15.09.2024, 18:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.12.2025, 14:30 przez Lorraine Malfoy.)
Zgarnęła z gracją spódnice, by uklęknąć na podłodze obok zastygłego w dwuznacznej pozie trupa i pochyliła się nad ciałem, by ostatni raz sprawdzić zaklęciem funkcje życiowe – tak dla pewności. Praca w Necronomiconie nauczyła ją, by nie ufać zewnętrznym oznakom śmierci, bo karty zgonu potrafiły kłamać, a egzorcyzmowanie przeklętych zwłok było procesem żmudnym i nieporównanie droższym od wysłania ich do pieca krematoryjnego na dziesięć zdrowasiek do Matki. Nie było jednak wątpliwości, że bukmacher nie żył.
Odwróciła głowę w stronę wychodzącego z garderoby Desmonda, który zbliżył się do niej – niepewnie, z niezdrowo błyszczącymi oczyma – aby ostatecznie pochylić się nad ciałem. Śledziła jego spojrzenie, to, jak ogarnął wzrokiem czerwoną twarz ofiary i szyję nabiegłą krwią, krwawe wybroczyny w spojówkach, bruzdę po zaciskającym się na gardle pasku, dziwną nierówność w okolicy jabłka Adama – zapewne złamaną w trakcie szarpaniny kość gnykową, która uległa przemieszczeniu. Gdyby tylko mogła zajrzeć do głowy Desmonda i poznać jego myśli – nie nadążała bowiem za zaproponowanym przez kuzyna ciągiem przyczynowo-skutkowym – nie rozumiała imperatywu, według którego rozkład moralny miał wyprzedzać rozkład biologiczny; idąc logiką Desmonda, niektórzy powinni gnić jeszcze za życia, pomyślała Lorraine – spodobała jej się ta myśl, ale wydała jej się zbyt wulgarna, by wypowiedzieć ją na głos, zwłaszcza przy Desmondzie. Desmond był ordynarnym chwastem porastającym zapomniany grób. Desmond był także delikatnym kwiatem z żałobnej wiązanki. Desmond był niewyobrażalnie kruchy, ponieważ należał do rzadkiego gatunku ludzi, którzy żyli i oddychali swoimi przekonaniami, prędzej gotowi się złamać, niż ugiąć w swoim uporze. Lorraine nie chciała go złamać. Desmond był zasuszonym bukietem ze święta Lithy, opisanym z botaniczną precyzją na kartach jej zielnika.
– Jesteś tu dla idei, Desmondzie? Wytłumacz mi. – Skupiła spojrzenie na chłopaku, przechylając teatralnie głowę. Na twarzy Lorraine wykwitł uśmiech: trudno powiedzieć, czy bardziej tchnący pogardą czy rozczuleniem. – Zamierzasz prowadzić etyczną dysputę z trupem? Może wpadniesz jutro do Necronomiconu. Porozmawiasz sobie z martwymi klientami o moralności i trendach w produkcji trumien – rzuciła konwersacjonalnie, poprawiając rękawiczki. – Choć wolałabym, żebyś porozmawiał o tym ze mną, nie z trupami. Obawiam się, że martwi nie są zbyt elokwentni, kochany. – Chwyciwszy za nadgarstek, uniosła gwałtownie wolną rękę trupa – wciąż jeszcze wiotką, choć za kilka godzin miała ulec przykurczom w budującym się stężeniu pośmiertnym – tylko po to, by zaraz wypuścić ją obojętnie, pozwalając bezwładnej kończynie uderzyć o podłogę z głuchym łoskotem. – Dokładnie – skomentowała, jak gdyby martwy bukmacher ubogacił ich dyskusję jakimś oryginalnym przemyśleniem. Podniosła się z powrotem na nogi, wygładzając płaszcz z zagnieceń. – Nic ci nie zrobi – dodała pogodnie.
Oczy wiły złagodniały, kiedy przeniosła wzrok z powrotem na twarz kuzyna. Nie zaszczyciła go odpowiedzią na zadane pytanie – nie musiała – posłała mu tylko przeciągłe spojrzenie, zanim bez słowa ruszyła bowiem w stronę otwartego salonu, kierując swoje kroki w stronę drzwi gabinetu bukmachera. Machnęła tylko niecierpliwie ręką na dyskusję o nekromancji. Wcześniej myślała nad przetransmutowaniem ciała mężczyzny w jakiś niepozorny obiekt – w coś łatwego do przeoczenia lub do ukrycia – nad upozorowaniem śladów walki, po której Śmierciożercy przemocą wywlekli bezbronną ofiarę z mieszkania, aby torturami wydobyć potrzebne im informacje. Chciała kupić sobie trochę czasu, zanim współpracownicy bukmachera zorientują się, że trzeba zwinąć interes; zanim zmienią szyfr, którego używali, przesyłając tajne wiadomości, zanim przeniosą swoje kryjówki i ukryją swoich bliskich, czyniąc zdobyte przez nią i Desmonda informacje bezużytecznymi. Po krótkim zastanowieniu, stwierdziła jednak, że nie ma to większego sensu. Oryginalny plan Lorraine zakładał, że obrabują puste mieszkanie, ale obecność bukmachera wszystko skomplikowała: lepiej nie rozjątrzać sprawy i pozostawić ciało w nienaruszonym stanie, tak, jak je znaleźli. Nie kupią sobie więcej czasu, ukrywając zwłoki, przeciwnie – zmarnują go, robiąc sobie tylko więcej problemów… Problemów, które wydawały się nie nie mieć dzisiaj końca.
Ciche, acz doskonale słyszalne w cichym mieszkaniu drapanie w drzwi. Lorraine zastygła bez ruchu, zesztywniała, nerwowe napięcie od wkradło się w jej ramiona. Mocniej zacisnęła palce na różdżce. Niemożliwe. Kilka chwil temu sprawdziła przecież mieszkanie zaklęciem lokalizującym, w środku nie było innych ludzi poza nimi dwojga… A jednak ktoś, czy raczej coś, drapało od środka w drzwi zamkniętego gabinetu. To nie człowiek, zrozumiała nagle Lorraine.
– Wiesz, że według chińskiego horoskopu księżycowego – odezwała się głosem na wpół omdlewającym, na wpół apokaliptycznym – kończy się niedługo rok psa?
Odpowiedziało jej ciche skomlenie.
Usta Desmonda wygięły się w dziwnym grymasie, o którym wiedziała jednak, że był uśmiechem.
Nie pytała, skąd wziął krew do pomazania ścian, na których nakreślił symbole supremacji czystej krwi. Podobne pozostawiali po sobie Śmierciożercy i Naśladowcy na ruinach domostw, na które napadali, o czym Lorraine wiedziała nie tylko z plotek, ale i z prasowych doniesień. Przeszukała mieszkanie. Dokumenty znalazła w dębowej skrzyni pod parapetem w gabinecie, gdzie bukmacher trzymał zresztą pozostałe księgi rachunkowe. Na wierzchu leżały fałszywe paszporty, identyfikatory wydane przez mugolskie i magiczne instytucje, szczegółowe notatki dotyczące przemytu ludzi oraz towarów... Pod nimi zaś nazwiska, daty, adresy i szyfry. Lorraine pośpiesznie ukryła zapiski w podszewce swojego płaszcza, zanim Desmond zdążył podejrzeć ponad jej ramieniem więcej, niż powinien. Gdy ona szukała dokumentów, udając, że dewastuje mieszkanie, on zajął się symbolami. Krew rozprowadzał po ścianach z właściwą sobie precyzją, artystycznym wyczuciem, kreśląc za jej pomocą symbole dobrze znane z nagłówków gazet i depesz Ministerstwa: symbole potęgi Śmierciożerców, potępiające mugoli, a sławiące czystą krew.
Wpatrywał się wciąż w swoje dzieło, gdy lekko zdyszana Lorraine stanęła obok. Brudząc rękawiczkę, przesunęła palcami po jednym z krwawych znaków, misternie wymalowanym słońcu z wykrzywionymi promieniami. Dotknęła doskonale odwzorowanych ręką kuzyna imitacji runicznych emblematów, które Śmierciożercy pożyczyli od druidów, sławiących naturę zamkniętą w odwiecznym kręgu życia: odległe echo czasów, gdy bogini Matka chodziła jeszcze po ziemi. Gdy Desmond czytał lektury popularne wśród sympatyków magicznej supremacji, Lorraine czytała bowiem religijne traktaty wychodzące spod pióra ojca Baldwina. Widziała pewne podobieństwa między fascynacją, z jaką wielu śledziło działania Śmierciożerców, a sposobem rekrutacji do fałszywych kultów, jakie demaskował stryj Marcus.
– Pomyśl teraz – podjęła krytycznie, takim tonem, jak gdyby wygłaszała katechezę – o tym, jak żałośni są Śmierciożercy. Jak dzieci, które bazgrzą po ścianach kredkami, odtwarzając nieudolnie symbole, których znaczenia nawet nie pojmują. Myślisz, że byliby w połowie tak dokładni, jak ty? – Nie patrząc na Desmonda, podeszła do ściany, wznosząc dłonie w niemej inkantacji. Starannie wyrysowane symbole nagle stały się niedbałe, niechlujne wręcz, jak gdyby tworzono w pośpiechu. Emblematy były na poły udane, na poły karykaturalne, hasła zamazane, lecz znajome. Lorraine przypominało to tanie przedstawienie, ale wiedziała, że właśnie tego oczekuje świat. Taniego przedstawienia. Przemocy, którą da się zapamiętać. Grozy, którą da się zacytować. Tak działali Śmierciożercy, tak też mieli działać dziś oni. Stali pośrodku zrujnowanego salonu, pośród śladów, które miały udawać znaczenie, zupełnie jak śmierciożercza ideologia. Desmond przypatrywał się działaniom Lorraine jakby z niedowierzaniem, ale ona wyglądała na niewzruszoną: nie interesowała jej już ściana, nie, Lorraine odwróciła się, aby móc w pełni skupić swoją uwagę na twarzy Desmonda.
– Po to cię tutaj przyprowadziłam – wyszeptała. – Żebyś zapamiętał to uczucie. Żebyś zapamiętał ten brud. Nie czujesz się brudny? Gdzie jest ta czystość, o którą walczą Śmierciożercy? Gdzie ona jest? Bo już nie na twoich ślicznych bucikach, wymazanych juchą. – Przechyliła lekko głowę, nie przestając wpatrywać się w kuzyna. – Nie czujesz się czysty... Więc może czujesz się ważny? – spytała cicho. – Czy czujesz się teraz ważny, Desmondzie? – Nie przestała naciskać, nie wiadomo kiedy, podchodząc nieprzyzwoicie blisko: na tyle blisko, że Desmond mógł niemal poczuć ciepło jej oddechu. – Jesteś ważny dla mnie – wyszeptała czule. Wyczyściła rękawiczkę zaklęciem, zanim wyciągnęła rękę w jego stronę, nie spodziewając się, że zechce ją ująć. Mimo to, nie przestała się uśmiechać. – Ale dla nich... Dla nich nie byłbyś wart więcej niż ten pies. Stryj Fortinbras też trzyma psy. Powiedziałabym, że psom Malfoyów żyje się lepiej niż wielu ludziom. Ale ty nie jesteś psem. Jesteś Malfoyem, prawda? Więc czemu chcesz być czyimś psem? Szczekać na wezwanie, gdy jakiś lord ze zmyśloną tytulaturą każe ci szczekać? W imię idei parzyć się z sukami, aby spłodzić czystej krwi miot szczeniąt z rodowodem? – Lorraine spoważniała nagle. – Nie chodzi tylko o krew. Gdyby chodziło tylko o krew, nasze drzewo genealogiczne nie byłoby więcej warte niż książeczka rodowodowa ulubionego z psów stryja. Urodziliśmy się, aby być lepsi, Desmondzie. Nie musimy tego nikomu udowadniać. Więc wyczyść buty. Wracamy.
Zatrzymali się na chwilę w korytarzu, spoglądając jeszcze raz na zdewastowane mieszkanie. Wyglądało jak miejsce egzekucji. Jak pamiątka po desperackim, bezmyślnym ataku kogoś, kto chciał coś udowodnić. W otaczającej ich ciszy słychać było tylko chrzęst potłuczonego szkła pod butami. Tylko dwa oddechy. Teleportowali się stamtąd bez słowa, zostawiając za sobą martwego psa, martwego bukmachera i martwe mieszkanie.
Odwróciła głowę w stronę wychodzącego z garderoby Desmonda, który zbliżył się do niej – niepewnie, z niezdrowo błyszczącymi oczyma – aby ostatecznie pochylić się nad ciałem. Śledziła jego spojrzenie, to, jak ogarnął wzrokiem czerwoną twarz ofiary i szyję nabiegłą krwią, krwawe wybroczyny w spojówkach, bruzdę po zaciskającym się na gardle pasku, dziwną nierówność w okolicy jabłka Adama – zapewne złamaną w trakcie szarpaniny kość gnykową, która uległa przemieszczeniu. Gdyby tylko mogła zajrzeć do głowy Desmonda i poznać jego myśli – nie nadążała bowiem za zaproponowanym przez kuzyna ciągiem przyczynowo-skutkowym – nie rozumiała imperatywu, według którego rozkład moralny miał wyprzedzać rozkład biologiczny; idąc logiką Desmonda, niektórzy powinni gnić jeszcze za życia, pomyślała Lorraine – spodobała jej się ta myśl, ale wydała jej się zbyt wulgarna, by wypowiedzieć ją na głos, zwłaszcza przy Desmondzie. Desmond był ordynarnym chwastem porastającym zapomniany grób. Desmond był także delikatnym kwiatem z żałobnej wiązanki. Desmond był niewyobrażalnie kruchy, ponieważ należał do rzadkiego gatunku ludzi, którzy żyli i oddychali swoimi przekonaniami, prędzej gotowi się złamać, niż ugiąć w swoim uporze. Lorraine nie chciała go złamać. Desmond był zasuszonym bukietem ze święta Lithy, opisanym z botaniczną precyzją na kartach jej zielnika.
– Jesteś tu dla idei, Desmondzie? Wytłumacz mi. – Skupiła spojrzenie na chłopaku, przechylając teatralnie głowę. Na twarzy Lorraine wykwitł uśmiech: trudno powiedzieć, czy bardziej tchnący pogardą czy rozczuleniem. – Zamierzasz prowadzić etyczną dysputę z trupem? Może wpadniesz jutro do Necronomiconu. Porozmawiasz sobie z martwymi klientami o moralności i trendach w produkcji trumien – rzuciła konwersacjonalnie, poprawiając rękawiczki. – Choć wolałabym, żebyś porozmawiał o tym ze mną, nie z trupami. Obawiam się, że martwi nie są zbyt elokwentni, kochany. – Chwyciwszy za nadgarstek, uniosła gwałtownie wolną rękę trupa – wciąż jeszcze wiotką, choć za kilka godzin miała ulec przykurczom w budującym się stężeniu pośmiertnym – tylko po to, by zaraz wypuścić ją obojętnie, pozwalając bezwładnej kończynie uderzyć o podłogę z głuchym łoskotem. – Dokładnie – skomentowała, jak gdyby martwy bukmacher ubogacił ich dyskusję jakimś oryginalnym przemyśleniem. Podniosła się z powrotem na nogi, wygładzając płaszcz z zagnieceń. – Nic ci nie zrobi – dodała pogodnie.
Oczy wiły złagodniały, kiedy przeniosła wzrok z powrotem na twarz kuzyna. Nie zaszczyciła go odpowiedzią na zadane pytanie – nie musiała – posłała mu tylko przeciągłe spojrzenie, zanim bez słowa ruszyła bowiem w stronę otwartego salonu, kierując swoje kroki w stronę drzwi gabinetu bukmachera. Machnęła tylko niecierpliwie ręką na dyskusję o nekromancji. Wcześniej myślała nad przetransmutowaniem ciała mężczyzny w jakiś niepozorny obiekt – w coś łatwego do przeoczenia lub do ukrycia – nad upozorowaniem śladów walki, po której Śmierciożercy przemocą wywlekli bezbronną ofiarę z mieszkania, aby torturami wydobyć potrzebne im informacje. Chciała kupić sobie trochę czasu, zanim współpracownicy bukmachera zorientują się, że trzeba zwinąć interes; zanim zmienią szyfr, którego używali, przesyłając tajne wiadomości, zanim przeniosą swoje kryjówki i ukryją swoich bliskich, czyniąc zdobyte przez nią i Desmonda informacje bezużytecznymi. Po krótkim zastanowieniu, stwierdziła jednak, że nie ma to większego sensu. Oryginalny plan Lorraine zakładał, że obrabują puste mieszkanie, ale obecność bukmachera wszystko skomplikowała: lepiej nie rozjątrzać sprawy i pozostawić ciało w nienaruszonym stanie, tak, jak je znaleźli. Nie kupią sobie więcej czasu, ukrywając zwłoki, przeciwnie – zmarnują go, robiąc sobie tylko więcej problemów… Problemów, które wydawały się nie nie mieć dzisiaj końca.
Ciche, acz doskonale słyszalne w cichym mieszkaniu drapanie w drzwi. Lorraine zastygła bez ruchu, zesztywniała, nerwowe napięcie od wkradło się w jej ramiona. Mocniej zacisnęła palce na różdżce. Niemożliwe. Kilka chwil temu sprawdziła przecież mieszkanie zaklęciem lokalizującym, w środku nie było innych ludzi poza nimi dwojga… A jednak ktoś, czy raczej coś, drapało od środka w drzwi zamkniętego gabinetu. To nie człowiek, zrozumiała nagle Lorraine.
– Wiesz, że według chińskiego horoskopu księżycowego – odezwała się głosem na wpół omdlewającym, na wpół apokaliptycznym – kończy się niedługo rok psa?
Odpowiedziało jej ciche skomlenie.
Usta Desmonda wygięły się w dziwnym grymasie, o którym wiedziała jednak, że był uśmiechem.
***
Nie pytała, skąd wziął krew do pomazania ścian, na których nakreślił symbole supremacji czystej krwi. Podobne pozostawiali po sobie Śmierciożercy i Naśladowcy na ruinach domostw, na które napadali, o czym Lorraine wiedziała nie tylko z plotek, ale i z prasowych doniesień. Przeszukała mieszkanie. Dokumenty znalazła w dębowej skrzyni pod parapetem w gabinecie, gdzie bukmacher trzymał zresztą pozostałe księgi rachunkowe. Na wierzchu leżały fałszywe paszporty, identyfikatory wydane przez mugolskie i magiczne instytucje, szczegółowe notatki dotyczące przemytu ludzi oraz towarów... Pod nimi zaś nazwiska, daty, adresy i szyfry. Lorraine pośpiesznie ukryła zapiski w podszewce swojego płaszcza, zanim Desmond zdążył podejrzeć ponad jej ramieniem więcej, niż powinien. Gdy ona szukała dokumentów, udając, że dewastuje mieszkanie, on zajął się symbolami. Krew rozprowadzał po ścianach z właściwą sobie precyzją, artystycznym wyczuciem, kreśląc za jej pomocą symbole dobrze znane z nagłówków gazet i depesz Ministerstwa: symbole potęgi Śmierciożerców, potępiające mugoli, a sławiące czystą krew.
Wpatrywał się wciąż w swoje dzieło, gdy lekko zdyszana Lorraine stanęła obok. Brudząc rękawiczkę, przesunęła palcami po jednym z krwawych znaków, misternie wymalowanym słońcu z wykrzywionymi promieniami. Dotknęła doskonale odwzorowanych ręką kuzyna imitacji runicznych emblematów, które Śmierciożercy pożyczyli od druidów, sławiących naturę zamkniętą w odwiecznym kręgu życia: odległe echo czasów, gdy bogini Matka chodziła jeszcze po ziemi. Gdy Desmond czytał lektury popularne wśród sympatyków magicznej supremacji, Lorraine czytała bowiem religijne traktaty wychodzące spod pióra ojca Baldwina. Widziała pewne podobieństwa między fascynacją, z jaką wielu śledziło działania Śmierciożerców, a sposobem rekrutacji do fałszywych kultów, jakie demaskował stryj Marcus.
– Pomyśl teraz – podjęła krytycznie, takim tonem, jak gdyby wygłaszała katechezę – o tym, jak żałośni są Śmierciożercy. Jak dzieci, które bazgrzą po ścianach kredkami, odtwarzając nieudolnie symbole, których znaczenia nawet nie pojmują. Myślisz, że byliby w połowie tak dokładni, jak ty? – Nie patrząc na Desmonda, podeszła do ściany, wznosząc dłonie w niemej inkantacji. Starannie wyrysowane symbole nagle stały się niedbałe, niechlujne wręcz, jak gdyby tworzono w pośpiechu. Emblematy były na poły udane, na poły karykaturalne, hasła zamazane, lecz znajome. Lorraine przypominało to tanie przedstawienie, ale wiedziała, że właśnie tego oczekuje świat. Taniego przedstawienia. Przemocy, którą da się zapamiętać. Grozy, którą da się zacytować. Tak działali Śmierciożercy, tak też mieli działać dziś oni. Stali pośrodku zrujnowanego salonu, pośród śladów, które miały udawać znaczenie, zupełnie jak śmierciożercza ideologia. Desmond przypatrywał się działaniom Lorraine jakby z niedowierzaniem, ale ona wyglądała na niewzruszoną: nie interesowała jej już ściana, nie, Lorraine odwróciła się, aby móc w pełni skupić swoją uwagę na twarzy Desmonda.
– Po to cię tutaj przyprowadziłam – wyszeptała. – Żebyś zapamiętał to uczucie. Żebyś zapamiętał ten brud. Nie czujesz się brudny? Gdzie jest ta czystość, o którą walczą Śmierciożercy? Gdzie ona jest? Bo już nie na twoich ślicznych bucikach, wymazanych juchą. – Przechyliła lekko głowę, nie przestając wpatrywać się w kuzyna. – Nie czujesz się czysty... Więc może czujesz się ważny? – spytała cicho. – Czy czujesz się teraz ważny, Desmondzie? – Nie przestała naciskać, nie wiadomo kiedy, podchodząc nieprzyzwoicie blisko: na tyle blisko, że Desmond mógł niemal poczuć ciepło jej oddechu. – Jesteś ważny dla mnie – wyszeptała czule. Wyczyściła rękawiczkę zaklęciem, zanim wyciągnęła rękę w jego stronę, nie spodziewając się, że zechce ją ująć. Mimo to, nie przestała się uśmiechać. – Ale dla nich... Dla nich nie byłbyś wart więcej niż ten pies. Stryj Fortinbras też trzyma psy. Powiedziałabym, że psom Malfoyów żyje się lepiej niż wielu ludziom. Ale ty nie jesteś psem. Jesteś Malfoyem, prawda? Więc czemu chcesz być czyimś psem? Szczekać na wezwanie, gdy jakiś lord ze zmyśloną tytulaturą każe ci szczekać? W imię idei parzyć się z sukami, aby spłodzić czystej krwi miot szczeniąt z rodowodem? – Lorraine spoważniała nagle. – Nie chodzi tylko o krew. Gdyby chodziło tylko o krew, nasze drzewo genealogiczne nie byłoby więcej warte niż książeczka rodowodowa ulubionego z psów stryja. Urodziliśmy się, aby być lepsi, Desmondzie. Nie musimy tego nikomu udowadniać. Więc wyczyść buty. Wracamy.
Zatrzymali się na chwilę w korytarzu, spoglądając jeszcze raz na zdewastowane mieszkanie. Wyglądało jak miejsce egzekucji. Jak pamiątka po desperackim, bezmyślnym ataku kogoś, kto chciał coś udowodnić. W otaczającej ich ciszy słychać było tylko chrzęst potłuczonego szkła pod butami. Tylko dwa oddechy. Teleportowali się stamtąd bez słowa, zostawiając za sobą martwego psa, martwego bukmachera i martwe mieszkanie.
Koniec sesji