16.09.2024, 22:02 ✶
A więc i ona musiał kiedyś nosić tajemnice w sercu. W dziwny, bardzo pokręcony sposób, Samuel poczuł więź ze swoją ukochaną wynikającą z tego sekretu.
– Wiesz, w lesie, w tej chacie, mieszkał również mój ojciec. Nikomu nie mogłem o tym mówić, bo był zdrajcą krwi i moi rodzice bali się, że ktoś przyjdzie i go zabije – jak dziwnie się to mówiło. Rana za ranę. Sekret za sekret. Nie chciał mieć więcej sekretów, nie chciał zatajać przed Norą rzeczy, bo chciał z nią być jednym. A więc szeptał w skórę słowa. Szeptał i zaklinał, pieczętując własnymi cicho płynącymi łzami. – Ale on umarł i tak. Zabrała go choroba, a wtedy moja matka zamieniła się w ptaka i zostawiła mnie. Myślałam, że mnie pilnuje, że mnie strzeże, że jestem jej coś winien. Ale nie było jej kiedy przyszły widma. Nie ostrzegła mnie. Nie wiem... nie wiem czy jeszcze żyje. Wiesz... nie wiem czy chcę żeby żyła. – To może było niesprawiedliwe, bo rozmawiali o ich rodzinie, ale rodziną była nie tylko Mabel, ale też dziedzictwo krwi, które nosili w sercu, jak choćby klątwa maledictusa, która nie przeszła na niego. Jak choćby klątwa żywiołów, która według słów pani Florence była dziedziczna.
Wzdrygnął się i zatopił bardziej w Norę, jego deskę ratunku, jego ucieczkę, jego miłość i tarczę przed złem, choć to on powinien ją chronić.
– Nie chcę, żebyśmy sobie nie mówili rzeczy. Moja matka okłamywała mnie całe życie. Nie chcę kłamać. Nie chcę, żebyś Ty mi kłamała – przyznał łamiącym się głosem, nie wiedząc co zrobi, jeśli Nora mu odmówi. Bał się jej odpowiedzi, ale ten strach, jak wczoraj z muszlą wokół szyi, zdawał się cichszy. Bezpieczniejszy. – I nie chcę kłamać Mabel – dorzucił, nie dopuszczając jeszcze do siebie tej przytłaczającej myśli, że jest ojcem. To miało nadejść dopiero wieczorem, teraz korzystali z błogosławieństwa magifarmakologii...
– Wiesz, w lesie, w tej chacie, mieszkał również mój ojciec. Nikomu nie mogłem o tym mówić, bo był zdrajcą krwi i moi rodzice bali się, że ktoś przyjdzie i go zabije – jak dziwnie się to mówiło. Rana za ranę. Sekret za sekret. Nie chciał mieć więcej sekretów, nie chciał zatajać przed Norą rzeczy, bo chciał z nią być jednym. A więc szeptał w skórę słowa. Szeptał i zaklinał, pieczętując własnymi cicho płynącymi łzami. – Ale on umarł i tak. Zabrała go choroba, a wtedy moja matka zamieniła się w ptaka i zostawiła mnie. Myślałam, że mnie pilnuje, że mnie strzeże, że jestem jej coś winien. Ale nie było jej kiedy przyszły widma. Nie ostrzegła mnie. Nie wiem... nie wiem czy jeszcze żyje. Wiesz... nie wiem czy chcę żeby żyła. – To może było niesprawiedliwe, bo rozmawiali o ich rodzinie, ale rodziną była nie tylko Mabel, ale też dziedzictwo krwi, które nosili w sercu, jak choćby klątwa maledictusa, która nie przeszła na niego. Jak choćby klątwa żywiołów, która według słów pani Florence była dziedziczna.
Wzdrygnął się i zatopił bardziej w Norę, jego deskę ratunku, jego ucieczkę, jego miłość i tarczę przed złem, choć to on powinien ją chronić.
– Nie chcę, żebyśmy sobie nie mówili rzeczy. Moja matka okłamywała mnie całe życie. Nie chcę kłamać. Nie chcę, żebyś Ty mi kłamała – przyznał łamiącym się głosem, nie wiedząc co zrobi, jeśli Nora mu odmówi. Bał się jej odpowiedzi, ale ten strach, jak wczoraj z muszlą wokół szyi, zdawał się cichszy. Bezpieczniejszy. – I nie chcę kłamać Mabel – dorzucił, nie dopuszczając jeszcze do siebie tej przytłaczającej myśli, że jest ojcem. To miało nadejść dopiero wieczorem, teraz korzystali z błogosławieństwa magifarmakologii...