15.09.2024, 21:18 ✶
Nie chciał wdawać się w dyskusje na tematy, których nie znał. Życie domowe Yaxleyów było dla niego czymś całkowicie nieznanym. Nawet teraz spędził z nimi kilka dni, ale w większości przy pacjentce, więc nie mógł o niczym się wypowiedzieć. Mimo to zastanawiało go to ostre podejście Geraldine do matki. W jego oczach ta kobieta nie była gorsza od zestresowanego, zaniepokojonego ojca Yaxleyówny. Pytała o nią, przychodziła parokrotnie z kawą. Była w porządku. Może nie ślęczała nad córką, ale to on od tego był. Zatrudniono go, żeby wykazywał się pełnym profesjonalizmem i towarzyszył chorej podczas kryzysu. Właśnie to robił, nieistotne jakie były ich relacje.
A uważał, że niezbyt ciepłe i przyjazne. Nie zamierzał biczować się z tego powodu. Oziębił je celowo. O ironio, poniekąd dla dobra Geraldine, która najwidoczniej wcale nie chciał żyć w spokoju i bezpieczeństwie. No, przynajmniej to kelpie spowodował jej nieszczęście a nie Greengrass. Słabe pocieszenie, ale zawsze jakieś.
- Szczęśliwy traf? Błyskotliwy strzał? - Skomentował, ale bez swojej typowej iskry.
Żartował, ale temu żartowi czegoś brakowało. Nie tylko polotu, a wręcz raczej życia i przekory, z którą pół roku wcześniej wchodził w znajomość z Geraldine. Nie chciał tu napiętej atmosfery. Za mocno starał się, żeby wyzdrowiała, więc powstrzymał się przed wszystkimi rzeczywistymi spostrzeżeniami. Nie chciał, żeby niepotrzebnie wypłynęły na wierzch. To byłoby zwyczajnie niepotrzebne. Zbędne.
- Zrobisz dokładnie to, czego zechcesz i w czasie, w którym zechcesz - tak po prostu skwitował, dając Geraldine do zrozumienia, że nie ruszało go prawdopodobieństwo zostania wymienionym na kogoś innego.
Nie wiedział nawet na kogo. Nie pytał, bo tak było lepiej. Łatwiej było przełknąć myśl, że na kogoś o równie znacznym doświadczeniu, kto skorzystałby z jego starannej dokumentacji i karty pacjenta godnej Munga. Gdyby usłyszał, że chodzi o osobę wyrzuconą niegdyś ze stażu i prowadzącą własną praktykę (niestety, prawo miało luki w tym zakresie i dopuszczało tę możliwość) wtedy poczułby się nieco urażony koniecznością współpracy z potencjalnym konowałem. Mimo to, chciał dla pacjentki jak najlepiej, więc nie upierał się przy świadczeniu usług do samego końca rekonwalescencji. Założył, że tego nie chciała, więc on także nie.
- Na pewno zrobi wszystko, żeby otoczyć cię jak najlepszą opieką - zapewnił, choć zabrzmiało to sztywno i wymuszenie.
No, może jednak trochę bolało go to, że został wezwany do najczarniejszej roboty, w której mógł popełnić śmiertelne błędy a to ktoś inny miał zbierać laury, kiedy rekonwalescencja dojdzie do końca. Jasne. Spodziewał się, że ta druga osoba będzie mieć równie ciężko, jeśli chodzi o pracę z trudnym i upartym klientem, ale Ambroise lubił doprowadzać swoje interesy do końca. Nie miał nic przeciwko przejmowaniu pacjentów, ale oddawanie ich nie przychodziło mu tak łatwo jak udawał (i jak sobie wmawiał) było znacznie bardziej uderzające w ego.
- Nie zarzucaj sobie zbyt wiele. Jesteś tutaj. Żywa. A te zachowania to po prostu gen łowcy adrenaliny - wzruszył ramionami.
Nie planował pocieszać Geraldine. Właściwie to mu nie wyszło, ale nie chciał, żeby wieszała na sobie psy. Chyba nikt z jej otoczenia nie zrobił tego ani razu w jego obecności, a więc i on nie czuł się do tego uprawniony. W gruncie rzeczy był tylko medykiem zleceniobiorcą. Nawet nie jej przyjacielem.
- Zapłacono mi, żebyś przeżyła - w tej samej chwili odwrócił wzrok, mocno zaciskając szczękę.
Tak. Myślał o tym, do diabła. Oczywiście, że o tym myślał i cholernie się tego wstydził. To były bardzo złe, mroczne podszepty a jednak w rzeczywistości nie sądził, że byłby to w stanie zrobić. Nie mógłby dać im ujścia, bo nie chciał być mordercą. Robił wszystko, żeby odpokutować to, że nie dało się cofnąć tego faktu. Nie chciał powtarzać osiągnięcia, choć mógłby to zrobić i zapewne nie poniósłby konsekwencji. Mógłby sprawić złudzenie, że starał się o nią najmocniej jak tylko mógł i że nikt inny (no, może tylko sam Merlin) nie dałby rady zrobić więcej. Mimo to, nie dopuszczał takiej możliwości. Nie mógł też jednocześnie powiedzieć wprost, że wcale nie chciał, żeby umierała, nawet jeśli jej śmierć pomogłaby w zakopaniu jego sekretu. Nie chciał widzieć jej w ziemi, ale wybrał najprostsze wyjaśnienie, dlaczego.
Pieniądze. Nic więcej. Kasę ponad głębsze, ludzkie uczucia. Wolał utrzymywać, że się nie lubili. Tak było najprościej.
- Będziesz mieć bliznę. Raczej nie do zaleczenia zwykłą magią ani eliksirami - odpowiedział.
Czy jej plecy wyglądały źle? Nie jemu oceniać. Na pewno nie były już idealnie gładkie, co zazwyczaj preferowały kobiety.
A uważał, że niezbyt ciepłe i przyjazne. Nie zamierzał biczować się z tego powodu. Oziębił je celowo. O ironio, poniekąd dla dobra Geraldine, która najwidoczniej wcale nie chciał żyć w spokoju i bezpieczeństwie. No, przynajmniej to kelpie spowodował jej nieszczęście a nie Greengrass. Słabe pocieszenie, ale zawsze jakieś.
- Szczęśliwy traf? Błyskotliwy strzał? - Skomentował, ale bez swojej typowej iskry.
Żartował, ale temu żartowi czegoś brakowało. Nie tylko polotu, a wręcz raczej życia i przekory, z którą pół roku wcześniej wchodził w znajomość z Geraldine. Nie chciał tu napiętej atmosfery. Za mocno starał się, żeby wyzdrowiała, więc powstrzymał się przed wszystkimi rzeczywistymi spostrzeżeniami. Nie chciał, żeby niepotrzebnie wypłynęły na wierzch. To byłoby zwyczajnie niepotrzebne. Zbędne.
- Zrobisz dokładnie to, czego zechcesz i w czasie, w którym zechcesz - tak po prostu skwitował, dając Geraldine do zrozumienia, że nie ruszało go prawdopodobieństwo zostania wymienionym na kogoś innego.
Nie wiedział nawet na kogo. Nie pytał, bo tak było lepiej. Łatwiej było przełknąć myśl, że na kogoś o równie znacznym doświadczeniu, kto skorzystałby z jego starannej dokumentacji i karty pacjenta godnej Munga. Gdyby usłyszał, że chodzi o osobę wyrzuconą niegdyś ze stażu i prowadzącą własną praktykę (niestety, prawo miało luki w tym zakresie i dopuszczało tę możliwość) wtedy poczułby się nieco urażony koniecznością współpracy z potencjalnym konowałem. Mimo to, chciał dla pacjentki jak najlepiej, więc nie upierał się przy świadczeniu usług do samego końca rekonwalescencji. Założył, że tego nie chciała, więc on także nie.
- Na pewno zrobi wszystko, żeby otoczyć cię jak najlepszą opieką - zapewnił, choć zabrzmiało to sztywno i wymuszenie.
No, może jednak trochę bolało go to, że został wezwany do najczarniejszej roboty, w której mógł popełnić śmiertelne błędy a to ktoś inny miał zbierać laury, kiedy rekonwalescencja dojdzie do końca. Jasne. Spodziewał się, że ta druga osoba będzie mieć równie ciężko, jeśli chodzi o pracę z trudnym i upartym klientem, ale Ambroise lubił doprowadzać swoje interesy do końca. Nie miał nic przeciwko przejmowaniu pacjentów, ale oddawanie ich nie przychodziło mu tak łatwo jak udawał (i jak sobie wmawiał) było znacznie bardziej uderzające w ego.
- Nie zarzucaj sobie zbyt wiele. Jesteś tutaj. Żywa. A te zachowania to po prostu gen łowcy adrenaliny - wzruszył ramionami.
Nie planował pocieszać Geraldine. Właściwie to mu nie wyszło, ale nie chciał, żeby wieszała na sobie psy. Chyba nikt z jej otoczenia nie zrobił tego ani razu w jego obecności, a więc i on nie czuł się do tego uprawniony. W gruncie rzeczy był tylko medykiem zleceniobiorcą. Nawet nie jej przyjacielem.
- Zapłacono mi, żebyś przeżyła - w tej samej chwili odwrócił wzrok, mocno zaciskając szczękę.
Tak. Myślał o tym, do diabła. Oczywiście, że o tym myślał i cholernie się tego wstydził. To były bardzo złe, mroczne podszepty a jednak w rzeczywistości nie sądził, że byłby to w stanie zrobić. Nie mógłby dać im ujścia, bo nie chciał być mordercą. Robił wszystko, żeby odpokutować to, że nie dało się cofnąć tego faktu. Nie chciał powtarzać osiągnięcia, choć mógłby to zrobić i zapewne nie poniósłby konsekwencji. Mógłby sprawić złudzenie, że starał się o nią najmocniej jak tylko mógł i że nikt inny (no, może tylko sam Merlin) nie dałby rady zrobić więcej. Mimo to, nie dopuszczał takiej możliwości. Nie mógł też jednocześnie powiedzieć wprost, że wcale nie chciał, żeby umierała, nawet jeśli jej śmierć pomogłaby w zakopaniu jego sekretu. Nie chciał widzieć jej w ziemi, ale wybrał najprostsze wyjaśnienie, dlaczego.
Pieniądze. Nic więcej. Kasę ponad głębsze, ludzkie uczucia. Wolał utrzymywać, że się nie lubili. Tak było najprościej.
- Będziesz mieć bliznę. Raczej nie do zaleczenia zwykłą magią ani eliksirami - odpowiedział.
Czy jej plecy wyglądały źle? Nie jemu oceniać. Na pewno nie były już idealnie gładkie, co zazwyczaj preferowały kobiety.