– Ach, ileż bym dał, by móc takiej sztuki wysłuchać. Ileż bym dał, aby móc w niej zagrać mon amour! – zaśmiał się serdecznie, lecz wciąż cichutko, aby nie zmącić nocnego spokoju, tylko na moment wzdrygając się przed ciepłem, które niosła dłoń Selwyna. Chwilę potem jednak naparł nań mocniej, przyciskając do siebie bardziej. W tęsknocie. W żarliwej zaborczości.
A może to wciąż był dzień, tylko kotarami zasnute okna, wzmocnione czarem nie przepuszczały zdradliwych promieni? Ich miłość jednak nigdy nie musiał ograniczać się do nocy, nie kiedy uściski słodsze były niż wino. Słodsze były niż krew. – Jaką byś mi dał rolę do zagrania? Zrobiłbym wszystko, zatańczyłbym tak, jakbyś mi zagrał zacny pisarzu, scenarzysto, reżyserze, producencie... – słowa, zwykłe słowa, a jednak wysycone magią słowa, przetkane pocałunkami szukającymi słodkich ust kochanka słowa.
Sielanka nie trwała jednak długo, rozbryzgnęła się gwałtownym promieniem bólu w nadgarstku, i żelazną kurtyną która opadła, oddzielając aktora od widza. Któż był jednak aktorem? Któż widzem?
Twarz mężczyzny wykrzywiło nieme wpierw zaskoczenie. Podniósł się na łóżku trwając w niedowierzaniu, a oczy jego stawały się zapadnięte smutkiem, gdy dochodził najwidoczniej do niego sens wykrzykiwanych słów. Nie oddychał, jego serce zamarło już wieki temu, ale nie sposób było nie dostrzec głębokiego zranienia na szklących się ślepiach, na drżących wargach, które nie wiedzą nawet co powiedzieć.
–Co... co się stało Jonathanie...? – wyszeptał, kuląc ramiona jakby w strachu, że spadnie nań kolejna salwa, nie odwracając jednak oczu okraszonych wysoko uniesionymi brwiami gnącymi się zadanym pytaniem.
A może to wciąż był dzień, tylko kotarami zasnute okna, wzmocnione czarem nie przepuszczały zdradliwych promieni? Ich miłość jednak nigdy nie musiał ograniczać się do nocy, nie kiedy uściski słodsze były niż wino. Słodsze były niż krew. – Jaką byś mi dał rolę do zagrania? Zrobiłbym wszystko, zatańczyłbym tak, jakbyś mi zagrał zacny pisarzu, scenarzysto, reżyserze, producencie... – słowa, zwykłe słowa, a jednak wysycone magią słowa, przetkane pocałunkami szukającymi słodkich ust kochanka słowa.
Sielanka nie trwała jednak długo, rozbryzgnęła się gwałtownym promieniem bólu w nadgarstku, i żelazną kurtyną która opadła, oddzielając aktora od widza. Któż był jednak aktorem? Któż widzem?
Twarz mężczyzny wykrzywiło nieme wpierw zaskoczenie. Podniósł się na łóżku trwając w niedowierzaniu, a oczy jego stawały się zapadnięte smutkiem, gdy dochodził najwidoczniej do niego sens wykrzykiwanych słów. Nie oddychał, jego serce zamarło już wieki temu, ale nie sposób było nie dostrzec głębokiego zranienia na szklących się ślepiach, na drżących wargach, które nie wiedzą nawet co powiedzieć.
–Co... co się stało Jonathanie...? – wyszeptał, kuląc ramiona jakby w strachu, że spadnie nań kolejna salwa, nie odwracając jednak oczu okraszonych wysoko uniesionymi brwiami gnącymi się zadanym pytaniem.