16.01.2023, 12:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.01.2023, 12:23 przez Sarah Macmillan.)
Kiedy Charles zadawał sobie wiele pytań na zewnątrz i w środku mimika panny Macmillan zmieniała się z sekundy na sekundę - zdominował ją nieco zbyt zadziorny jak na sytuację uśmieszek. Czy było to pytanie podchwytliwe? Oczywiście, była przecież stworzeniem iście cwanym i drapieżnym... Na cóż by liczył potencjalny włamywacz? Na to, że celnie określi go mianem włamywacza, a później, tak czy siak da się okraść? Miałby rację.
- No oczywiście. A jakie inne miałoby być?
Dziewczyna wykonała ciałem gest mówiący dosłownie: czy w tym wieku nie powinno to być dla ciebie oczywiste, że nic w życiu nie jest łatwe? Nawet przypadkowe pytania zadawane przez odwiedzane w gęstym lesie niewiasty? Ale Charles wybrnął z tego wybornie, najlepiej jak się tylko dało - powiedział najprawdziwszą prawdę, w taki dziwaczny i jakby niepewny sposób, ale Sarah przywykła już do tego, że właśnie brak dziwactw były dziwactwem u kogoś takiego jak Charles.
Wszystko znajdowało się więc na swoim miejscu. Powinni być przecież tutaj, razem, bez wścibskich i oceniających spojrzeń znajomych i rodziny.
Pierwszym, co uczyniła Sarah po ocenieniu, że to musi być Charles, było bezceremonialne rzucenie mu się na szyję. Wątłe ręce oplotły jego szyję, przyciągając go na krótki, ale mocny i serdeczny uścisk, od którego wręcz tryskały emocje.
- To naplawdę ty... - powiedziała nieco podłamanym głosem. Kiedy się od niego odkleiła, chłopak mógł dostrzec, że jej oczy się zeszkliły. Nie wydawała się jednak być smutna - jeżeli miała się teraz popłakać, to nie z żalu, ale po prostu z nadmiaru wszystkiego. Mówiąc prościej - była po prostu przebodźcowana. - Ale... ale czemu? - Nie rozumiała, dlaczego miałby przyjść tu z inną twarzą. Mógł wybrać każdy inny dzień, kiedy był po prostu Charlesem Rookwoodem, a skoro tego nie zrobił... Uh... Kiedy to do niej dotarło, ugryzła się w język, bo znowu wydało się, że mówiła i pytała o wiele szybciej, niż pozwoliła ułożyć się temu wszystkiemu w głowie. Jej życie było chaotyczne, a Macmillanowie bardzo lubili ją za to karcić. Liczne uwagi rzucane w stronę spirytystki miały odbicie w wielu aspektach jej życia - w tym, co o sobie myślała, jak próbowała mówić, jak się poruszała - blokowała niezgrabne impulsy i próbowała prostować się na siłę, chociaż ewidentnie jej naturalnymi ruchami było taneczne płynięcie w powietrzu niczym wiła, nawet jeżeli potykała się przy tym o własne nogi. Żeby się przed kimś prawdziwie otworzyła, potrzebny był czas, a akurat ich dwójce był on dany aż w nadmiarze. Nie wstydziła się więc szybko otrzeć rękawem zaczerwienionych powiek i pociągnąć go za dłoń do środka. Zaraz za swoimi plecami usłyszał chrzęst zamkniętych magicznie zamków, dopiero po tym Sarah schowała różdżkę. Nie odeszła jednak nawet na krok. Chwyciła go za policzki, przyglądając się uważnie nowej aparycji.
- Kto ci to zlobił, jakiś Pottel, tak? - Pytanie zadała z niewinną ciekawością. - Masz zupełnie inne lysy... W ogóle cię nie poznałam, jak wyglądałam pszez okno i... - Dłonie ułożone po bokach jego twarzy zadrżały. Dopiero wtedy się od niego odkleiła. - Challie... co się stało? - Zawahała się, odchodząc na krok. - M-może zlobię ci helbaty i mi wszystko opowiesz, co?
- No oczywiście. A jakie inne miałoby być?
Dziewczyna wykonała ciałem gest mówiący dosłownie: czy w tym wieku nie powinno to być dla ciebie oczywiste, że nic w życiu nie jest łatwe? Nawet przypadkowe pytania zadawane przez odwiedzane w gęstym lesie niewiasty? Ale Charles wybrnął z tego wybornie, najlepiej jak się tylko dało - powiedział najprawdziwszą prawdę, w taki dziwaczny i jakby niepewny sposób, ale Sarah przywykła już do tego, że właśnie brak dziwactw były dziwactwem u kogoś takiego jak Charles.
Wszystko znajdowało się więc na swoim miejscu. Powinni być przecież tutaj, razem, bez wścibskich i oceniających spojrzeń znajomych i rodziny.
Pierwszym, co uczyniła Sarah po ocenieniu, że to musi być Charles, było bezceremonialne rzucenie mu się na szyję. Wątłe ręce oplotły jego szyję, przyciągając go na krótki, ale mocny i serdeczny uścisk, od którego wręcz tryskały emocje.
- To naplawdę ty... - powiedziała nieco podłamanym głosem. Kiedy się od niego odkleiła, chłopak mógł dostrzec, że jej oczy się zeszkliły. Nie wydawała się jednak być smutna - jeżeli miała się teraz popłakać, to nie z żalu, ale po prostu z nadmiaru wszystkiego. Mówiąc prościej - była po prostu przebodźcowana. - Ale... ale czemu? - Nie rozumiała, dlaczego miałby przyjść tu z inną twarzą. Mógł wybrać każdy inny dzień, kiedy był po prostu Charlesem Rookwoodem, a skoro tego nie zrobił... Uh... Kiedy to do niej dotarło, ugryzła się w język, bo znowu wydało się, że mówiła i pytała o wiele szybciej, niż pozwoliła ułożyć się temu wszystkiemu w głowie. Jej życie było chaotyczne, a Macmillanowie bardzo lubili ją za to karcić. Liczne uwagi rzucane w stronę spirytystki miały odbicie w wielu aspektach jej życia - w tym, co o sobie myślała, jak próbowała mówić, jak się poruszała - blokowała niezgrabne impulsy i próbowała prostować się na siłę, chociaż ewidentnie jej naturalnymi ruchami było taneczne płynięcie w powietrzu niczym wiła, nawet jeżeli potykała się przy tym o własne nogi. Żeby się przed kimś prawdziwie otworzyła, potrzebny był czas, a akurat ich dwójce był on dany aż w nadmiarze. Nie wstydziła się więc szybko otrzeć rękawem zaczerwienionych powiek i pociągnąć go za dłoń do środka. Zaraz za swoimi plecami usłyszał chrzęst zamkniętych magicznie zamków, dopiero po tym Sarah schowała różdżkę. Nie odeszła jednak nawet na krok. Chwyciła go za policzki, przyglądając się uważnie nowej aparycji.
- Kto ci to zlobił, jakiś Pottel, tak? - Pytanie zadała z niewinną ciekawością. - Masz zupełnie inne lysy... W ogóle cię nie poznałam, jak wyglądałam pszez okno i... - Dłonie ułożone po bokach jego twarzy zadrżały. Dopiero wtedy się od niego odkleiła. - Challie... co się stało? - Zawahała się, odchodząc na krok. - M-może zlobię ci helbaty i mi wszystko opowiesz, co?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.