A ile miała tak naprawdę powodów przez ostatnie miesiące do śmiechu? Do uśmiechania się, bycia wesołą i tak dalej. Ostatnie miesiące były dla niej pasmem porażek i strachu, nie powodami do radości. Dopiero te koty wprowadziły do jej życia trochę światła i tego uśmiechu, przez co jej usta nie zapomniały jeszcze jak się wyginać w odpowiednią stronę. Ale nie dziś, nie. Dzisiaj była zmęczona, ale bardziej była po prostu smutna. Oczy już się co prawda nie szkliły od łez i zaczerwienienie też zniknęło, ale było w niej coś… opuchniętego i miękkiego w ten całkowicie nienormalny dla niej sposób.
Podążała wzrokiem za ruchami Sauriela, kiedy wziął świecącego w półmroku kota na ręce, witając się z nim czule. Oba jej koty przyzwyczajone już były do obecności Sauriela i traktowały go jak swojego człowieka, i nic dziwnego. Ciemnowłosej to nie przeszkadzało, nawet się z tego cieszyła prawdę powiedziawszy. Dlatego bez protestów wyciągnęła do niego ręce z czarnym kociakiem, żeby córeczka i tatuś mogli się przywitać. Nie miała bladego pojęcia, że Stanley miał takie myśli w głowie i że Sauriel to podłapał.
– Befsztyczku? – powtórzyła za nim, unosząc wyżej brwi, kiedy już się odsunęła, robiąc Saurielowi miejsce przy tym wejściu. Doskonale wiedziała, że przegrywała w atrakcyjności ze swoimi kotami, że to oni są pełnią uwagi, a nie ona.
– Nie – pokręciła głową krótko. – Nie spałam. Wegetowałam – zaraz poczuła, że powiedziała za dużo, że powinna się ugryźć w język i nie mówić tego ostatniego, więc zaraz spróbowała się uśmiechnąć, próbując obrócić to w wyjątkowo beznadziejny żart, co wyszło bardziej jak grymas. Należało go zamaskować, dlatego zaraz schyliła się, żeby wziąć na ręce Błękitnego Kwiatuszka – tarczę przed nieprzyjemną rzeczywistością, w której przyszło jej egzystować. Tej, w której nie była dość dobra dla nikogo. – U ciebie wszystko w porządku? – zapytała zaraz. – Chcesz coś pić?