17.09.2024, 10:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2024, 10:32 przez Anthony Shafiq.)
Anthony J. Shafiq miał ambiwalentny stosunek do osób urodzonych spod znaku ognia. Nie znał oczywiście daty urodzenia Borgina, to znaczy - jeszcze nie znał, ale widział te iskrę w oczach, jego popędliwość i zniecierpliwienie. Widział ekstrawertyczną erupcję pewności siebie, a świat kochał takich ludzi miłością niesamowicie bzdurną i spychającą chłodne kalkulacje introwertyków na dalszy plan, jako mało interesujące. Mało smaczne. To dlatego ambicja Ślizgonów zwykle przebijała, szczególnie w świecie polityki, nad roztropność Krukonów, czy opiekuńczość Puchonów. Byli najgłośniejsi. Najszybsi w zdobywaniu wpływów i zasobów. Przez te różnice właśnie wolał trzymać od nich dystans, ale... przez te różnice właśnie, chciał być bliżej nich w prymitywnej fascynacji tym, co tak odmienne.
Bardzo często mylono Shafiqa z absolwentem domu Slytherinu, nie tylko przez krew i ukierunkowanie rodziny przez ambasadora seniora, ale też przez zamiłowanie mężczyzny do gadów. Blisko jego serca leżały oczywiście dumne i majestatyczne smoki. Potężne, władne, zabójczo niebezpieczne, a jednak hipnotyzujące i wzbudzające uwielbienie. Łatwo było jednak gatunek pozbawiony odnóży pomylić z przerośniętym wężem, a Anthony'emu w jego kolekcji nie potrzebne były tylko okazy wyglądające jak typowo europejskie gatunki. Mężczyzna też, ponad wszelką wątpliwość, odznaczał się ambicją i głodem władzy. Podchodził do tego jednak zgoła inaczej...
I tak jak Borgin biegał po przyjęciu i swą charyzmą, swoim świętym szczeniackim oburzeniem sądził, że podburza ludzie przeciwko Leachowi, tak naprawdę nie osiągał wiele, ponad utrwalenie myśli, że młodzi też są niezadowoleni. Mógł też skutecznie utrwalić swoją osobistą markę osoby dedykowanej czystości krwi i konserwatywnemu podziałowi w świecie magów. Plus dla niego. Czy zmieniłby jednak tym sytuacje? Nie. Działania Anthony'ego były zorientowane na sterowanie tłumem, budowanie opowieści, podsycanie pytań o to co czarodziej może zrobić w mugolskim świecie, co chciałby, co byłoby zbyt wielką pokusą. Czy tak bardzo nie lubił Ministra? Bynajmniej. Nie ziębił go ni chłodził. Był jednak wybornym kozłem ofiarnym odwracajacym uwagę od działań Shafiqa i przede wszystkim gruntującym przekonanie że to mugolacy będą chcieli nadużywać magii w mugolskim świecie, a nie czarodzieje czystej krwi, którzy brzydzą się tymi robakami. I jedno proste rozwiązanie, słówko czy dwa szeptane redaktorowi Proroka, odpowiednio podsyłane sugestie ingerencji, prane wprost od sąsiadów z niemagicznego Londynu. To było tak proste, jak zabranie zabawki dziecku.
Anthony Borgin płonął, ale pożar można było zgasić.
Anthony Shafiq był cichą powodzią, zalewającą bezwzględnym nurtem, wżerającym się w ściany wilgocią. Wodą, która nie czyści, nie odkrywa, ale nanosi szlam i odór, by jak najskuteczniej przysłonić prawdę. Dla własnej wygody.
– Wybór był dość prosty, w końcu na świecie jest więcej złota niż w naszej małej starej Anglii... – skłamał lekko pociagając z shishy, swobodny uśmiech konwersacji błąkał się po przystojnej twarzy rzeźbionej arystokratycznym dłutem genetyki. W milczeniu obserwował swojego rozmówcę, oceniał go na tej przedziwnej rozmowie kwalifikacyjnej, na której było sporo wina, zamiast zbędnej biurokracji. Ten młody ogier podobał mu się w swej zapalczywości, choć stanowczo za dużo mówił. Och młodości, durna i bzdurna... Cudownie gięło się jego młody umysł wysycając go opowieścią o, och słodka ironio! największym lęku Shafiqa – otwartym morzu.
– Byłoby z mojej strony trochę nieroztropnie brać Cię do załogi, skoro planujesz przejąć ster. – wypunktował go bezwzględnie, ale z serdecznym uśmiechem na ustach, jak nauczyciel, który mimo dostrzeżonej pomyłki, pozwala na drugie podejście, obracając ją w żart. – Nie lubię buntów wśród załogi, to nigdy nie kończy się dobrze. Dla żadnej ze stron. Lojalność, zaufanie... to waluta cenniejsza niż galeony. A ja, jako szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, mogę dla tej waluty znaleźć dobry, bardzo dobry kurs wymienny. Choć spekulantom mówimy oczywiście zdecydowanie nie. Inflacja i tak nas zabija przez te nieudolne rządy, czyż nie? – Słodkie słowa ociekały hipokryzją, sugerując drugie dno. Inflacja ich, bogaczy, nie dotykała prawie wcale. Nastroje ludzi trzeba było odpowiednio kształtować, ale był już kozioł, tylko czekać na bębny ofiarne.
Bardzo często mylono Shafiqa z absolwentem domu Slytherinu, nie tylko przez krew i ukierunkowanie rodziny przez ambasadora seniora, ale też przez zamiłowanie mężczyzny do gadów. Blisko jego serca leżały oczywiście dumne i majestatyczne smoki. Potężne, władne, zabójczo niebezpieczne, a jednak hipnotyzujące i wzbudzające uwielbienie. Łatwo było jednak gatunek pozbawiony odnóży pomylić z przerośniętym wężem, a Anthony'emu w jego kolekcji nie potrzebne były tylko okazy wyglądające jak typowo europejskie gatunki. Mężczyzna też, ponad wszelką wątpliwość, odznaczał się ambicją i głodem władzy. Podchodził do tego jednak zgoła inaczej...
I tak jak Borgin biegał po przyjęciu i swą charyzmą, swoim świętym szczeniackim oburzeniem sądził, że podburza ludzie przeciwko Leachowi, tak naprawdę nie osiągał wiele, ponad utrwalenie myśli, że młodzi też są niezadowoleni. Mógł też skutecznie utrwalić swoją osobistą markę osoby dedykowanej czystości krwi i konserwatywnemu podziałowi w świecie magów. Plus dla niego. Czy zmieniłby jednak tym sytuacje? Nie. Działania Anthony'ego były zorientowane na sterowanie tłumem, budowanie opowieści, podsycanie pytań o to co czarodziej może zrobić w mugolskim świecie, co chciałby, co byłoby zbyt wielką pokusą. Czy tak bardzo nie lubił Ministra? Bynajmniej. Nie ziębił go ni chłodził. Był jednak wybornym kozłem ofiarnym odwracajacym uwagę od działań Shafiqa i przede wszystkim gruntującym przekonanie że to mugolacy będą chcieli nadużywać magii w mugolskim świecie, a nie czarodzieje czystej krwi, którzy brzydzą się tymi robakami. I jedno proste rozwiązanie, słówko czy dwa szeptane redaktorowi Proroka, odpowiednio podsyłane sugestie ingerencji, prane wprost od sąsiadów z niemagicznego Londynu. To było tak proste, jak zabranie zabawki dziecku.
Anthony Borgin płonął, ale pożar można było zgasić.
Anthony Shafiq był cichą powodzią, zalewającą bezwzględnym nurtem, wżerającym się w ściany wilgocią. Wodą, która nie czyści, nie odkrywa, ale nanosi szlam i odór, by jak najskuteczniej przysłonić prawdę. Dla własnej wygody.
– Wybór był dość prosty, w końcu na świecie jest więcej złota niż w naszej małej starej Anglii... – skłamał lekko pociagając z shishy, swobodny uśmiech konwersacji błąkał się po przystojnej twarzy rzeźbionej arystokratycznym dłutem genetyki. W milczeniu obserwował swojego rozmówcę, oceniał go na tej przedziwnej rozmowie kwalifikacyjnej, na której było sporo wina, zamiast zbędnej biurokracji. Ten młody ogier podobał mu się w swej zapalczywości, choć stanowczo za dużo mówił. Och młodości, durna i bzdurna... Cudownie gięło się jego młody umysł wysycając go opowieścią o, och słodka ironio! największym lęku Shafiqa – otwartym morzu.
– Byłoby z mojej strony trochę nieroztropnie brać Cię do załogi, skoro planujesz przejąć ster. – wypunktował go bezwzględnie, ale z serdecznym uśmiechem na ustach, jak nauczyciel, który mimo dostrzeżonej pomyłki, pozwala na drugie podejście, obracając ją w żart. – Nie lubię buntów wśród załogi, to nigdy nie kończy się dobrze. Dla żadnej ze stron. Lojalność, zaufanie... to waluta cenniejsza niż galeony. A ja, jako szef Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, mogę dla tej waluty znaleźć dobry, bardzo dobry kurs wymienny. Choć spekulantom mówimy oczywiście zdecydowanie nie. Inflacja i tak nas zabija przez te nieudolne rządy, czyż nie? – Słodkie słowa ociekały hipokryzją, sugerując drugie dno. Inflacja ich, bogaczy, nie dotykała prawie wcale. Nastroje ludzi trzeba było odpowiednio kształtować, ale był już kozioł, tylko czekać na bębny ofiarne.