16.09.2024, 15:04 ✶
Parsknął cicho, jakby chciał zwrócić uwagę na to, że jej wypowiedź brzmi komicznie w stosunku do człowieka, o którym była mowa. Ronald był wszystkim tylko nie chodzącą obojętnością. Nie bez powodu kiedyś wmieszał się w absurdalną sytuację z przejęciem magazynu z inwentarzem w postaci mściwej, przesadnie inteligentnej bestii, która uwiła sobie tam toksyczne gniazdo. Po czasie to brzmiało jak klasyczny Ronald (swego czasu jedno z ulubionych powiedzonek Ambroisa). Chciał dobrze, miał miękkie serce, planował dobrze a potem nikt tego nie doceniał zaś on dostawał po dupie za życzliwość.
Ambroise nie chciał dokładać temu człowiekowi. Uważał go za nieszkodliwego mięczaka o przerośniętym sercu na właściwym miejscu. To była jedna z przyczyn, dla których nie odmówił mu interwencji. Druga zaś siedziała przed Greengrassem przy stoliku i łypała groźnie w blat. A potem jeszcze groźniej w samego Ambroisa. Nie ruszyło go to, bezczelnie odwzajemnił spojrzenie z uniesioną brwią.
- W wysokie tony dziś uderzasz - skwitował uniesieniem kącika ust w pobłażliwym grymasie. - Za jakiż to upadek dziś pijemy, Yaxley? - Spytał zamiast się odczepić, bo po pierwsze obiecał coś Ronaldowi a po drugie wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że nie było dobrze.
Mógł ją teraz zostawić i wezwać kogoś innego, ale nie było to ich pierwsze rodeo. Prawda? Nie chciał, żeby później musiała tłumaczyć się przed innymi ludźmi, na których jej zależało ze swojego zachowania. Na nim to chwilowo nie robiło wrażenia. Mógł pobyć dobrowolnym workiem treningowym, jeśli to miało pomóc wyładować jej rozgoryczenie zanim pośle po kogoś, kto ją zabierze do domu. Obcowali ze sobą na tyle długo, żeby te małe rzeczy nie robiły na nim wrażenia. W paskudności osiągali przecież wyżyny, nim nie sypały się iskry. Do nikogo nie miał kiedyś tak dużej cierpliwości.
Sądził, że to było już za nimi. Nie bez przyczyny. Nie bez powodu. Zgadza się, to nie było logiczne, żeby tu do niej przychodził. W żadnym razie nie pasowało do tego, jak wyglądała sytuacja między nimi. Ktoś mógłby powiedzieć, że Greengrass zachowywał się nielogicznie i sprzecznie z tym, co robił od dawna. To mogłoby nie być w jego charakterze. A jednocześnie w nim było. Bo choć zadecydował o wycofaniu się z życia Geraldine, bywały takie momenty, w których coś przeskakiwało w inne miejsce. Troszczył się o nią ze względu na ich historię. Tę samą, przez którą się wycofał, ale teraz ewidentnie nie był już najgorszym, co jej się przydarzyło. Coś innego zajęło trofeum, więc mógł na powrót na chwilę stać się jej...
...przyjacielem?
To brzmiało tak źle, że aż właściwie.
Ambroise nie chciał dokładać temu człowiekowi. Uważał go za nieszkodliwego mięczaka o przerośniętym sercu na właściwym miejscu. To była jedna z przyczyn, dla których nie odmówił mu interwencji. Druga zaś siedziała przed Greengrassem przy stoliku i łypała groźnie w blat. A potem jeszcze groźniej w samego Ambroisa. Nie ruszyło go to, bezczelnie odwzajemnił spojrzenie z uniesioną brwią.
- W wysokie tony dziś uderzasz - skwitował uniesieniem kącika ust w pobłażliwym grymasie. - Za jakiż to upadek dziś pijemy, Yaxley? - Spytał zamiast się odczepić, bo po pierwsze obiecał coś Ronaldowi a po drugie wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć, że nie było dobrze.
Mógł ją teraz zostawić i wezwać kogoś innego, ale nie było to ich pierwsze rodeo. Prawda? Nie chciał, żeby później musiała tłumaczyć się przed innymi ludźmi, na których jej zależało ze swojego zachowania. Na nim to chwilowo nie robiło wrażenia. Mógł pobyć dobrowolnym workiem treningowym, jeśli to miało pomóc wyładować jej rozgoryczenie zanim pośle po kogoś, kto ją zabierze do domu. Obcowali ze sobą na tyle długo, żeby te małe rzeczy nie robiły na nim wrażenia. W paskudności osiągali przecież wyżyny, nim nie sypały się iskry. Do nikogo nie miał kiedyś tak dużej cierpliwości.
Sądził, że to było już za nimi. Nie bez przyczyny. Nie bez powodu. Zgadza się, to nie było logiczne, żeby tu do niej przychodził. W żadnym razie nie pasowało do tego, jak wyglądała sytuacja między nimi. Ktoś mógłby powiedzieć, że Greengrass zachowywał się nielogicznie i sprzecznie z tym, co robił od dawna. To mogłoby nie być w jego charakterze. A jednocześnie w nim było. Bo choć zadecydował o wycofaniu się z życia Geraldine, bywały takie momenty, w których coś przeskakiwało w inne miejsce. Troszczył się o nią ze względu na ich historię. Tę samą, przez którą się wycofał, ale teraz ewidentnie nie był już najgorszym, co jej się przydarzyło. Coś innego zajęło trofeum, więc mógł na powrót na chwilę stać się jej...
...przyjacielem?
To brzmiało tak źle, że aż właściwie.