16.09.2024, 14:32 ✶
Wzruszył ramionami. Nie patrzyła na niego, więc to nie było konieczne, ale i tak to zrobił. Miała rację. W gruncie rzeczy nie powinien się wypowiadać na ten temat, natomiast w dalszym ciągu uważał, że śmierć nie była warta ataku na bestię, której się nawet nie pokonało. Taką, którą musiał potem zabić ktoś inny, kto wściekł się na całą sytuację. To była niemalże śmierć za wyręczenie w zajęciu się potworem. Jeśli w ogóle komuś innemu miało się to udać, oczywiście.
- Na ten moment jeszcze jestem twoim uzdrowicielem. Naturalnie, że mnie to obchodzi - zapewnił, choć brakowało w tym troskliwego ciepła.
Mimo to poprzysiągł, żeby nie można mu było nic zarzucić, więc sam sobie tym bardziej nie miał nic do zarzucenia. Był zmęczony dyżurem przy łóżku, ale spełniał swoje obowiązki. Nie podpisywał klauzuli o dawaniu sobą pomiatać. Jeśli sobie tego życzyła, mogła już teraz wezwać kogoś, kto byłby dla niej bardziej miękki i reagowałby z większym przejęciem. On miał być przede wszystkim skuteczny i nie szkodzić. Nie zostali przyjaciółmi, trudno im było zachowywać nawet tę neutralność, więc wezwanie kogoś innego mogło być naturalną koleją rzeczy...
...ale czuł, że działało mu na nerwy. Najwyraźniej Yaxleyówna przyzwyczaiła się do rozstawiania wszystkich po kątach, nawet głowy rodziny.
- Dla mnie to uzdrowicielka - chyba nie mógł być bardziej niewzruszony na jej informację, że przyjaźniła się z Bulstrode.
Najwidoczniej źle zakładał zachowania obu kobiet poza okolicznościami, w których spotykał jedną lub drugą, bo nie umiał ich sobie razem wyobrazić. Tym bardziej w roli psiapsiółek. Wręcz powiedziałby, że prędzej by się pozabijały. Może nie dosłownie, nie od razu fizyczną przemocą, ale te charaktery mu ze sobą zgrzytały. Choć, kto to wiedział, może dlatego się ze sobą dogadywały. Obie były raczej zimne i umiarkowanie przystępne, choć Florence akurat lubił. Wbrew temu wszystkiemu, Geraldine również. Zazwyczaj i gdzieś tam bardzo głęboko pod skorupą nieprzystępności, jaką budował między nimi.
- Będąca moim współpracownikiem w Mungu, więc raczy Panienka wybaczyć, ale to ja podejmę decyzję, co jej przekażę - stwierdził, bo skoro tak rozmawiali to mógł być dokładnie tym, kim mówił, że jest.
Opłaconym, profesjonalnym uzdrowicielem dbającym o najwyższą jakość świadczonych usług a nie o delikatne uczucia innych pracowników medycznych. Tym bardziej, że z jego doświadczeń wynikało, że Florence bardziej ceni informatywność niż zabawę w bycie delikatnym dla serduszka. Poznał ją od tej strony, której teraz potrzebowała Geraldine. Jasne. Nie zamierzał przekazywać informacji w dramatyczny sposób. Nie planował jej niepotrzebnie nakręcać, ale też ich wspólna pacjentka nie mogła liczyć na to, że Greengrass przekaże Bulstrode liścik na kształt nieśmiałej walentynki z zaproszeniem do współpracy.
- Wyciągnąłbym ją dla ciebie z torby, ale obawiam się, że możesz czuć się nazbyt źle, żeby zrozumieć zakres moich usług - odwzajemnił ton, dystansując się od chęci niepotrzebnego warczenia, ale będąc za to bardzo chłodnym. Tym bardziej, że ona też nie skończyła.
- Zatem doskonale, że przejmie tę sprawę. Światu potrzeba wspaniałomyślnych medycznych wolontariuszy. Szczególnie takim ludziom jak ty - odrzekł spokojnie, ale z przekąsem.
Nawet w tym stanie zdrowia powinna domyślić się, co miał na myśli. Skoro obracali się wokół pieniędzy to tym bardziej. Tak. Uderzał w to, że Geraldine Yaxley nie potrzebowała wolontariatu a najwyraźniej i tak wolała z niego korzystać zamiast uczciwie płacić za swoje usługi. Tym samym odbierała tę możliwość innym, biedniejszym czarodziejom. Takim, którzy nie obrastali w bogactwa.
Czy tak o niej uważał?
Nie.
Czy ona miała prawo sugerować mu, że był finansową pijawą, skoro chciał zapłaty za usługi?
Również nie.
- Twój ojciec nie potrzebuje podszeptów, żeby to wiedzieć. Nie bez powodu mnie zatrudnia. Opiekowanie się jego najdroższą córeczką nie jest największym zleceniem, jakie dla niego zrobiłem. Nie byłby zadowolony, gdybyś wtrącała się w nasze stawki, tym bardziej, że ich nie znasz - założył, bo wątpił w to, żeby rozmawiała z ojcem o jego usługach. Inaczej nie byłaby zdziwiona zobaczeniem go na miejscu po nagłej pobudce.
- Jeśli życzysz sobie tak to określić - nie kontynuował.
Nie chciał jej dać do zrozumienia, że odsyłając go w tym momencie, nie dopiero za jakiś czas albo wcale, podważała jego kompetencje i wchodziła mu na nerwy. Ich rozmowa mogłaby się potoczyć lepiej, gdyby nie to. No cóż. Mogłaby też potoczyć się gorzej.
- Jest całkiem obrzydliwy - zupełnie jak niektóre twoje zachowania, uprzedził podając jej eliksir w specjalnej szklance.
Podobnej do tej, z której wcześniej piła napój. Wygodnej nawet podczas leżenia. Przecież nie zależało mu, żeby ją karać niewygodą.
- Najpierw to przełknij. Jeśli dasz radę, zrobimy zastrzyk - stwierdził, przezornie przysuwając sobie miskę, gdyby zaczęła wymiotować.
- Na ten moment jeszcze jestem twoim uzdrowicielem. Naturalnie, że mnie to obchodzi - zapewnił, choć brakowało w tym troskliwego ciepła.
Mimo to poprzysiągł, żeby nie można mu było nic zarzucić, więc sam sobie tym bardziej nie miał nic do zarzucenia. Był zmęczony dyżurem przy łóżku, ale spełniał swoje obowiązki. Nie podpisywał klauzuli o dawaniu sobą pomiatać. Jeśli sobie tego życzyła, mogła już teraz wezwać kogoś, kto byłby dla niej bardziej miękki i reagowałby z większym przejęciem. On miał być przede wszystkim skuteczny i nie szkodzić. Nie zostali przyjaciółmi, trudno im było zachowywać nawet tę neutralność, więc wezwanie kogoś innego mogło być naturalną koleją rzeczy...
...ale czuł, że działało mu na nerwy. Najwyraźniej Yaxleyówna przyzwyczaiła się do rozstawiania wszystkich po kątach, nawet głowy rodziny.
- Dla mnie to uzdrowicielka - chyba nie mógł być bardziej niewzruszony na jej informację, że przyjaźniła się z Bulstrode.
Najwidoczniej źle zakładał zachowania obu kobiet poza okolicznościami, w których spotykał jedną lub drugą, bo nie umiał ich sobie razem wyobrazić. Tym bardziej w roli psiapsiółek. Wręcz powiedziałby, że prędzej by się pozabijały. Może nie dosłownie, nie od razu fizyczną przemocą, ale te charaktery mu ze sobą zgrzytały. Choć, kto to wiedział, może dlatego się ze sobą dogadywały. Obie były raczej zimne i umiarkowanie przystępne, choć Florence akurat lubił. Wbrew temu wszystkiemu, Geraldine również. Zazwyczaj i gdzieś tam bardzo głęboko pod skorupą nieprzystępności, jaką budował między nimi.
- Będąca moim współpracownikiem w Mungu, więc raczy Panienka wybaczyć, ale to ja podejmę decyzję, co jej przekażę - stwierdził, bo skoro tak rozmawiali to mógł być dokładnie tym, kim mówił, że jest.
Opłaconym, profesjonalnym uzdrowicielem dbającym o najwyższą jakość świadczonych usług a nie o delikatne uczucia innych pracowników medycznych. Tym bardziej, że z jego doświadczeń wynikało, że Florence bardziej ceni informatywność niż zabawę w bycie delikatnym dla serduszka. Poznał ją od tej strony, której teraz potrzebowała Geraldine. Jasne. Nie zamierzał przekazywać informacji w dramatyczny sposób. Nie planował jej niepotrzebnie nakręcać, ale też ich wspólna pacjentka nie mogła liczyć na to, że Greengrass przekaże Bulstrode liścik na kształt nieśmiałej walentynki z zaproszeniem do współpracy.
- Wyciągnąłbym ją dla ciebie z torby, ale obawiam się, że możesz czuć się nazbyt źle, żeby zrozumieć zakres moich usług - odwzajemnił ton, dystansując się od chęci niepotrzebnego warczenia, ale będąc za to bardzo chłodnym. Tym bardziej, że ona też nie skończyła.
- Zatem doskonale, że przejmie tę sprawę. Światu potrzeba wspaniałomyślnych medycznych wolontariuszy. Szczególnie takim ludziom jak ty - odrzekł spokojnie, ale z przekąsem.
Nawet w tym stanie zdrowia powinna domyślić się, co miał na myśli. Skoro obracali się wokół pieniędzy to tym bardziej. Tak. Uderzał w to, że Geraldine Yaxley nie potrzebowała wolontariatu a najwyraźniej i tak wolała z niego korzystać zamiast uczciwie płacić za swoje usługi. Tym samym odbierała tę możliwość innym, biedniejszym czarodziejom. Takim, którzy nie obrastali w bogactwa.
Czy tak o niej uważał?
Nie.
Czy ona miała prawo sugerować mu, że był finansową pijawą, skoro chciał zapłaty za usługi?
Również nie.
- Twój ojciec nie potrzebuje podszeptów, żeby to wiedzieć. Nie bez powodu mnie zatrudnia. Opiekowanie się jego najdroższą córeczką nie jest największym zleceniem, jakie dla niego zrobiłem. Nie byłby zadowolony, gdybyś wtrącała się w nasze stawki, tym bardziej, że ich nie znasz - założył, bo wątpił w to, żeby rozmawiała z ojcem o jego usługach. Inaczej nie byłaby zdziwiona zobaczeniem go na miejscu po nagłej pobudce.
- Jeśli życzysz sobie tak to określić - nie kontynuował.
Nie chciał jej dać do zrozumienia, że odsyłając go w tym momencie, nie dopiero za jakiś czas albo wcale, podważała jego kompetencje i wchodziła mu na nerwy. Ich rozmowa mogłaby się potoczyć lepiej, gdyby nie to. No cóż. Mogłaby też potoczyć się gorzej.
- Jest całkiem obrzydliwy - zupełnie jak niektóre twoje zachowania, uprzedził podając jej eliksir w specjalnej szklance.
Podobnej do tej, z której wcześniej piła napój. Wygodnej nawet podczas leżenia. Przecież nie zależało mu, żeby ją karać niewygodą.
- Najpierw to przełknij. Jeśli dasz radę, zrobimy zastrzyk - stwierdził, przezornie przysuwając sobie miskę, gdyby zaczęła wymiotować.