15.09.2024, 19:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2026, 19:13 przez Alexander Mulciber.)
Tylko przechylił z zaciekawieniem głowę, kiedy Eden rozpoczęła swoją tyradę. Zastanawiał się, jak długo przyjaciółka wytrzyma na jednym oddechu: całkiem długo, ocenił, kiedy zaczerpnęła powietrza, by kontynuować, może jakby wepchnąć jej głowę do kibla pobiłaby jakiś rekord nurkowania na czas. Żałował, że z przyzwyczajenia wsłuchał się w treść wypowiedzi Eden, zamiast puścić wszystko mimo uszu, jak to często robił w towarzystwie innych, bo nie podobał mu się kierunek, jaki obrała ich dyskusja. Gówno wiesz o duchach, pomyślał, wykonując na wszelki wypadek obronny gest odpędzający złe moce – stary zabobon, który, nie wiedzieć kiedy, zdążył wejść mu w krew – o niektórych rzeczach – o tabu – lepiej było nie mówić głośno, aby nie ściągnąć na siebie przypadkowo przekleństwa fatum. Głupia smarkula, ciekawe, co by powiedziała, gdyby stanęła twarzą w twarz z odartymi z resztek człowieczeństwa monstrami nawiedzającymi najstraszliwsze z cygańskich opowieści o duchach. Chociaż na usta cisnęło się Alexandrowi kilka nieprzyjemnych odzywek, ostatecznie nic nie powiedział, zadowalając się zrobieniem delikatnie poirytowanej miny, która sugerowała, że bardziej niż zawoalowanymi obelgami wymierzonymi w jego zdolności intelektualne czuje się urażony jej ignorancją. Chociaż, kiedy dłużej nad tym zastanowił, to słowa Eden nie wymagały komentarza: naprawdę wyobrażała sobie, że gdyby jakimś cudem stał się duchem, nie miałby nic lepszego do roboty, tylko za nią latać? Urocze.
Zresztą, cały ten naprędce zaimprowizowany plan miał inną, o wiele poważniejszą wadę.
– Eden, jesteśmy na drugim piętrze – wyjaśnił cierpliwie, z trudem powstrzymując się od przewrócenia oczami. Zwrócił się do dziewczyny jak gdyby ta była nieco opóźniona i potrzebowała, aby ktoś wytłumaczył jej, gdzie jest przód, a gdzie tył hipogryfa. – To za nisko, żebym zginął – stwierdził sucho, porzucając protekcjonalną pozę, kiedy przeszedł do sedna sprawy: ton Alexa był doskonale obojętny. – Mój brat zrzucił mnie kiedyś z antresoli z wysokości trzeciego i tylko zwichnąłem sobie obojczyk.
Ostatni raz potrząsnął mazakiem zanim schował go do tylnej kieszeni spodni, zdegustowany, że poplamił sobie swoją ulubioną koszulę przez to badziewie.
“To dlatego, że wcale nie myślisz.”
Ten głos nie należał do Eden, nie należał także do Marty, wciąż jednak brzmiał dziwnie znajomo. Alexander podniósł się z podłogi, sięgając leniwie po różdżkę. Wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Eden. Niespiesznie ruszył w stronę kabin toaletowych, zaczynając od przeciwnego końca niż ślizgonka, niby od niechcenia otwierając kopniakiem kolejne drzwi.
– Czym jest łacina kuchenna? – zainteresowała się międzyczasie Marta, lądując na krótką chwilę na ziemi. Desperacko próbowała ściągnąć na siebie uwagę uczniów, którzy wydawali się do tej pory na poważnie podchodzić do sprawy wskrzeszenia jej: wydawała się być trochę onieśmielona krukonem – kiedy wbił w nią to intensywne spojrzenie na chwilę niemalże stała się przezroczysta – ale po chwili stwierdziła, że nie może być taki zły, skoro przyprowadziła go tutaj ta miła blondynka. Byłby całkiem przystojny, gdyby nie patrzył cały czas spode łba, stwierdziła złośliwie. Mimo to, dalej nie ufała chłopakowi – w dziewczęcej łazience był w końcu intruzem, nieważne, jaka motywacja go tutaj sprowadziła – zamierzała trzymać się bliżej ślizgonki. Tylko dlaczego blondynka nie zwracała na nią uwagi? Czyżby zapomniała o swojej misji?
– Jeżeli mnie nauczysz jakichś interesujących słówek, ja mogę nauczyć ciebie… Hmmm… Łaciny łazienkowej! – Martwa dziewczyna klasnęła w dłonie, spontanicznie wywijając kolejne salto w powietrzu. Duch podążył za blondynką, która – z tego, co zrozumiała Marta – wyczuła w jej łazience obecność intruza. Kolejny dowód na to, że można jej ufać, pomyślała triumfalnie martwa dziewczyna. Marta nie cierpiała intruzów. Nie cierpiała, kiedy ludzie pałętali się po łazience bez żadnego poszanowania dla jej prywatności: to była jej łazienka, ona tutaj zginęła, na gacie Merlina, a żywi przychodzili tu, żeby poplotkować albo wysikać się w przerwie między lekcjami?! Na grób własnej matki też by nasikali?! Och, uwielbiała ich straszyć, mieli wtedy za swoje! Może gdy już ślizgonka pomoże jej powstać z martwych zostaną przyjaciółkami?
– No dobrze, nauczę cię łaciny łazienkowej i tak, tylko nie wolno ci powtarzać tego nikomu innemu – wyszeptała konspiracyjnie Marta, zawisnąwszy nad uchem Eden, choć piskliwy głos, nawet zniżony do szeptu, niósł się bez przeszkód po całej łazience. – Sssss… – Dziwne zimno owionęło policzek ślizgonki, kiedy ta zamierzała się, by otworzyć kolejną kabinę. Odgłosy, które wydawała z siebie Marta nie były odgłosami, które mógł wydać z siebie człowiek: przypominały coś pomiędzy cichym szumem płynącej wody, a sykiem węży, magicznie zwielokrotnionym przez echo zaświatów.
Alexander miał gdzieś zdolności lingwistyczne Marty. Otworzył z impetem kolejne drzwi.
– No proszę, kogo my tu mamy. – Oparł się nonszalancko o framugę otwartych na oścież drzwi, blokując przejście. Czuł, jak na wargi ciśnie mu się głupi uśmieszek, ale powstrzymał się w ostatniej chwili: zdradzić mógł go tylko kącik ust, który zadrgał nieposłusznie na widok skulonej w kabinie Ambrosii. Zniżył głos, by brzmiał nieco głębiej. – Szpiegujesz mnie, McKinnon?
Zresztą, cały ten naprędce zaimprowizowany plan miał inną, o wiele poważniejszą wadę.
– Eden, jesteśmy na drugim piętrze – wyjaśnił cierpliwie, z trudem powstrzymując się od przewrócenia oczami. Zwrócił się do dziewczyny jak gdyby ta była nieco opóźniona i potrzebowała, aby ktoś wytłumaczył jej, gdzie jest przód, a gdzie tył hipogryfa. – To za nisko, żebym zginął – stwierdził sucho, porzucając protekcjonalną pozę, kiedy przeszedł do sedna sprawy: ton Alexa był doskonale obojętny. – Mój brat zrzucił mnie kiedyś z antresoli z wysokości trzeciego i tylko zwichnąłem sobie obojczyk.
Ostatni raz potrząsnął mazakiem zanim schował go do tylnej kieszeni spodni, zdegustowany, że poplamił sobie swoją ulubioną koszulę przez to badziewie.
“To dlatego, że wcale nie myślisz.”
Ten głos nie należał do Eden, nie należał także do Marty, wciąż jednak brzmiał dziwnie znajomo. Alexander podniósł się z podłogi, sięgając leniwie po różdżkę. Wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Eden. Niespiesznie ruszył w stronę kabin toaletowych, zaczynając od przeciwnego końca niż ślizgonka, niby od niechcenia otwierając kopniakiem kolejne drzwi.
– Czym jest łacina kuchenna? – zainteresowała się międzyczasie Marta, lądując na krótką chwilę na ziemi. Desperacko próbowała ściągnąć na siebie uwagę uczniów, którzy wydawali się do tej pory na poważnie podchodzić do sprawy wskrzeszenia jej: wydawała się być trochę onieśmielona krukonem – kiedy wbił w nią to intensywne spojrzenie na chwilę niemalże stała się przezroczysta – ale po chwili stwierdziła, że nie może być taki zły, skoro przyprowadziła go tutaj ta miła blondynka. Byłby całkiem przystojny, gdyby nie patrzył cały czas spode łba, stwierdziła złośliwie. Mimo to, dalej nie ufała chłopakowi – w dziewczęcej łazience był w końcu intruzem, nieważne, jaka motywacja go tutaj sprowadziła – zamierzała trzymać się bliżej ślizgonki. Tylko dlaczego blondynka nie zwracała na nią uwagi? Czyżby zapomniała o swojej misji?
– Jeżeli mnie nauczysz jakichś interesujących słówek, ja mogę nauczyć ciebie… Hmmm… Łaciny łazienkowej! – Martwa dziewczyna klasnęła w dłonie, spontanicznie wywijając kolejne salto w powietrzu. Duch podążył za blondynką, która – z tego, co zrozumiała Marta – wyczuła w jej łazience obecność intruza. Kolejny dowód na to, że można jej ufać, pomyślała triumfalnie martwa dziewczyna. Marta nie cierpiała intruzów. Nie cierpiała, kiedy ludzie pałętali się po łazience bez żadnego poszanowania dla jej prywatności: to była jej łazienka, ona tutaj zginęła, na gacie Merlina, a żywi przychodzili tu, żeby poplotkować albo wysikać się w przerwie między lekcjami?! Na grób własnej matki też by nasikali?! Och, uwielbiała ich straszyć, mieli wtedy za swoje! Może gdy już ślizgonka pomoże jej powstać z martwych zostaną przyjaciółkami?
– No dobrze, nauczę cię łaciny łazienkowej i tak, tylko nie wolno ci powtarzać tego nikomu innemu – wyszeptała konspiracyjnie Marta, zawisnąwszy nad uchem Eden, choć piskliwy głos, nawet zniżony do szeptu, niósł się bez przeszkód po całej łazience. – Sssss… – Dziwne zimno owionęło policzek ślizgonki, kiedy ta zamierzała się, by otworzyć kolejną kabinę. Odgłosy, które wydawała z siebie Marta nie były odgłosami, które mógł wydać z siebie człowiek: przypominały coś pomiędzy cichym szumem płynącej wody, a sykiem węży, magicznie zwielokrotnionym przez echo zaświatów.
Alexander miał gdzieś zdolności lingwistyczne Marty. Otworzył z impetem kolejne drzwi.
– No proszę, kogo my tu mamy. – Oparł się nonszalancko o framugę otwartych na oścież drzwi, blokując przejście. Czuł, jak na wargi ciśnie mu się głupi uśmieszek, ale powstrzymał się w ostatniej chwili: zdradzić mógł go tylko kącik ust, który zadrgał nieposłusznie na widok skulonej w kabinie Ambrosii. Zniżył głos, by brzmiał nieco głębiej. – Szpiegujesz mnie, McKinnon?
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat