Konkurować z kotami… Nie była śliczną blondynką, by konkurować z kimkolwiek. Kiedyś tak pewna siebie, korzystając ze swojej urody jak z atutu, teraz sądziła, że czegoś takiego wcale nie ma. Niewystarczająco wysoka, niewystarczająco blada, nie miała rumianych policzków, niebieskich oczu, ani jasnych włosów; cóż z jej figury, skoro nie czuła się wystarczająca? I tak, było to kompletnie bzdurne, była przecież piękną kobietą, mężczyźni jej to przecież mówili, tylko… To blondynki były w tym kanonie piękna, tak? A skoro nawet one nie mogły konkurować z kotami, to ktoś taki jak ona…? Widziała, ile radości przynoszą te maluchy Saurielowi i widziała, ile przynoszą jej. Dlatego nawet… Nawet nie potrafiła się o to złościć. Lekarstwo dla duszy – i jej, i jego.
– Nie? Wygląda jak mała czarna kulka, jak kocia księżniczka, stworzenie nocy, córa Księżyca, a nie befsztyczek – czasami nie miała zielonego pojęcia, co chodzi pod tą kruczoczarną czupryną Sauriela, jakimi drogami biegną jego myśli – bo jakimiś na pewno, tego była pewna, te wszystkie rzeczy nie brały się z niczego. Och nie, nie wyglądał niewinnie, ani teraz ani… cóż. Zamiast „niewinnie” nazwałaby ten obrazek „słodkim”. Pamiętała doskonale, jak się oburzył, jak mu powiedziała, że jest słodki, ale taka była prawda. W tej swojej, heh, niewinności, wychodził po prostu słodko. Tak, wielki i zły wampir, słodki. Był taki moment, że Victoria pomyślała, że przy ich pocałunku wychodził niewinnie, ale szybko odrzuciła tę myśl – to nie było niewinne, ani przed, ani w trakcie, ani po. To, że nie wiedzieli, jak się zachować, jak nieopierzeni nastolatkowie, nie miało nic wspólnego z niewinnością.
Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć, od czego zacząć, ani czy w ogóle chciałby ją słuchać. Nie wiedziała, jak ma się zachowywać, tak po tamtym jak i po wczorajszym, czuła się źle sama ze sobą. Nie wiedziała, co powinna sobie myśleć, więc uciekała, a Sauriel bardzo dobrze to odgadł: po części dlatego, że sama nie wiedziała, po części dlatego, że nie wiedziała, co on zrobi – a był to błąd, bo w swej nieprzewidywalności miał swoje przyzwyczajenia, rytuały i stałe, które robiły z tego całkiem sporą przewidywalność.
Słuchała go, jak zawsze, nawet jeśli niekoniecznie na niego patrzyła, gdy odłożyła Kwiatuszka na podłogę, a potem zaczęła się kręcić przy kocich miseczkach, żeby je uzupełnić o jedzonko i wodę. Słuchała i trochę ją to przerażało w kontekście samej siebie, że Sauriewl pił tyle… nie bał się? Spić tak bardzo, żeby szukać typiary w sypialni matki – to brzmiało, jakby wypił naprawdę dużo. Spojrzała na niego przelotnie, nim usiadła przy wyspie i nawet uśmiechnęła się lekko, kiedy stwierdził, że możliwe, że zignorował swojego ojca. A potem… Uniosła wyżej brwi i lekko rozchyliła usta w zaskoczeniu.
– Przydałoby mi się potulenie, mam naprawdę kiepski dzień – stwierdziła w końcu, bo to, że tak unikała kontaktu wzrokowego nie znaczyło wcale, że nie miała ochoty na towarzystwo. To znaczy… no nie miała, ale obecność Sauriela była czymś innym. Wcale nie chciała go unikać i jednocześnie chciała. – Ale możesz do mnie mówić. Posłucham – tym bardziej, że w większości Sauriel był takim milczkiem.