16.09.2024, 10:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.09.2024, 10:49 przez Anthony Shafiq.)
Były tajemnice, które nigdy nie powinny zostać wypowiedziane. Były tajemnice, które nie musiały znajdować swojego odzwierciedlenia w słowach. Jeden nie chciał powiedzieć o bojówce działającej na granicy prawa, drugi nie zamierzał przyznać, że już za późno, że już o niej wie. Łatwo było zgubić się w postrzeganiu drugiej osoby, gdy uczucie przesłaniało jej siłę i wytrzymałość, gdy w imię uczucia i ochrony próbowano odsunąć niewygodne prawdy. Z drugiej strony jednak, tęsknota - choć była doskonałą przyprawą - nie działała tak skutecznie, jak strach o życie ukochanego. Strach, który popychał do działań dalece wykraczających poza zwykle zachowawcze usposobienie Anthony'ego. Każda chwila mogła być tą ostatnią, każdy pocałunek, westchnienie, każdy uśmiech mógł następnego dnia okazać się tylko wspomnieniem. Lęk stanowił doskonałą motywację do tego, by z każdej chwili wycisnąć ostatnie soki, wysycić się nią, zachłystnąć momentem spokoju i uniesienia, w bezpiecznych czterech ścianach własnego domu.
Patrząc na twarz swojego towarzysza, Erik mógł bez trudu odczytać, że ten bezwstydny flirt trafił już dawno na podatny grunt, pełnię zrozumienia sytuacji i kierunku w którym obaj zmierzali, a szare oczy przywodziły na myśl bardziej tęczówki pokryte gęstą, wibrującą mgłą, aniżeli oblicze należące do osoby jakkolwiek panującej nad sobą. Znał te oczy, znał ten wyraz twarzy, kłębiącą się pod płaszczem spokoju burzę pragnień, gdy w milczeniu przemierzali hotelowe korytarze. Ale to nie był hotel, a dekady przekonywania samego siebie, że pewnych potrzeb po prostu się nie posiada, runęły bezpowrotnie wraz z gradem pocałunków niosących w sobie sugestię zgody absolutnej na wszystko, co Longbottom zamierzał tego wieczoru zaproponować.
A przecież jeszcze chwilę temu detektyw zastał przecież gospodarza pełnego niepokoju, zastał gospodarza urażonego zbyt ostrym doborem słów, czy w końcu gospodarza, który przez krótki moment pragnął być dla niego wyzwaniem. Teraz prawdziwym wyzwaniem okazało się dotrzeć na piętro, na koniec zachodniego korytarza, skoro każde, absolutnie każde miejsce było dobre do tego, by wczepić się w Erika i wytracić tempo przemarszu, na rzecz błądzących dłoni, bezładnie rozpinanych guzików i skóry czerwieniącej się od zbyt szorstkiego zarostu, czy oddawanych z nawiązką drobnych ukąszeń. Był głodny, był zachłanny, był pozbawiony zahamowań, które ciążyły mu podczas wyjazdów, teraz, gdy tańczyli na szachownicowym holu, gdy prawie wpadli do marmurowej fontanny u stóp złocistej kuli oplecionej przez żarłocznego węża.
Cudem dotarli do śpiącego smoka, który na moment stał się wygodnym podparciem dla Shafiqa, niezwykle rozbawionego faktem łaskotania jego, a nie kamiennej figury. Ujął dłoń drugiego mężczyzny i naprowadził ją na chłodną, twardą, spiżową szyję śpiącego gada.
– Mój drogi, nie może tak być, żebyś nie wiedział jak dostać się do mojej sypialni... – chichotał, podgryzając mu bark, drapiąc po brzuchu dłonią zapodzianą w sponiewieranym mundurze, nim został w gwałtowności rozpłaszczony o przeciwległą ścianę. Nie przeszkadzała mu teraz szorstkość gestów, posmak zwierzęcej agresywności, która niosła ze sobą nieme deklaracje nieskrępowanego pragnienia i uwielbienia zarezerwanego tylko dla niego... Nim jednak weszli do środka, nim dali się porwać bez reszty fali namiętności, w ostatnim przypływie rozumu Anthony wycharczał do ucha kochanka:
– Basbousa. Tak się nazywa... tak się nazywa... to co jadłeś, to... to dobre słowo bezpieczeństwa. Basbousa. Gdy zabraknie mi Twojej łagodności... dam Ci znać. Nie wcześniej... wiesz... wiesz co lubię gdy... – zdanie zostało bezwzględnie urwane nośnym westchnieniem, w ostatnim momencie, ostatniej chwili, nim wpadli w czerń magicznie ukrytego przejścia, do pokoju skąpanego półmrokiem, pozostawiając za sobą korytarz pusty i nienaturalnie cichy. Pozostawiając korytarz zwieńczony statuą śpiącego smoka, okraszoną aureolą lśniących we wnęce, wyciszających run.
Patrząc na twarz swojego towarzysza, Erik mógł bez trudu odczytać, że ten bezwstydny flirt trafił już dawno na podatny grunt, pełnię zrozumienia sytuacji i kierunku w którym obaj zmierzali, a szare oczy przywodziły na myśl bardziej tęczówki pokryte gęstą, wibrującą mgłą, aniżeli oblicze należące do osoby jakkolwiek panującej nad sobą. Znał te oczy, znał ten wyraz twarzy, kłębiącą się pod płaszczem spokoju burzę pragnień, gdy w milczeniu przemierzali hotelowe korytarze. Ale to nie był hotel, a dekady przekonywania samego siebie, że pewnych potrzeb po prostu się nie posiada, runęły bezpowrotnie wraz z gradem pocałunków niosących w sobie sugestię zgody absolutnej na wszystko, co Longbottom zamierzał tego wieczoru zaproponować.
A przecież jeszcze chwilę temu detektyw zastał przecież gospodarza pełnego niepokoju, zastał gospodarza urażonego zbyt ostrym doborem słów, czy w końcu gospodarza, który przez krótki moment pragnął być dla niego wyzwaniem. Teraz prawdziwym wyzwaniem okazało się dotrzeć na piętro, na koniec zachodniego korytarza, skoro każde, absolutnie każde miejsce było dobre do tego, by wczepić się w Erika i wytracić tempo przemarszu, na rzecz błądzących dłoni, bezładnie rozpinanych guzików i skóry czerwieniącej się od zbyt szorstkiego zarostu, czy oddawanych z nawiązką drobnych ukąszeń. Był głodny, był zachłanny, był pozbawiony zahamowań, które ciążyły mu podczas wyjazdów, teraz, gdy tańczyli na szachownicowym holu, gdy prawie wpadli do marmurowej fontanny u stóp złocistej kuli oplecionej przez żarłocznego węża.
Cudem dotarli do śpiącego smoka, który na moment stał się wygodnym podparciem dla Shafiqa, niezwykle rozbawionego faktem łaskotania jego, a nie kamiennej figury. Ujął dłoń drugiego mężczyzny i naprowadził ją na chłodną, twardą, spiżową szyję śpiącego gada.
– Mój drogi, nie może tak być, żebyś nie wiedział jak dostać się do mojej sypialni... – chichotał, podgryzając mu bark, drapiąc po brzuchu dłonią zapodzianą w sponiewieranym mundurze, nim został w gwałtowności rozpłaszczony o przeciwległą ścianę. Nie przeszkadzała mu teraz szorstkość gestów, posmak zwierzęcej agresywności, która niosła ze sobą nieme deklaracje nieskrępowanego pragnienia i uwielbienia zarezerwanego tylko dla niego... Nim jednak weszli do środka, nim dali się porwać bez reszty fali namiętności, w ostatnim przypływie rozumu Anthony wycharczał do ucha kochanka:
– Basbousa. Tak się nazywa... tak się nazywa... to co jadłeś, to... to dobre słowo bezpieczeństwa. Basbousa. Gdy zabraknie mi Twojej łagodności... dam Ci znać. Nie wcześniej... wiesz... wiesz co lubię gdy... – zdanie zostało bezwzględnie urwane nośnym westchnieniem, w ostatnim momencie, ostatniej chwili, nim wpadli w czerń magicznie ukrytego przejścia, do pokoju skąpanego półmrokiem, pozostawiając za sobą korytarz pusty i nienaturalnie cichy. Pozostawiając korytarz zwieńczony statuą śpiącego smoka, okraszoną aureolą lśniących we wnęce, wyciszających run.
Koniec sesji