15.09.2024, 18:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2024, 23:17 przez Lorraine Malfoy.)
Magiczne Różności → stoisko Kowenu → Château des Dragons
– Niech Matka ci błogosławi – ucieszyła się Lorraine, przyjmując dwie buteleczki uwarzonego przez Olivię eliksiru nasennego – może pozbędę się wreszcie tych cieniów pod oczami – zażartowała wskazując na swoją twarz.
Nie przeszkadzał jej brak opakowania: miała wystarczająco dużo miejsca w torebce, aby bezpiecznie ulokować w niej zamknięte w szkle specyfiki, tak, by nie rozbijały się o siebie przy każdym ruchu. Najważniejsze, że udało jej się uzupełnić zapasy, więc w nowy miesiąc wejdzie wyspana i pełna energii. Zanim sięgnęła po swój zakup, wyjęła z torebki niewielki portfel, krytycznie przetrząsnąwszy jego zawartość zanim starannie odliczyła należną sumę, kiwając współczująco głową, kiedy Olivia wspomniała o własnych problemach ze snem.
– Cierpię na tę samą przypadłość – zwierzyła się kobiecie – bez eliksiru nawet nie próbuję kłaść się do łóżka. Wolę już wstać i zająć się czymś pożytecznym, bo to przewracanie się z boku na bok doprowadza mnie do szału – dodała, wręczając Olivii pieniądze.
Kiedyś wystarczał jej zwykły napar z rumianku i melissy przed snem, ale potem – kiedy mimo ostrożnego dawkowania wyrobiła sobie tolerancję na część słabszych eliksirów nasennych – było coraz gorzej, a problem nie znikał: odstawienie także nie wchodziło w grę, bo bezsenność z odbicia była jeszcze trudniejsza do wyleczenia. Na szczęście, wspomagając się kadzidłami nasennymi i naparami regenerującymi Lorraine zdołała uregulować swój tryb życia na tyle, by nie padać codziennie na twarz ze zmęczenia. Sprawdziła ostatni raz, czy buteleczki nie przesuwają się w przerzuconej przez ramię torebce.
– Towar spod lady? – odszepnęła rozbawiona, widząc, jak Olivia puszcza do niej oczko. – Brzmi kusząco, ale mam nadzieję, że nie będę zmuszona póki co sięgać po nic mocniejszego. Dziękuję i… Dobranoc, jak sądzę? – pożegnała się zadowolona z Olivią, skinąwszy także uprzejmie głową w stronę Tristana, kiedy odchodziła od stoiska Magicznych Różności.
Zamierzała wykorzystywać zakupiony eliksir nasenny bardzo oszczędnie – nigdy więcej niż kilka kropel do wieczornej herbaty – już kalkulowała, na ile czasu wystarczą jej dwie buteleczki, jeżeli zmniejszy nieco dawkowanie, i ile pieniędzy uda jej się oszczędzić, jeżeli utrzyma konsumpcję na w miarę stałym poziomie. Lorraine na wszystkim szukała oszczędności, chociaż udało jej przeżyć lipiec wcale znośnie – lukratywne zlecenie od Roberta Mulcibera pozwoliło jej nieco podreperować finanse na koniec miesiąca. Za radą Ambrosii, która wysłała jej wróżby na lipiec, Lorraine nie włożyła wszystkiego do skrytki w Gringottcie, do której miał też dostęp jej ojciec: dzięki temu udało jej się zachować trochę złota dla siebie. Wystarczy na upominki urodzinowe dla Eden i Elliotta, liczyła w myślach, drobny prezent dla Stanleya pod koniec sierpnia, ach, ale zaraz będzie jesień, a wtedy będzie miała więcej zobowiązań, trudno, najwyżej odłoży ten urodzinowy horoskop u Dolohova na przyszły rok, stwierdziła, podchodząc do stoiska kowenu.
Przywitała się z kapłanem Edwardem, kojarzonym z nabożeństw w Whitecroft. Zręcznie unikając jego zaniepokojonych pytań o swój stan zdrowia, które w głowie targanej wyrzutami sumienia Lorraine były niczym więcej jak zawoalowanymi przytykami o to, że przestała regularnie uczęszczać na msze – od czasu obchodów Lithy z rozmysłem unikała bowiem zgromadzeń kowenu – nawiązała z mężczyzną niezobowiązującą rozmowę na temat zawartości stoiska. Ciekawe, czy pozował do zdjęć do któregoś z tych kalendarzy, pomyślała, wodząc spojrzeniem po prezentowanym asortymencie, i napotykając kalendarze z kapłanami kowenu. Bardziej zainteresowały ją jednak obrazy z wizerunkiem Matki, wyidealizowane przedstawienia absolutu, którym nie udało się mimo wszystko oddać doskonałości jej świętej postaci, takiej, jaką zapamiętała ją Lorraine: patrzyła na idylliczne wyobrażenia bogini w otoczeniu kapłanek, kwiatów, zwierząt, ale mogła myśleć tylko o makabrycznych obrazach Baldwina – o tym, jaka byłaby reakcja duchownych na widok Dziewicy, Matki i Staruchy uwięzionych w orgii śmierci, rozkładu i ponownych narodzin, błędnym kole przemijania, gdzie niepodzielną władzę sprawowała bezlitosna natura, której piękno mogło równać się tylko jej brzydocie – o tym, że więcej prawdy zawierało się w świętokradzkich wizjach młodego chłopaka uwiecznionych na płótnie w szaleńczej pasji niż w tych grzecznie wygładzonych, choć niewątpliwie uduchowionych przedstawieniach. Chociaż nie planowała kupować niczego poza rytualną świecą, ostatecznie odeszła od stoiska z dwiema koszulkami z napisem “Tylko Matka może mnie sądzić”, stwierdziwszy, że będzie to idealny – nieco spóźniony – prezent dla Baldwina i jego bliźniaczki z okazji urodzin.
Wiedziała, że Anthony przygotowuje stoisko z winami produkcji Château des Dragons, ale nie spodziewała się go zastać tutaj o tak późnej porze. Miło zaskoczyła się jednak, widząc znajomą twarz za ladą.
Tahira. Uśmiechnęła się ciepło do egzotycznej piękności, której oczy błyszczały jak obsydiany w oprawie szlachetnego złota: oczy Maeve przybierały podobną barwę, kiedy targały nią wyjątkowo silne emocje, czego metamorfogini nie wydawała się do końca świadoma, jako że Lorraine bardzo chętnie poddawała się ich hipnotycznemu urokowi. Znajomość z Tahirą była raczej powierzchowna, ale kiedy miały okazję porozmawiać, Lorraine dobrze czuła się w towarzystwie kobiety, która obdarzona była czarującą osobowością i, jak się okazało, współdzieliła z nią pasję do tańca. Widząc, że Tahira pracuje samotnie, a ruch przy stoisku jest mały, Lorraine oparła się o ladę. Zerknęła na stojące tuż obok zdjęcie portretowe – dojrzała na nim Anthony’ego, który trzymał w ramionach smoka – zanotowała w myślach, aby mu poradzić, żeby następnym razem kazał się sfotografować na grzbiecie dorosłego okazu, robiłby wtedy o wiele większe wrażenie. Sięgnąwszy po pierwszą z brzega butelkę, z pewnym rozbawieniem skonstatowała, że zdjęcie zdobi również etykiety win. Zamiast rocznika?, uśmiechnęła się ironicznie, patrząc wymownie na Tahirę.
– Zaraz wracam. Chcę się tylko zorientować ile jest warta skóra starego smoka. – Niebezpieczne iskierki rozbłysły w oczach Lorraine, kiedy schwyciła butelkę wykwintnego wina i ruszyła w stronę stoiska z biżuterią, gotowa wymienić ją na najmniej badziewny z jarmarcznych pierścionków.
Wróciła do opalookiej Tahiry cała rozpromieniona, ściskając w garści prezent dla Maeve.
– Niech Matka ci błogosławi – ucieszyła się Lorraine, przyjmując dwie buteleczki uwarzonego przez Olivię eliksiru nasennego – może pozbędę się wreszcie tych cieniów pod oczami – zażartowała wskazując na swoją twarz.
Nie przeszkadzał jej brak opakowania: miała wystarczająco dużo miejsca w torebce, aby bezpiecznie ulokować w niej zamknięte w szkle specyfiki, tak, by nie rozbijały się o siebie przy każdym ruchu. Najważniejsze, że udało jej się uzupełnić zapasy, więc w nowy miesiąc wejdzie wyspana i pełna energii. Zanim sięgnęła po swój zakup, wyjęła z torebki niewielki portfel, krytycznie przetrząsnąwszy jego zawartość zanim starannie odliczyła należną sumę, kiwając współczująco głową, kiedy Olivia wspomniała o własnych problemach ze snem.
– Cierpię na tę samą przypadłość – zwierzyła się kobiecie – bez eliksiru nawet nie próbuję kłaść się do łóżka. Wolę już wstać i zająć się czymś pożytecznym, bo to przewracanie się z boku na bok doprowadza mnie do szału – dodała, wręczając Olivii pieniądze.
Kiedyś wystarczał jej zwykły napar z rumianku i melissy przed snem, ale potem – kiedy mimo ostrożnego dawkowania wyrobiła sobie tolerancję na część słabszych eliksirów nasennych – było coraz gorzej, a problem nie znikał: odstawienie także nie wchodziło w grę, bo bezsenność z odbicia była jeszcze trudniejsza do wyleczenia. Na szczęście, wspomagając się kadzidłami nasennymi i naparami regenerującymi Lorraine zdołała uregulować swój tryb życia na tyle, by nie padać codziennie na twarz ze zmęczenia. Sprawdziła ostatni raz, czy buteleczki nie przesuwają się w przerzuconej przez ramię torebce.
– Towar spod lady? – odszepnęła rozbawiona, widząc, jak Olivia puszcza do niej oczko. – Brzmi kusząco, ale mam nadzieję, że nie będę zmuszona póki co sięgać po nic mocniejszego. Dziękuję i… Dobranoc, jak sądzę? – pożegnała się zadowolona z Olivią, skinąwszy także uprzejmie głową w stronę Tristana, kiedy odchodziła od stoiska Magicznych Różności.
Zamierzała wykorzystywać zakupiony eliksir nasenny bardzo oszczędnie – nigdy więcej niż kilka kropel do wieczornej herbaty – już kalkulowała, na ile czasu wystarczą jej dwie buteleczki, jeżeli zmniejszy nieco dawkowanie, i ile pieniędzy uda jej się oszczędzić, jeżeli utrzyma konsumpcję na w miarę stałym poziomie. Lorraine na wszystkim szukała oszczędności, chociaż udało jej przeżyć lipiec wcale znośnie – lukratywne zlecenie od Roberta Mulcibera pozwoliło jej nieco podreperować finanse na koniec miesiąca. Za radą Ambrosii, która wysłała jej wróżby na lipiec, Lorraine nie włożyła wszystkiego do skrytki w Gringottcie, do której miał też dostęp jej ojciec: dzięki temu udało jej się zachować trochę złota dla siebie. Wystarczy na upominki urodzinowe dla Eden i Elliotta, liczyła w myślach, drobny prezent dla Stanleya pod koniec sierpnia, ach, ale zaraz będzie jesień, a wtedy będzie miała więcej zobowiązań, trudno, najwyżej odłoży ten urodzinowy horoskop u Dolohova na przyszły rok, stwierdziła, podchodząc do stoiska kowenu.
Przywitała się z kapłanem Edwardem, kojarzonym z nabożeństw w Whitecroft. Zręcznie unikając jego zaniepokojonych pytań o swój stan zdrowia, które w głowie targanej wyrzutami sumienia Lorraine były niczym więcej jak zawoalowanymi przytykami o to, że przestała regularnie uczęszczać na msze – od czasu obchodów Lithy z rozmysłem unikała bowiem zgromadzeń kowenu – nawiązała z mężczyzną niezobowiązującą rozmowę na temat zawartości stoiska. Ciekawe, czy pozował do zdjęć do któregoś z tych kalendarzy, pomyślała, wodząc spojrzeniem po prezentowanym asortymencie, i napotykając kalendarze z kapłanami kowenu. Bardziej zainteresowały ją jednak obrazy z wizerunkiem Matki, wyidealizowane przedstawienia absolutu, którym nie udało się mimo wszystko oddać doskonałości jej świętej postaci, takiej, jaką zapamiętała ją Lorraine: patrzyła na idylliczne wyobrażenia bogini w otoczeniu kapłanek, kwiatów, zwierząt, ale mogła myśleć tylko o makabrycznych obrazach Baldwina – o tym, jaka byłaby reakcja duchownych na widok Dziewicy, Matki i Staruchy uwięzionych w orgii śmierci, rozkładu i ponownych narodzin, błędnym kole przemijania, gdzie niepodzielną władzę sprawowała bezlitosna natura, której piękno mogło równać się tylko jej brzydocie – o tym, że więcej prawdy zawierało się w świętokradzkich wizjach młodego chłopaka uwiecznionych na płótnie w szaleńczej pasji niż w tych grzecznie wygładzonych, choć niewątpliwie uduchowionych przedstawieniach. Chociaż nie planowała kupować niczego poza rytualną świecą, ostatecznie odeszła od stoiska z dwiema koszulkami z napisem “Tylko Matka może mnie sądzić”, stwierdziwszy, że będzie to idealny – nieco spóźniony – prezent dla Baldwina i jego bliźniaczki z okazji urodzin.
Wiedziała, że Anthony przygotowuje stoisko z winami produkcji Château des Dragons, ale nie spodziewała się go zastać tutaj o tak późnej porze. Miło zaskoczyła się jednak, widząc znajomą twarz za ladą.
Tahira. Uśmiechnęła się ciepło do egzotycznej piękności, której oczy błyszczały jak obsydiany w oprawie szlachetnego złota: oczy Maeve przybierały podobną barwę, kiedy targały nią wyjątkowo silne emocje, czego metamorfogini nie wydawała się do końca świadoma, jako że Lorraine bardzo chętnie poddawała się ich hipnotycznemu urokowi. Znajomość z Tahirą była raczej powierzchowna, ale kiedy miały okazję porozmawiać, Lorraine dobrze czuła się w towarzystwie kobiety, która obdarzona była czarującą osobowością i, jak się okazało, współdzieliła z nią pasję do tańca. Widząc, że Tahira pracuje samotnie, a ruch przy stoisku jest mały, Lorraine oparła się o ladę. Zerknęła na stojące tuż obok zdjęcie portretowe – dojrzała na nim Anthony’ego, który trzymał w ramionach smoka – zanotowała w myślach, aby mu poradzić, żeby następnym razem kazał się sfotografować na grzbiecie dorosłego okazu, robiłby wtedy o wiele większe wrażenie. Sięgnąwszy po pierwszą z brzega butelkę, z pewnym rozbawieniem skonstatowała, że zdjęcie zdobi również etykiety win. Zamiast rocznika?, uśmiechnęła się ironicznie, patrząc wymownie na Tahirę.
– Zaraz wracam. Chcę się tylko zorientować ile jest warta skóra starego smoka. – Niebezpieczne iskierki rozbłysły w oczach Lorraine, kiedy schwyciła butelkę wykwintnego wina i ruszyła w stronę stoiska z biżuterią, gotowa wymienić ją na najmniej badziewny z jarmarcznych pierścionków.
Wróciła do opalookiej Tahiry cała rozpromieniona, ściskając w garści prezent dla Maeve.
Postać opuszcza sesję