17.09.2024, 19:22 ✶
Rzeczy wydarzyły się... szybko. Silna dłoń na jego ramieniu, mignięcie świata dookoła niego i pyk, wylądował w nowym, zupełnie suchym, a jednak dziwnym miejscu. Icarus Prewett był jednak dziwnym człowiekiem, a raczej człowiekiem w dziwnym stanie. Najpierw się przestraszył, ale potem miał ochotę się zaśmiać. Został porwany na jakiś zakurzony strych przez jakąś szajbuskę. Wprawdzie kurz mu nie przeszkadzał, Icarus nawet lubił ten zapach, ale okoliczności...
Powinien był zacząć krzyczeć, szukać ucieczki, bo przecież technicznie rzecz biorąc, został porwany. Było jednak w tej sytuacji coś niewątpliwie zabawnego. Ten dzień pędził już jak autobus „Błędny Rycerz”, któremu ktoś wydał polecenie, żeby dojechał na kraniec świata. Zaatakowała go syrena i bądź co bądź, przelizał się z nią. Potem uratowała go wariatka, która go pobiła i teraz porwała. A Dedalus Prewett gryzł piach i nie mógł mu powiedzieć, że był zawiedziony. Co za koszmarny dzień!
Tym bardziej go zdziwiło, kiedy nieznajoma zaproponowała mu alkohol. Najpierw parsknął śmiechem. Nie śmiał się z niej, ale... z tego wszystkiego. Z absurdalności życia i tego, jakie było, kiedy wyszło się z gabinetu historyka.
– Wiesz co? Jebać to, najwyżej mnie otrujesz – odparł, uspokajając się trochę, by nie wyjść na kompletnego wariata. – Swoją drogą, wiesz jak ja się nazywam, a ja nie wiem, jak ty się nazywasz. Odrobinę to nie fair.
Czekając, aż nieznajoma rozleje alkohol do kieliszków, podszedł do jednego z obrazów. Przedstawiał kobietę, z której pleców wyrastały kwiaty. W tym niedokończonym dziele był jakiś chaos, z którym Icarus poniekąd potrafił się utożsamić. Mógł śmiać się, mógł płakać, mógł krzyczeć. Ale w rzeczywistości chciał zwinąć się w kłębek, wniknąć w ziemię, stać się jednością ze światem, czuć jednocześnie wszystko i nic.
– To ty to namalowałaś? – zapytał, spoglądając ponownie na kobietę.
Powinien był zacząć krzyczeć, szukać ucieczki, bo przecież technicznie rzecz biorąc, został porwany. Było jednak w tej sytuacji coś niewątpliwie zabawnego. Ten dzień pędził już jak autobus „Błędny Rycerz”, któremu ktoś wydał polecenie, żeby dojechał na kraniec świata. Zaatakowała go syrena i bądź co bądź, przelizał się z nią. Potem uratowała go wariatka, która go pobiła i teraz porwała. A Dedalus Prewett gryzł piach i nie mógł mu powiedzieć, że był zawiedziony. Co za koszmarny dzień!
Tym bardziej go zdziwiło, kiedy nieznajoma zaproponowała mu alkohol. Najpierw parsknął śmiechem. Nie śmiał się z niej, ale... z tego wszystkiego. Z absurdalności życia i tego, jakie było, kiedy wyszło się z gabinetu historyka.
– Wiesz co? Jebać to, najwyżej mnie otrujesz – odparł, uspokajając się trochę, by nie wyjść na kompletnego wariata. – Swoją drogą, wiesz jak ja się nazywam, a ja nie wiem, jak ty się nazywasz. Odrobinę to nie fair.
Czekając, aż nieznajoma rozleje alkohol do kieliszków, podszedł do jednego z obrazów. Przedstawiał kobietę, z której pleców wyrastały kwiaty. W tym niedokończonym dziele był jakiś chaos, z którym Icarus poniekąd potrafił się utożsamić. Mógł śmiać się, mógł płakać, mógł krzyczeć. Ale w rzeczywistości chciał zwinąć się w kłębek, wniknąć w ziemię, stać się jednością ze światem, czuć jednocześnie wszystko i nic.
– To ty to namalowałaś? – zapytał, spoglądając ponownie na kobietę.