- Nic mnie nie boli, wszystko jest w porządku. - Nie lubiła się nad sobą użalać, to nie było w jej stylu. Zresztą sama sobie zrobiła krzywdę - to była jej wina. Nie oczekiwała, że ktoś będzie jej pomagał. To nie była sytuacja zagrażająca życiu, bez sensu było zajmować niepotrzebnie miejsce w Mungu, skoro faktycznie ktoś bardziej poszkodowany mógł go w tej chwili potrzebować. Mówiła matce, żeby jej tutaj nie przysyłała, ale ta nie chciała o tym słyszeć. Lizzy czasem była równie zawzięta co Heather.
- Czy naprawdę to będzie potrzebne? Wolałabym pójść polatać na miotle, czy coś, bez urazy oczywiście. - Zaraz ból minie i problem sam się rozwiąże. Jeszcze, gdyby trafiła na Camerona, to może zastanowiłaby się nad pozostaniem w Mungu, tak to nic jej tutaj nie trzymało. Wręcz przeciwnie, wolała jak najszybciej stąd zniknąć.
Wood miała świadomość, że jej klątwa była specyficznym przypadkiem, który interesował medyków. Nie często spotykało się na świecie osoby, które nosił to brzemię. Nie czuła się jednak dzięki temu wyjątkowa. Nie posiadała żadnych specjalnych umiejętności, po prostu czasami zalewała wszystko wokół siebie, albo tylko siebie. W niektórych sytuacjach było to naprawdę irytujące. Pamiętała, jak kiedyś całowała się z jednym chłopakiem w Hogwarcie i zalała schowek na miotły, wszyscy wiedzieli, że jest w środku. Gdy ekscytowała się wygranym meczem potrafiła zalać całe trybuny. Zaczęła więc walczyć z tą przypadłością, bo nie chciała, aby to ona rządziła jej życiem. Radziła sobie nie najgorzej, czasem, bardzo rzadko klątwa się ujawniała.
- Była na skórze przez kilka minut, później zniknęła. - Odpowiedziała na pytanie Bulstrode. Nie wiedziała dlaczego tak ją wypytuje, może to standardowe metody przy każdym przypadku...
- Po dziadku, tak mi się przynajmniej wydaje, że to był on. - Miała nadzieję, że nic nie pomieszała w zeznaniach, chociaż, czy w sumie ważne było po kim to miała? To nic nie zmieniało.