16.09.2024, 11:19 ✶
Spodziewał się, że ich pierwsza rozmowa po jej przebudzeniu może nie być zbyt przełomowa. Starał się utrzymać odpowiedni poziom leków przeciwbólowych, żeby ułatwić Geraldine radzenie sobie z bólem całego ciała, ale na ból psychiczny nie mógł nic poradzić. Tym bardziej, że nie był zbyt dobrym pocieszycielem a może nawet wręcz przeciwnie.
Nieświadomie pogarszał atmosferę, ponieważ nie dawał jej tego, czego oczekiwała. Tak właściwie to nie wiedział, czego mogła chcieć. Miał ją za złożoną, skomplikowaną osobę. Równie, jeśli nie bardziej trudną, co on sam. Na początku udało im się nawiązać wspólny język, ale teraz miał wrażenie, że rozmawia z kimś z innej planety. Niby mówili w tym samym zakresie słów, niby rozumieli ten główny przekaz, ale Ambroise czuł się głuchy na wszystkie możliwe podteksty.
Nie do końca wiedział, co miałby odpowiadać na te krótkie wypowiedzi i odmruknięcia. Zazwyczaj miał większą łatwość w komunikacji z pacjentami. Nawet z tymi uważanymi za trudnych. Tymczasem tutaj czuł, że zawala na dużą skalę. Może powinien poinformować ojca Geraldine o konieczności przekazania opieki Florianowi czy komuś innemu. Uzdrowicielce, nie uzdrowicielowi, tak? Czyli nie Florianowi, ale on nie musiał tego ustalać. Znał jedną Flo i nie sądził, aby to była ta sama osoba. Niespecjalnie to sobie wyobrażał. Natomiast Geraldine mogła przekazać wszystkie konieczne informacje o tym, jak wezwać uzdrowicielkę, skoro była przytomna.
- A. Jeśli chodzi o wstawanie, to dopóki tu jestem, nie rekomenduję tego. Wręcz uniemożliwiam - powiedział w eter niemal w tym samym momencie, w którym kobieta zdecydowała się zacząć go ignorować i obróciła głowę w drugą stronę.
Zamiast wpatrywać się w nią, on również zajął się swoimi zajęciami. Nie chciał niepotrzebnie zmuszać jej do interakcji. Wyciągnął kilka buteleczek, przejrzał je w milczeniu. Podejmując odpowiednie decyzje, schował dwie z czterech a do pozostałych wyciągnął kolbę do mieszania. Kolejne minuty minęły mu na odmierzaniu i dodawaniu koniecznych rzeczy do dwóch wymieszanych eliksirów. Nie patrzył w kierunku blondynki, ale wiedział, że Geraldine nie śpi i celowo trzymał dystans. Przynajmniej do pewnego momentu, kiedy westchnął cicho. Chyba powinien to powiedzieć.
- Słuchaj. Wiem, że teraz to się wydaje nie do przejścia, ale przeżyłaś. To duże osiągnięcie - odezwał się spokojnie, starając się włożyć w to jak najwięcej pokrzepienia. - Jesteś o krok dalej ku wróceniu do formy z każdą kolejną minutą, nawet jeśli wydaje się, że tak nie jest. Im mniej będziesz się stresować powrotem do zdrowia, tym szybciej do niego wrócisz. Tak jest. To nie ja ustalam reguły, ale takie są - zapewnił ją, rzucając spojrzenie w kierunku łóżka.
No cóż. Spodziewał się, że może im nie pójść zbyt dobrze na linii pacjent uzdrowiciel, ale nie zakładał, że tak szybko. Odbyli zaledwie jedną rozmowę a on już wiedział, że każda kolejna miała być coraz bardziej negatywna. Nie chodziło o nerwy. W pracy znosił wielu trudnych pacjentów. Potrafił radzić sobie z ciężkimi przypadkami. Rozmawiał z ludźmi, którzy wyłącznie na niego krzyczeli albo zachowywali się tak, jakby mieli go pobić w tej samej chwili, w której poczują się trochę lepiej. Nie uznawał tych przypadków za tak trudne jak ten. Prawdę mówiąc wolałby słyszeć nieprzychylne komentarze lub warknięcia, bo zbywanie go milczeniem przez kogoś, kto zawsze się odgryzał oznaczało ostateczną formę braku współpracy.
- Mogę wezwać twojego uzdrowiciela - zakomunikował po chwili stania w tej ponurej ciszy. - Jeśli uważasz, że będzie ci łatwiej z kimś, kto leczy cię na co dzień, pewnie masz rację - wzruszyłby ramionami, gdyby na niego patrzyła, ale dał sobie spokój. - Z perspektywy kogoś, kto był w takiej sytuacji, możesz reagować jak chcesz. Tylko ty jesteś w stanie przyspieszyć swoją rekonwalescencję. Medyk to dodatek. Istotny acz wyłącznie dodatek - prawdopodobnie nie powinien tak mówić.
Zaniżał tym wartość swojej pracy, ale naprawdę nie chciał źle dla Geraldine. Musiała zrozumieć parę rzeczy zanim pogrąży się w ponurości i w mroku. Szczególnie, że on tego nie zrobił, kiedy był uwiązany do łóżka i po czasie tego żałował.
Czekając na odpowiedź, usiadł na fotelu i poprawił bukiet kwiatów, który nie wiadomo kiedy przesunął się na szafce nocnej. Ich zapach zgrabnie przykrywał woń części leków, wprowadzał trochę lekkości w pomieszczeniu, choć (jak na różowe lilie przystało) był mocny i w innych okolicznościach mógłby być nawet duszący.
Nieświadomie pogarszał atmosferę, ponieważ nie dawał jej tego, czego oczekiwała. Tak właściwie to nie wiedział, czego mogła chcieć. Miał ją za złożoną, skomplikowaną osobę. Równie, jeśli nie bardziej trudną, co on sam. Na początku udało im się nawiązać wspólny język, ale teraz miał wrażenie, że rozmawia z kimś z innej planety. Niby mówili w tym samym zakresie słów, niby rozumieli ten główny przekaz, ale Ambroise czuł się głuchy na wszystkie możliwe podteksty.
Nie do końca wiedział, co miałby odpowiadać na te krótkie wypowiedzi i odmruknięcia. Zazwyczaj miał większą łatwość w komunikacji z pacjentami. Nawet z tymi uważanymi za trudnych. Tymczasem tutaj czuł, że zawala na dużą skalę. Może powinien poinformować ojca Geraldine o konieczności przekazania opieki Florianowi czy komuś innemu. Uzdrowicielce, nie uzdrowicielowi, tak? Czyli nie Florianowi, ale on nie musiał tego ustalać. Znał jedną Flo i nie sądził, aby to była ta sama osoba. Niespecjalnie to sobie wyobrażał. Natomiast Geraldine mogła przekazać wszystkie konieczne informacje o tym, jak wezwać uzdrowicielkę, skoro była przytomna.
- A. Jeśli chodzi o wstawanie, to dopóki tu jestem, nie rekomenduję tego. Wręcz uniemożliwiam - powiedział w eter niemal w tym samym momencie, w którym kobieta zdecydowała się zacząć go ignorować i obróciła głowę w drugą stronę.
Zamiast wpatrywać się w nią, on również zajął się swoimi zajęciami. Nie chciał niepotrzebnie zmuszać jej do interakcji. Wyciągnął kilka buteleczek, przejrzał je w milczeniu. Podejmując odpowiednie decyzje, schował dwie z czterech a do pozostałych wyciągnął kolbę do mieszania. Kolejne minuty minęły mu na odmierzaniu i dodawaniu koniecznych rzeczy do dwóch wymieszanych eliksirów. Nie patrzył w kierunku blondynki, ale wiedział, że Geraldine nie śpi i celowo trzymał dystans. Przynajmniej do pewnego momentu, kiedy westchnął cicho. Chyba powinien to powiedzieć.
- Słuchaj. Wiem, że teraz to się wydaje nie do przejścia, ale przeżyłaś. To duże osiągnięcie - odezwał się spokojnie, starając się włożyć w to jak najwięcej pokrzepienia. - Jesteś o krok dalej ku wróceniu do formy z każdą kolejną minutą, nawet jeśli wydaje się, że tak nie jest. Im mniej będziesz się stresować powrotem do zdrowia, tym szybciej do niego wrócisz. Tak jest. To nie ja ustalam reguły, ale takie są - zapewnił ją, rzucając spojrzenie w kierunku łóżka.
No cóż. Spodziewał się, że może im nie pójść zbyt dobrze na linii pacjent uzdrowiciel, ale nie zakładał, że tak szybko. Odbyli zaledwie jedną rozmowę a on już wiedział, że każda kolejna miała być coraz bardziej negatywna. Nie chodziło o nerwy. W pracy znosił wielu trudnych pacjentów. Potrafił radzić sobie z ciężkimi przypadkami. Rozmawiał z ludźmi, którzy wyłącznie na niego krzyczeli albo zachowywali się tak, jakby mieli go pobić w tej samej chwili, w której poczują się trochę lepiej. Nie uznawał tych przypadków za tak trudne jak ten. Prawdę mówiąc wolałby słyszeć nieprzychylne komentarze lub warknięcia, bo zbywanie go milczeniem przez kogoś, kto zawsze się odgryzał oznaczało ostateczną formę braku współpracy.
- Mogę wezwać twojego uzdrowiciela - zakomunikował po chwili stania w tej ponurej ciszy. - Jeśli uważasz, że będzie ci łatwiej z kimś, kto leczy cię na co dzień, pewnie masz rację - wzruszyłby ramionami, gdyby na niego patrzyła, ale dał sobie spokój. - Z perspektywy kogoś, kto był w takiej sytuacji, możesz reagować jak chcesz. Tylko ty jesteś w stanie przyspieszyć swoją rekonwalescencję. Medyk to dodatek. Istotny acz wyłącznie dodatek - prawdopodobnie nie powinien tak mówić.
Zaniżał tym wartość swojej pracy, ale naprawdę nie chciał źle dla Geraldine. Musiała zrozumieć parę rzeczy zanim pogrąży się w ponurości i w mroku. Szczególnie, że on tego nie zrobił, kiedy był uwiązany do łóżka i po czasie tego żałował.
Czekając na odpowiedź, usiadł na fotelu i poprawił bukiet kwiatów, który nie wiadomo kiedy przesunął się na szafce nocnej. Ich zapach zgrabnie przykrywał woń części leków, wprowadzał trochę lekkości w pomieszczeniu, choć (jak na różowe lilie przystało) był mocny i w innych okolicznościach mógłby być nawet duszący.