16.09.2024, 11:34 ✶
Jonathan wiedział co ujrzy, gdy spojrzy na swoje nici w stronę Morpheusa. Przyjaźń, przywiązanie, w której jednak, z jego strony, nie było pożądania, a jedynie róż braterskiej zażyłości. Chyba też podświadomie wiedział, co ujrzy w niciach Morpheusa w swoją stronę, a jednak... Jednak gdy zobaczył, źe nic się nie zmieniło, odczuł ulgę. Najwyraźniej nie tak łatwo dało się naruszyć więź wytworzoną przez te wszystkie lata wspólnych głupot i poważnych rozmów.
Jonathan zaśmiał się ponuro.
– Tak, był oklumentą Morphy. Jak już pewnie zauważyłeś wszystkie ograniczenia w tej relacji, nadrabiał innymi, wyróżniającymi go od tłumu cechami. Mam w końcu dobry gust. – Bo przecież to nie mógł być zwykły wampir. Nie, Jonathan przy tym swoim przeklętym uroku, musiał zwrócić uwagę wampira z najwyższej półki, najlepszej partii w całym Paryżu. Westchnął ciężko. – O tobie? Myślę, że niewiele. To znaczy... Tyle ile opowiada się komuś bliskiemu o przyjaciołach. No może trochę mniej, bo bywał o was zazdrosny. Podstawowe informacje. Jakieś historyjki z Hogwartu, możliwe, że słyszał przelotnie o twoim jasnowidzeniu i że lubię gdy nie więzisz swoich loków.
Coś w postawie Morpheusa dziwnie go uspokoiło, tak że ponownie usiadł na kanapie i chociaż trudno byłoby powiedzieć, że ogarnął go całkowity spokój, to rzeczowy ton głosu przyjaciela i ten charakterystyczny dla jego rodziny błysk w oku, sprawił, że zaczął mieć wrażenie, że był to problem do rozwiązania. Kto wie? Gdyby Longbottom pokazywał mu się od takiej strony częściej, te dwadzieścia parę lat temu, może nie tylko do Anthony'ego zapałałby silniejszą sympatią?
– Mówimy o wampirze imieniem Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel. To dość... Znaczący dyplomata. Anthony go poznał, gdy sam był ambasadorem. Mam... – zawahał się po czym sięgnął po wcześniej przygotowaną tutaj teczkę, otworzył ją i wyciągnął zdjęcie, wręczając ją przyjacielowi. Prawdę mówiąc w teczce nie znajdowało się nic więcej. Po prostu nie chciał, wpatrywał się w tę fotografię, na której, elegancko ubrany Jean, uśmiechał się do niego. Sam nie wiedział czemu miał to w domu. Tak jakoś... wyszło, że gdy się pakował to je zabrał. Pewnie po prostu zaplątało się w inne rzeczy.
Przy okazji spróbował zerknąć na uformowany z fusów kształt, który jednak przyjaciel szybko zasłonił.
– Co ci wyszło? – spytał, próbując podnieść filiżankę do góry o ile ten mu ją to pozwolił. Czyżby fusy, w jakiejś swojej złośliwej oczywistości, postanowiły przypomnieć mu, że jest uwielbiany przez wielu?
Jonathan zaśmiał się ponuro.
– Tak, był oklumentą Morphy. Jak już pewnie zauważyłeś wszystkie ograniczenia w tej relacji, nadrabiał innymi, wyróżniającymi go od tłumu cechami. Mam w końcu dobry gust. – Bo przecież to nie mógł być zwykły wampir. Nie, Jonathan przy tym swoim przeklętym uroku, musiał zwrócić uwagę wampira z najwyższej półki, najlepszej partii w całym Paryżu. Westchnął ciężko. – O tobie? Myślę, że niewiele. To znaczy... Tyle ile opowiada się komuś bliskiemu o przyjaciołach. No może trochę mniej, bo bywał o was zazdrosny. Podstawowe informacje. Jakieś historyjki z Hogwartu, możliwe, że słyszał przelotnie o twoim jasnowidzeniu i że lubię gdy nie więzisz swoich loków.
Coś w postawie Morpheusa dziwnie go uspokoiło, tak że ponownie usiadł na kanapie i chociaż trudno byłoby powiedzieć, że ogarnął go całkowity spokój, to rzeczowy ton głosu przyjaciela i ten charakterystyczny dla jego rodziny błysk w oku, sprawił, że zaczął mieć wrażenie, że był to problem do rozwiązania. Kto wie? Gdyby Longbottom pokazywał mu się od takiej strony częściej, te dwadzieścia parę lat temu, może nie tylko do Anthony'ego zapałałby silniejszą sympatią?
– Mówimy o wampirze imieniem Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel. To dość... Znaczący dyplomata. Anthony go poznał, gdy sam był ambasadorem. Mam... – zawahał się po czym sięgnął po wcześniej przygotowaną tutaj teczkę, otworzył ją i wyciągnął zdjęcie, wręczając ją przyjacielowi. Prawdę mówiąc w teczce nie znajdowało się nic więcej. Po prostu nie chciał, wpatrywał się w tę fotografię, na której, elegancko ubrany Jean, uśmiechał się do niego. Sam nie wiedział czemu miał to w domu. Tak jakoś... wyszło, że gdy się pakował to je zabrał. Pewnie po prostu zaplątało się w inne rzeczy.
Przy okazji spróbował zerknąć na uformowany z fusów kształt, który jednak przyjaciel szybko zasłonił.
– Co ci wyszło? – spytał, próbując podnieść filiżankę do góry o ile ten mu ją to pozwolił. Czyżby fusy, w jakiejś swojej złośliwej oczywistości, postanowiły przypomnieć mu, że jest uwielbiany przez wielu?