Okoliczne kamienice
Crow odetchnął ciężko, sprawnie unikając jego spojrzenia. Było mu coraz goręcej i chociaż próbował udźwignąć ciężar tych emocji, zgnieść je i wydusić cokolwiek, to... tak - to był po prostu on. Uwięziony w klatce swoich myśli. On, człowiek umiejący otworzyć każde kajdany, każdy zamek. Jasne, że robił sobie wymówki i na tym etapie sam już nie wiedział, czy siedział tam bo chciał, czy tak mu już było wygodnie i przywykł, przez co nie wiedział jak i gdzie szukać innych rozwiązań.
Był mistrzem w unikaniu pytań wszystkich, Laurent nie mógł czuć się wyjątkowy w tym temacie. Prawdomówność nie była jego mocną stroną, bo musiałby obnażać się ze swoich słabości. Uczucie obrzydliwości wiążące się ze zdradą piekło go w gardło nawet teraz, ale w tym było przecież coś jeszcze. Ta niepewność. Świadomość tego, że ten człowiek mógłby cię kochać, ale skoro mógłby, to teraz tego nie robi. Ten chłopak sprzed chwili był najlepszym tego świadectwem. Ten głupi koncert, ta płyta Bowiego, jaką miałby mu pokazać, to musiała być kropla w morzu tego, co dawali mu inni ludzie. Z kim i czym miałby walczyć, zabiegając o jego względy? Z bogatymi, wykształconymi facetami dzielącymi z nim rozterki, zabierającymi go do galerii i muzeów, na randki na szczycie najwyższych budynków, gdzie jedzenie kosztowało więcej, niż wart był jego wkład w Fantasmagorię? Z poetą dzielącym się z nim książkami i tomikami poezji, z którym jeździłby na wycieczki konne. Wciąż nie odpowiadał, zbywał go okrutnie, tak jak i każde pozytywne zdanie, jakie próbowało przepleść mu się teraz przez głowę. Ciężko mu było skupić się na tu i teraz kiedy rozpaczał nad wszystkim, co zdążył pomiędzy nimi zniszczyć i tym, czym nigdy nie będą. Crow spojrzał w górę, najwyraźniej próbował powstrzymać w ten sposób łzy zbierające się w kącikach oczu. Bardzo chciałby wrócić do narracji, w której wmawiał sobie, że tym co mogło rozkwitnąć pomiędzy nimi była przyjaźń, ale na tym etapie właściwie pewien już był, wyrył to w swojej psychice, że żar rozlewający mu się po ciele był oczywisty, a Laurent się nim kiedyś znudzi. Gdzieś w tym momencie, w którym dotrze do niego jak niewiele Crow miał powodów do stania się tym kim był, jak mało znajdowało się w tym esencji. Rozwiązaniem jego zagadki nie były zawiłe opowieści pełne heroizmu. Crow było imieniem złego człowieka, któremu przypadkiem udało się zrobić kilka dobrych rzeczy.
Milczał, ale zacisnął mocniej palce na jego dłoni. Opuścił na niego wzrok i próbował wydusić z siebie cokolwiek. Jedynie wargi mu zadrżały i tyle. Może przynajmniej, gdyby mu się oddać w taki sposób, o jakim żartował, to te drobne palce zacisnęłyby się w odpowiedniej chwili na smyczy i zatrzymały go przed wbiegnięciem pod rozpędzone auto. Przeżyłby. Tylko czy nadałoby to jakikolwiek sens jego istnieniu? Inny niż to, że mógłby zabić człowieka, który zagrażał stojącemu przed nim istnieniu.
Zatrząsł się, puścił go. Tylko po to, żeby nagle otoczyć go ręką i przenieść ich na jeden z dachów. Ułożył go na porządnie umocowanych dachówkach i zniknął - na kilka chwil mogących wydawać się zbyt długimi jak na tak nagłą zmianę scenerii - ale wrócił z koszem i butelką soku, żeby opaść tuż obok.
Kamienica, na której się znajdowali, była jedną z wyższych w okolicy. Laurent mógł podziwiać występ wokalistki, opierając się o znajdujący za jego plecami świetlik.
- Przepraszam - wydusił z siebie nagle. I tak zupełnie szczerze, to nie wiedział, za co przepraszał. Nawet na niego nie spojrzał, bo nie miał siły. Cały ten wieczór potrafił podsumować tylko jednym słowem: absurd.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.