, że Loretta chce pieniędzy? – zaśmiał się z niedowierzaniem, choć przyjaciel nie wydawał się go słyszeć. Ona chce… Alex pokręcił głową. Nie wiem, czego ona chce, zrozumiał, nagle dziwnie rozdrażniony, ale chyba nigdy za bardzo mnie to nie obchodziło. Chciała go zniszczyć, tak jak on niszczył ją i samego siebie: zawsze lubowała się w zepsuciu, a on był głupcem, który wierzył, że na końcu upodlenia czeka zbawienie. Chciała wyssać z niego duszę razem ze spermą jak jebany dementor z przydziałem w więziennym szalecie. Chciała… Kurwa, jak to szło, próbował przypomnieć sobie jak dokładnie brzmiały słowa kobiety.
”Chcę być ci równa…” – gdyby rosła wzwyż o długość każdego chuja, jakiego ciągnęła, głupia kurwa mogłaby górować wzrostem nad olbrzymkami – “…chcę decydować o sobie…” – dlatego wystarczyło czasem jedno jego słowo, rozszalałe spojrzenie, fizyczna groźba, by zmieniła swą decyzję podług jego woli – …jakieś tam pierdolenie, że mnie kocha, że mnie chce, że “chce wielu rzeczy”, ale boi się że “ja jej mogę wszystko to odebrać”?
Wypuścił szybciej powietrze nosem, rozbawiony: wtedy także zareagował w pierwszym odruchu śmiechem, nie do końca wiedząc, jak odpowiedzieć Lorettcie na jej pokrętne wyznania – zwłaszcza, że chyba nie do końca pojmował ich znaczenie. Chciała, żebym nie był obojętny, przypomniało mu się wreszcie, ledwie Albert zakończył procedurę komorniczej wyceny pizd, fachowo podsumowując wartość rynkową jego małżeństwa słowami: “cygański ślub to jeszcze chuj”. Zmarszczył brwi, słysząc zawahanie w głosie Rookwooda, ale chwilowo inna rzecz zajmowała jego myśli.
– Donald jeszcze żyje – zauważył cicho, opierając się plecami o ścianę kabiny toaletowej pokrytą bohomozami. Nic nie znaczące wtrącenie w monolog przyjaciela, który łapał już następną myśl za nogi, żeby wyruchać ją, zanim wyrwie mu się spod chuja. Ale Alexander uparcie wzbraniał się przed wzięciem na barki odpowiedzialności za dziedzictwo Mulciberów, chociaż formalnie – jako że Donald przebywał w Lecznicy dusz bez widoków na wyzdrowienie – pełnił funkcję głowy rodu. Mnie nawet nie zależy na tym całym “dziedzictwie”, miał ochotę wypalić Albertowi, choć podejrzewał, że ten nie byłby zachwycony jego wyznaniem, nie myślałem o tym, kiedy się żeniłem – pierdolę ją – niech bierze co chce – to wszystko i tak jest Diany, myślał gorączkowo, Loretta mogłaby wziąć sobie to wszystko, bo wiesz, mówiłem sobie, że nie ma nic złego w tym, że rozpieszczasz swoją kobietę: ty dbasz o nią, ona dba o ciebie – z Ambrosią dobrze to działało – z Ambrosią... Zemdliło go. Dlaczego ton Alberta nagle zaczął mu przypominać ton ojca? "Miałem dwóch chłopców, drugi wdał się w matkę, pozwalała mu na wszystko, zero, kurwa dyscypliny, robił co chciał, niczym się nie przejmował, i widzisz, co odpierdolił. Musztarda po…?"
– Po obiedzie – podpowiedział znudzonym głosem Alexander, próbując powstrzymać dławiący go atak paniki, który schwycił go za gardło i nie puszczał: wpił spojrzenie niebieskich ślepi w Rookwooda, chwyciwszy się gwałtownie górnej krawędzi kabiny. Ziejące wściekłością słowa Alberta rozbrzmiewały echem w głowie Alexandra, niczym chór gniewnych furii. ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! Bezwzględne Erynie z twarzami pomazanymi krwią, modlił się nieprzytomnie Alexander, wpatrując się w stojącego przed nim, rozjuszonego Alberta z zachlapanym czarną posoką obliczem wykrzywionym przez grymas wściekłości – wysłannik demonicznych potęg, będących niczym więcej jak personifikacją wyrzutów sumienia Mulcibera – wciąż słyszał jego krzyk: ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! Zrodzone w bólach Furie, kontynuował, niepomny na zamęt w swojej głowie, wznoszące się na poszarpanych skrzydłach z ludzkich skór zdartych żywcem z ciał tych, którzy złamali tabu: darujcie mi winę. ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ! Nie przelałem krwi Donalda, nie zabiłem go, on wciąż żyje. ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ ZABIŁ KURWA SWOJEGO BRATA I SPIERDOLIŁ Donald wciąż żyje ZABIŁ BRATA I SPIERDOLIŁ ZABIŁ BRATA I SPIERODLIŁ ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA mój brat żyje ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA ZABIŁ BRATA
– Przestań. – Przytrzymał umazaną przez przeciekające pióro wieczne dłoń Alberta, który tarł nieco poczerwieniały nos w kompulsyjnym odruchu, nieświadomie rozmarowując sobie tusz po twarzy. Oczy mężczyzny, wpatrujące się z przerażającą intensywnością w Rookwooda, wydawały się dziwnie puste. – Ujebałeś się atramentem – wyjaśnił spokojnie Alexander. Z tym samym upiornym spokojem położył rękę na ramieniu przyjaciela w prostym geście wsparcia. Odetchnął głęboko.
– Wierzysz w to? Wierzysz, że zabił? – zapytał, ściskając ramię Alberta. – Po co brat miałby zabijać brata? Przelewać tę samą krew, która płynie w jego żyłach? – Zacisnął szczękę. – To twój, kurwa, syn, Albercie. Dzieciak – podkreślił zimno. – Ty go znasz najlepiej. Czy on zabiłby bez powodu? Będziesz słuchał jakichś aurorów, którzy nie potrafią go od… czterech? Czterech miesiący odnaleźć? – Nachylił się bliżej. – Próbowałeś sam go szukać?
Gdy Albert ochlapywał umazaną atramentem twarz wodą, Alexander ostrożnie obrócił w palcach zepsute pióro wieczne. Sam wcześniej wcisnął je Albertowi do ręki, kierowany jakimś nieuświadomionym przeczuciem, że może mu się w jakiś sposób przydać. Westchnął głęboko, przesuwając po inicjałach wygrawerowanych na okuciu pióra na polecenie ojca, który podarował mu je w prezencie na siedemnaste urodziny. Nie potrafił się z nim rozstać, tak samo jak nie potrafił rozstać się z wspomnieniem nieżyjącego już ojca. Ile to już minęło? Ponad pół roku, pomyślał. Dokładnie siedem miesięcy, trzy tygodnie i jeden dzień. Może syn Alberta też już nie żył.
Powinienem zanieść to pióro do naprawy, pomyślał tępo Alexander.
Podniósł obolałą głowę, a jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem przyjaciela w przestrzeni wiszącego nad umywalką lustra.
Nagle wpadł na pomysł.
– A może spróbowałbyś napisać list do syna? – zasugerował cicho, opierając się ramieniem o pokrytą kafelkami ścianę.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat