— Nie do końca. Rezerwat ma na celu wygospodarowanie dla zwierząt nietkniętego przez człowieka miejsca, w którym będą mogły żyć dziko lub pół dziko. — odparła po chwili i dodała. — Drapieżniki są niestety nieodłączną częścią łańcucha pokarmowego.
W odróżnieniu od towarzysza, Regina się nie bała, ani nie czuła się nieswojo. Owszem, las stawał się coraz bardziej ponury, ale to tylko podsycało jej ciekawość i chęć sprawdzenia, co najlepszego dzieje się w rezerwacie, który powinien być pod szczególną obserwacją ministerstwa.
Z powagi sytuacji zdała sobie sprawę dopiero wtedy, gdy biały kształt zwalił się na ziemie, a Fergus zapytał przez ściśnięte gardło, uzbrajając się w różdżkę. Sięgnęła i po swoją, zastanawiając się nad kolejnymi krokami.
Na dobrą sprawę jednorożce miały bardzo niewielu naturalnych wrogów. Na północy mogły być nimi smoki, które jako jedne z nielicznych potrafiły dogonić jednorożce. Zdarzały się też przypadki, że żywiły się nimi akromantule, ale nie zostało to oficjalnie udowodnione. W Anglii, gdyby nie liczyć czarodziejów-kłusowników, jednorożce były całkiem bezpieczne. Więc co, do stu ponuraków, się tutaj działo?
— Chodź, musimy to sprawdzić.
Nawet nie spojrzała na towarzysza, tylko od razu ruszyła chyłkiem w tamtą stronę. Po przejściu nastu metrów zwolniła i zaczęła o wiele uważniej stawiać nogi, by nie narobić za dużo hałasu.
Im bliżej śnieżnobiałego stwora byli, tym wyraźniejsze stawało się rzężenie, parsknięcia i szelest rytych liści i gałęzi, które ścieliły się gęsto na ziemi. Rowle oparła rękę na drzewie i zerknęła za nie.
Jej podejrzenia się potwierdziły. Za pniem był jednorożec, któremu wiele brakowało do wyobrażeń, jakie mieli czarodzieje i mugole o tych szlachetnych stworzeniach. Sierść na brzuchu i zadzie była pozlepiana ni to błotem, ni to jakąś srebrną mazią, którą Regina natychmiast rozpoznała jako krew. Z szarych chrap również wypływała i kapała na liście i glębę gęstymi kroplami.
Zwierzę wyczuło obcych i spróbowało się zerwać, by uciec przed domniemanym zagrożeniem, ale prędko okazało się, że nie ma siły wstać. Przednie kopyta znowu rozorały ziemię, a koń odrzucił łeb i zarżał przeciągle, by dać upust swojej bezsilności.
— Na brodę Merlina… — wyszeptała Olbrzymka, nie wierząc własnym oczom.
Wyszła zza drzewa i stanęła przed zwierzęciem, oniemiała. Jednorożec co chwila błyskał białkami oczu z przerażenia i rzucał głową na boki. Podjął jeszcze kilka prób, by wstać, ale ewidentnie brakło mu sił lub sprawiało mu to zbyt wiele bólu.
Jeżeli przyjrzeć się bardziej rannemu zwierzęciu, to nie szło zauważyć rany lub ran, które były przyczyną jego tragicznego stanu. To, co jeszcze rzucało się w oczy, to brak rogu, a sam kikut, ułamany niemal przy nasadzie, wystrzępiona grzywa i wystające spod skóry żebra. Magiczny koń wyglądał jak siedem albo i więcej nieszczęść.