16.01.2023, 02:44 ✶
- Nie? – zdziwiła się szczerze Florence, gdy Patrick wspomniał, że nie było aż tak źle. – W takim wypadku za mało się starałam. Ludzie przecież muszą bać się uzdrowicieli, aby bardziej na siebie uważali.
Przebiegła spojrzeniem między kuzynką a Stewardem. Wyraz jej twarzy nawet nie drgnął, chociaż kobieta była w głębi ducha trochę zaintrygowana, gdzie to tańczyli pierwszy taniec. (Nie skojarzyła, że mogło chodzić o bal Longbottomów: w sali pełnej ludzi nie miała okazji wypatrzeć Patricka, a chyba nawet nie spodziewała się, że mężczyzna dostał zaproszenie. Seraphinę oczywiście dostrzegła, bo jakżeby inaczej, skoro ofiarowała tysiąc galeonów za kolację z Erikiem?)
Spuściła zaraz z powrotem wzrok na nogę panny Prewett. Wyszeptała zaklęcie, mające zaleczyć zwichnięcie, jak najstaranniej mogła, drugą ręką gotowa przytrzymać nogę, gdyby Seraphina odruchowo spróbowała nią poruszyć. Trochę bolało, chociaż nieprzyjemne sensacje zaraz ustąpiły.
- No, i już prawie z głowy… Daj mi jeszcze chwileczkę, usuniemy tę opuchliznę, na ile to możliwe. Poślij koniecznie kogoś do apteki, żeby kupił ci maść, posmaruj kostkę dziś i jutro rano, a wszystko się ustabilizuje do pojutrze – poinstruowała kuzynkę łagodnym tonem, po czym machnęła różdżką. Raz, drugi, dwa zaklęcia, rzucone jedno przy drugim i opuchlizna zmalała, siny ślad zaczął znikać.
Florence, jakoś tak odruchowo, założyła Seraphinie buta z powrotem, chociaż ta przecież mogła zrobić to sama.
- Będziesz musiał znaleźć inny sposób, na zaimponowanie kobietom, bo dziś przy ognisku wolno ci co najwyżej posiedzieć – oświadczyła i nawet pogroziła mu żartobliwie palcem, jakby spodziewała się, że faktycznie ruszy skakać przez ognie.
Kolejne pytanie dostarczyło jej już pewnych trudności. Patrick mógł zauważyć lekką zmianę w jej aurze – zwykle bardzo stałej, bo Florence rzadko poddawała się gwałtownym emocjom i była kobietą mocno stąpającą po ziemi.
Zmiana kolorów mogła zasugerować… niepewność. Uczucie tak bardzo do Bulstrode niepasujące.
- Sama nie wiem. To pewnie głupota – stwierdziła w końcu, pochylając się, i powtarzając tę samą procedurę, którą chwilę wcześniej zastosowała na swojej kuzynce. Kość została połatana już wcześniej, a teraz Florence pozbywała się także innych pozostałości po leśnej przygodzie. Po chwili ból ustąpił właściwie zupełnie, chociaż kiedy Patrick postawił nogę na ziemi, mógł wyczuć, że jeszcze jego chód nie będzie aż tak pewny, jak parę godzin temu. – Miałam sen na ten temat – mruknęła dość niechętnie, bardzo cicho, sama niepewna, dlaczego to Stewardowi mówi. Może dlatego, że skoro już zaczęła, a on spytał, nie wypadało nie dokończyć? W Hogwarcie, na początkach kariery Krukonki, zdarzało się jej odpowiadać na niezadane pytania, Patrick zaś znał ją ja na tyle długo, że raczej mógł się domyśleć, co to oznaczało. – Chciałam użyć sieci Fiuu, ale zamiar tego zakrztusiłam się dymem. Niby zwykły sen, ale wydał mi się niepokojący. Zastanawiam się, czy ja albo ktoś, kogo znam, nie utknie gdzieś z problemami z transportem… Chociaż te cholerne omeny nigdy nie są jasne, dopóki coś już się nie wydarzy.
Przebiegła spojrzeniem między kuzynką a Stewardem. Wyraz jej twarzy nawet nie drgnął, chociaż kobieta była w głębi ducha trochę zaintrygowana, gdzie to tańczyli pierwszy taniec. (Nie skojarzyła, że mogło chodzić o bal Longbottomów: w sali pełnej ludzi nie miała okazji wypatrzeć Patricka, a chyba nawet nie spodziewała się, że mężczyzna dostał zaproszenie. Seraphinę oczywiście dostrzegła, bo jakżeby inaczej, skoro ofiarowała tysiąc galeonów za kolację z Erikiem?)
Spuściła zaraz z powrotem wzrok na nogę panny Prewett. Wyszeptała zaklęcie, mające zaleczyć zwichnięcie, jak najstaranniej mogła, drugą ręką gotowa przytrzymać nogę, gdyby Seraphina odruchowo spróbowała nią poruszyć. Trochę bolało, chociaż nieprzyjemne sensacje zaraz ustąpiły.
- No, i już prawie z głowy… Daj mi jeszcze chwileczkę, usuniemy tę opuchliznę, na ile to możliwe. Poślij koniecznie kogoś do apteki, żeby kupił ci maść, posmaruj kostkę dziś i jutro rano, a wszystko się ustabilizuje do pojutrze – poinstruowała kuzynkę łagodnym tonem, po czym machnęła różdżką. Raz, drugi, dwa zaklęcia, rzucone jedno przy drugim i opuchlizna zmalała, siny ślad zaczął znikać.
Florence, jakoś tak odruchowo, założyła Seraphinie buta z powrotem, chociaż ta przecież mogła zrobić to sama.
- I po krzyku
– powiedziała z uśmiechem, po czym podniosła się i ruszyła z powrotem w stronę Stewarda, otrzepując odruchowo spódnicę, choć ta wcale nie była szczególnie brudna. Przykucnęła ponownie, chcąc zabrać się za usuwanie krwiaków i siniaków także z jego nogi, aby po opuszczeniu namiotu mógł w pełni cieszyć się Ostarą.- Będziesz musiał znaleźć inny sposób, na zaimponowanie kobietom, bo dziś przy ognisku wolno ci co najwyżej posiedzieć – oświadczyła i nawet pogroziła mu żartobliwie palcem, jakby spodziewała się, że faktycznie ruszy skakać przez ognie.
Kolejne pytanie dostarczyło jej już pewnych trudności. Patrick mógł zauważyć lekką zmianę w jej aurze – zwykle bardzo stałej, bo Florence rzadko poddawała się gwałtownym emocjom i była kobietą mocno stąpającą po ziemi.
Zmiana kolorów mogła zasugerować… niepewność. Uczucie tak bardzo do Bulstrode niepasujące.
- Sama nie wiem. To pewnie głupota – stwierdziła w końcu, pochylając się, i powtarzając tę samą procedurę, którą chwilę wcześniej zastosowała na swojej kuzynce. Kość została połatana już wcześniej, a teraz Florence pozbywała się także innych pozostałości po leśnej przygodzie. Po chwili ból ustąpił właściwie zupełnie, chociaż kiedy Patrick postawił nogę na ziemi, mógł wyczuć, że jeszcze jego chód nie będzie aż tak pewny, jak parę godzin temu. – Miałam sen na ten temat – mruknęła dość niechętnie, bardzo cicho, sama niepewna, dlaczego to Stewardowi mówi. Może dlatego, że skoro już zaczęła, a on spytał, nie wypadało nie dokończyć? W Hogwarcie, na początkach kariery Krukonki, zdarzało się jej odpowiadać na niezadane pytania, Patrick zaś znał ją ja na tyle długo, że raczej mógł się domyśleć, co to oznaczało. – Chciałam użyć sieci Fiuu, ale zamiar tego zakrztusiłam się dymem. Niby zwykły sen, ale wydał mi się niepokojący. Zastanawiam się, czy ja albo ktoś, kogo znam, nie utknie gdzieś z problemami z transportem… Chociaż te cholerne omeny nigdy nie są jasne, dopóki coś już się nie wydarzy.