16.09.2024, 19:07 ✶
To był wyjątkowo dobry dzień i Anthony'emu przyświecał wyjątkowo dobry nastrój. Już w przyszłym miesiącu miał być daleko stąd, w innym świecie, w innym życiu, pełnym absurdalnie odmiennych od londyńskiej rzeczywistości doświadczeń. Już w przyszłym miesiącu, miał się wyrwać z tej szarości, z miałkości, już w przyszłym miesiącu jego życie mogło rozbłysnąć jaskrawym światłem. Chociaż na moment, chociaż na chwilę...
To był wyjątkowo dobry dzień, nawet jeśli w świecie czarodziejów bzyczało jak w Ulu. Gdyby ktoś zapytał o zdanie Shafiq'a, ten z pewnością machnąłby na to z lekceważeniem. Przez ponad dziesięć lat piastował urząd na powrót w Ministerstwie Magii, od ponad trzech cieszył się wygodnym i mało zwracającym na siebie uwagę stołkiem szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Kiedyś musiał mocno gimnastykować się, aby coś przemycić. Dziś dwa podpisy otwierały mu bramę Wielkiej Brytanii na absolutnie każdą rzecz, jaka mu się wymarzyła. Zdawał sobie sprawę z tego, że pycha kroczy przed upadkiem, a bezczynność rodzi herezję, ale na wszystkich bogów zamieszkujących przed wiekami Olimp, czyż nie było to życie doskonałe?
Dlatego też takie incydenty jak mugolacki Minister Magii czy charłacze ruchy, traktował z pobłażaniem, jako przejaw życia w społeczności równie zjadliwy co trądzik, lub zajada w kąciku ust. Nic wielkiego. Nic spędzającego sen z powiek, szczególnie jeśli ma się kontrakt z władnymi Potterami.
Za parę miesięcy miał to samo powiedzieć o Śmierciożercach i manifeście tak zwanego Lorda Voldemorta.
Za parę miesięcy miał się pomylić.
Ale dziś, był wyjątkowo dobry dzień, pogoda nadawała się wspaniale na spacer uliczkami magicznej dzielnicy. A potem rejwach, tumult, zdziczałe okrzyki. Skrzywił się, jakby coś zaśmierdziało w okolicy i być może, był to odór powietrza wypuszczanego przez cherłackie płuca przekrzykujące się z całkiem wprawnymi w magię. Nagle przez jego umysł przeszła myśl, że może on ma dzisiaj służbę, może on stoi na straży prawa i porządku podczas tej manifestacji, pilnuje aby nie doszło do rękoczynów, pręży idealne ciało po akceptowalnie skrojonym mundurem? Może byłoby ciekawie podejść, rzucić tylko okiem, złapać błysk złocistych topazów osadzonych w przystojnej twarzy...
To był impuls, to były kroki sterowane tęsknotą, małe oszustwo, jak uszczknięcie Wergiliuszowi kawałka ciasta nim zostało podane do stołu dla gości. Ta krótka chwila mogłaby uczynić ten dzień jeszcze lepszym, a nadłożenie kroków było małą do tego ceną.
A wiec podszedł, rychło zdał sobie sprawę z tego, że spośród wielu jego błyskotliwych pomysłów, ten nie należał do najlepszych. Krzyki narastały, powietrze falowało od rozognionego tłumu, który w swojej naturze był zwyczajnie tępy. Stał z tyłu lustrując szarymi oczyma przestrzeń, analizując sytuację, patrząc kto i jak się zachowuje. Z ciekawości. Z zahipnotyzowania ludźmi wygłodniałymi skandalu i burdy. Niemal czuł posmak oczekiwania, niemal słyszał jak serca zespalają się we wspólnym rytualnym pulsie mordu.
Palce miał położone przez cały czas na różdżce, smocze włókno błagało wręcz o wyzwolenie swego potencjału, na podniebieniu tak łatwo mógł poczuć woń siarki w pragnieniu spopielenia tych głupców. Był jednak czujny, w pełni świadomy jak szybko może zmienić się sytuacja. Zobaczył to niemal jednocześnie. Niewiele wyższą od siebie sylwetkę stojącego przed nim Rodolphusa i lecący w ich kierunku transparent. Z impetem, z trajektorią prosto w tłum.
To przychodziło intuicyjnie, ochrona była jego domeną. Ochrona prywatności, ochrona ciała, ochrona skarbów, które z taką pieczołowitością gromadził w podziemiach swojej rezydencji. Ochrona zasobów, nawet jeśli byłyby to zasoby ludzkie. A mości pan Lestrange należał do rodziny na której Anthony'emu akurat zależało. Zbyt wiele interesów ich łączyło teraz, by nie dorzucić do tego kilku groszy więcej męskiej wdzięczności i dobrego słowa, które później mogło pójść przyklejone do nazwiska niepozornego szefa, niepozornego oddziału.
Zaraz potem gdy tarcza zalśniła promieniście, a transparent połamawszy się o nią spłynął pozbawiony impetu w kawałkach na boki, zaraz gdy ludzkie gapie zadarły głowy w tępym niezrozumieniu, że komuś ów transparent mógł zrobić srogą krzywdę... zaraz potem Anthony dotknął różdżką swojego gardła i krzyknął potężnie, z głębi swojej przepony:
– PROWOKACJA! – informując służby (ach, czy był tam i on? Czy zacisnął doskonale ciosaną szczękę słysząc jego głos, czy teraz chroniłby bardziej wiedząc, że Anthony może być gdzieś ukryty w tłumie gapiów?) o zaistniałej sytuacji. Ów pocisk nie mógł być rzucony ręcznie, o tym, komuś zaklęcie wyszło za dobrze, a on jako przykładny obywatel...
– Chleba i igrzysk?– zagadnął z kpiącym uśmiechem wychudłego Lestrange'a. – Chodźmy stąd, teraz będzie już tylko gorzej – zasugerował gładko, wciąż trzymając różdżkę, wciąż w gotowości, by osłonić ich taktyczny odwrót z miejsca, w którym temperatura powoli sięgała wrzenia. Czy jego okrzyk tylko wzmógł chaos? Być może. Musiał zadbać, żeby młodemu Longbottomowi nie nudziło się tego dnia. Jeśli był gdzieś w tłumie. Jeśli...
To był wyjątkowo dobry dzień, nawet jeśli w świecie czarodziejów bzyczało jak w Ulu. Gdyby ktoś zapytał o zdanie Shafiq'a, ten z pewnością machnąłby na to z lekceważeniem. Przez ponad dziesięć lat piastował urząd na powrót w Ministerstwie Magii, od ponad trzech cieszył się wygodnym i mało zwracającym na siebie uwagę stołkiem szefa Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Kiedyś musiał mocno gimnastykować się, aby coś przemycić. Dziś dwa podpisy otwierały mu bramę Wielkiej Brytanii na absolutnie każdą rzecz, jaka mu się wymarzyła. Zdawał sobie sprawę z tego, że pycha kroczy przed upadkiem, a bezczynność rodzi herezję, ale na wszystkich bogów zamieszkujących przed wiekami Olimp, czyż nie było to życie doskonałe?
Dlatego też takie incydenty jak mugolacki Minister Magii czy charłacze ruchy, traktował z pobłażaniem, jako przejaw życia w społeczności równie zjadliwy co trądzik, lub zajada w kąciku ust. Nic wielkiego. Nic spędzającego sen z powiek, szczególnie jeśli ma się kontrakt z władnymi Potterami.
Za parę miesięcy miał to samo powiedzieć o Śmierciożercach i manifeście tak zwanego Lorda Voldemorta.
Za parę miesięcy miał się pomylić.
Ale dziś, był wyjątkowo dobry dzień, pogoda nadawała się wspaniale na spacer uliczkami magicznej dzielnicy. A potem rejwach, tumult, zdziczałe okrzyki. Skrzywił się, jakby coś zaśmierdziało w okolicy i być może, był to odór powietrza wypuszczanego przez cherłackie płuca przekrzykujące się z całkiem wprawnymi w magię. Nagle przez jego umysł przeszła myśl, że może on ma dzisiaj służbę, może on stoi na straży prawa i porządku podczas tej manifestacji, pilnuje aby nie doszło do rękoczynów, pręży idealne ciało po akceptowalnie skrojonym mundurem? Może byłoby ciekawie podejść, rzucić tylko okiem, złapać błysk złocistych topazów osadzonych w przystojnej twarzy...
To był impuls, to były kroki sterowane tęsknotą, małe oszustwo, jak uszczknięcie Wergiliuszowi kawałka ciasta nim zostało podane do stołu dla gości. Ta krótka chwila mogłaby uczynić ten dzień jeszcze lepszym, a nadłożenie kroków było małą do tego ceną.
A wiec podszedł, rychło zdał sobie sprawę z tego, że spośród wielu jego błyskotliwych pomysłów, ten nie należał do najlepszych. Krzyki narastały, powietrze falowało od rozognionego tłumu, który w swojej naturze był zwyczajnie tępy. Stał z tyłu lustrując szarymi oczyma przestrzeń, analizując sytuację, patrząc kto i jak się zachowuje. Z ciekawości. Z zahipnotyzowania ludźmi wygłodniałymi skandalu i burdy. Niemal czuł posmak oczekiwania, niemal słyszał jak serca zespalają się we wspólnym rytualnym pulsie mordu.
Palce miał położone przez cały czas na różdżce, smocze włókno błagało wręcz o wyzwolenie swego potencjału, na podniebieniu tak łatwo mógł poczuć woń siarki w pragnieniu spopielenia tych głupców. Był jednak czujny, w pełni świadomy jak szybko może zmienić się sytuacja. Zobaczył to niemal jednocześnie. Niewiele wyższą od siebie sylwetkę stojącego przed nim Rodolphusa i lecący w ich kierunku transparent. Z impetem, z trajektorią prosto w tłum.
Protego!
To przychodziło intuicyjnie, ochrona była jego domeną. Ochrona prywatności, ochrona ciała, ochrona skarbów, które z taką pieczołowitością gromadził w podziemiach swojej rezydencji. Ochrona zasobów, nawet jeśli byłyby to zasoby ludzkie. A mości pan Lestrange należał do rodziny na której Anthony'emu akurat zależało. Zbyt wiele interesów ich łączyło teraz, by nie dorzucić do tego kilku groszy więcej męskiej wdzięczności i dobrego słowa, które później mogło pójść przyklejone do nazwiska niepozornego szefa, niepozornego oddziału.
Zaraz potem gdy tarcza zalśniła promieniście, a transparent połamawszy się o nią spłynął pozbawiony impetu w kawałkach na boki, zaraz gdy ludzkie gapie zadarły głowy w tępym niezrozumieniu, że komuś ów transparent mógł zrobić srogą krzywdę... zaraz potem Anthony dotknął różdżką swojego gardła i krzyknął potężnie, z głębi swojej przepony:
– PROWOKACJA! – informując służby (ach, czy był tam i on? Czy zacisnął doskonale ciosaną szczękę słysząc jego głos, czy teraz chroniłby bardziej wiedząc, że Anthony może być gdzieś ukryty w tłumie gapiów?) o zaistniałej sytuacji. Ów pocisk nie mógł być rzucony ręcznie, o tym, komuś zaklęcie wyszło za dobrze, a on jako przykładny obywatel...
– Chleba i igrzysk?– zagadnął z kpiącym uśmiechem wychudłego Lestrange'a. – Chodźmy stąd, teraz będzie już tylko gorzej – zasugerował gładko, wciąż trzymając różdżkę, wciąż w gotowości, by osłonić ich taktyczny odwrót z miejsca, w którym temperatura powoli sięgała wrzenia. Czy jego okrzyk tylko wzmógł chaos? Być może. Musiał zadbać, żeby młodemu Longbottomowi nie nudziło się tego dnia. Jeśli był gdzieś w tłumie. Jeśli...