Wyjątkowość. Jak ktoś taki jak on nie miał czuć się wyjątkowy. Jeśli tylko jego myśli schodziły na tor, w którym stawał się trywialną częścią czyjejś codzienności, w której nie mógł udawać chociaż kogoś innego, lepszego, albo gdzie ta rzeczywistość była miałka to nie chciał jej przy sobie trzymać. Dlaczego miałby przy sobie trzymać ludzi, którzy nie myśleli o ekstraordynaryjności doznań chwil, jakie go z nimi łączyły? Czemu miał poświęcać czas temu, co zamieniało go w banał? Nie. Laurent był zbyt narcystyczny, żeby myśleć o sobie inaczej niż "wyjątkowy", a nawet do końca tego nie dostrzegał. Nawet zdając sobie sprawę z tego, że przydałoby mu się więcej pokory i pewnie starcia nosa, to każde potknięcie nakazujące mu spojrzeć w dół nie powodowało zdrowej refleksji. Ono natychmiastowo go rujnowało.
Więc kiedy myślał o tym związku, cokolwiek by go nie łączyło z Edgem, myślał tylko w kategoriach wyjątkowości. Być może nie był aż tak pyszny, żeby widzieć tak siebie samego przez pryzmat oczy Flynna, ale to założenie oparte na optymistycznych wnioskach. Za to na pewno ta relacja była niezwykła. W dobrym sensie? Złym? W gorszym niż lepszym, to na pewno. Nie mogliśmy mówić o zdrowiu, gdy dwie chore jednostki splatały się w jeden węzeł i miały udawać dobrze przygotowaną szpulę do dziergania. Nie. To był beznadziejnie poskręcany kłębek, z którego musieli się wydostawać, żeby przypomnieć sobie o tym, że świat jeszcze istnieje. Nie skończył się, nie wybuchł, że to tylko jakiś wir emocji i wszystko, ale to wszystko, mogło jeszcze wyjść na prostą. Wystarczyło się minąć na ulicy i... pójść dalej. Nie oglądaj się za siebie. Po prostu idź.
Na moment stanęło mu serce, kiedy on stanął na dachu. Na moment - kiedy został sam, kiedy wydawało mu się, że balans jest problemem. Nie miał lęku wysokości, ale przy zaskoczeniu przenosinami jednak lęk zadrgał w jego piersi. Chwilę później już mógł spokojnie usiąść, a kot wypełznął z koszyka i położył się obok, przy kominie nieopodal. Skontrolował tylko, żeby czasem teraz, na końcowym zakręcie, nigdzie mu nie uciekł. Tylko na moment.
Niebo nad Londynem wcale nie było piękne. Nie tak, jak piękne było w New Forest. Ale ten widok na te uliczki i na scenę już przeszył go dreszczem. Tak, to było romantyczne. Kojące.
Za co jednak czarnowłosy przepraszał? Chyba nie przepraszał za często. W zasadzie przepraszał rzadko, a czasem powinien za wszystkie zachowania, które potrafiły mu strzelić do łba. Ale Laurent o to nie zapytał. Skinął jedynie głową z uśmiechem.
Przecież nic nie było do końca w porządku.