17.09.2024, 19:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.09.2024, 10:41 przez Anthony Shafiq.)
Anthony był w istocie swojej natury osobą niezwykle sentymentalną, posiadającą wiele kolekcji, które w mniej lub bardziej materialny sposób istniały w jego codzienności. Z oczywistych względów Smocza Kolekcja była z pozoru najznamienitszą z nich, tą, którą mógł się chwalić, którą każdy dopuszczony do gabinetu w apartamencie przy Horyzontalnej, albo tu, do zachodniego skrzydła mógł choć w części podziwiać. Eksponaty zbierane latami podróży i poszukiwań, magiczne artefakty, święte wota ukradzione ze świątyń, nawet obrazy, do których przecież nigdy nie miał zbyt wielkiego zacięcia. Figurki, rzeźby, kości i spreparowane wnętrzności. Ileż smoków można byłoby ułożyć, gdyby kto zszedł do piwnicy i znalazł odpowiednie drzwi? Drzwi które nie prowadziły do nagromadzonych win, w szkle zamkniętych lat, które nie prowadziły do odtworzonej z dokładnością co do rysy prefeckiej łazienki czy wersalskiego gabinetu lustrzanego.
Anthony kolekcjonował też rzeczy, które nie były materialne, najbardziej ceniąc swoje potoczyste pamiętniki. Ich słowa, zdarzenia zaklęte w pergaminie, oblewały go czasami falą nostalgii i bólu, ekstazy i tęsknoty za tym co minione i niemożliwe do odzyskania. Czasem nie potrzebował spisanych słów, samemu odtwarzając z całkiem dobrze wyćwiczonej pamięci sceny, które mogły z taką samą pieczołowitością przynieść chwilę rozluźnienia, co sprowadzić kolejną noc wysyconą osamotnieniem. Czas jawił mu się wtedy cenniejszy niż wszystkie skarby zgromadzone w jego pieczarze. Bezpowrotność czyniła wspomnienia bezcennymi i tylko pielęgnowaną paranoją i troską o zachowanie zmysłów, nie zatopił się bez reszty w myślodsiewni, gdzie mógłby wciąż i wciąż przeżywać najsłodsze z chwil, wcale jeszcze nie tak długiego życia.
I w końcu Anthony kolekcjonował ludzi i była to kolekcja najznamienitsza, do której nie przyznawał się nikomu, choć każdy kto był dostatecznie blisko mógł dostrzec rozległe pajęcze nici, na których diamenty skrzyły się niczym rosa, a lep obietnic, przysług i oczekiwań kusił uwodzącą trucizną zależności. Wprawne dłonie nie potrzebowały magii zaklętej w krwi, aby sięgnąć w chwili potrzeby ku swojej ofierze, czekającej niekiedy latami, na skruszenie ciała i duszy, na ciche lenno lojalności krążącej w żyłach. Katalogi osób, niewidzialne akta zajmujące kryształowy pałac umysłu czekały na chwilę próby, dwór, który budował z taką pieczołowitością tak długo, dwór mieniący się zestawami umiejętności, których poskąpiła mu natura, a których nie potrzebował, skoro to inni mogli być jego oczami, uszami, językiem, dłońmi...
Więc przybyła do niego, z pozoru zaproszona w pełni racjonalną potrzebą. W miłości i na wojnie wszystkie chwyty były dozwolone, a skoro los odebrał mu miłość, nie zamierzał biernie poddawać się ryzyku wojny. Konflikt wszak mógł wejść z impetem motylich skrzydeł w ministerialne progi. Zdrajcy i wywrotowcy nie będą mieć skrupułów, by obrócić magię zauroczeń i hipnozy przeciwko dawnym sojusznikom. A żeby wiedzieć jak skuteczniej się bronić, trzeba było lepiej, dogłębniej zrozumieć splot wysycający słowo i iluzję. Piękne i gładkie wyjaśnienia. Jakże pięknie fałszywe. Magia pozbawiona różdżki utrudniała wykrywalność tych zaklęć, czyż to nie ostrożność do tej pory powstrzymywała go przed zgłębianiem manipulowania ludzkim umysłem? O ironio, czyż nie chwalił się swojemu słonecznemu bożkowi, że nie zbrukał życia magiczną zdolnością manipulacji? Szlachetność, dobroduszność, idealizm, to wszystko co w nim kochał przed laty, czym ogrzewał swoje zepsute kości w bezsenne, wspólne noce. Kpił z siebie teraz, pełni świadom jak bardzo chciał się przed nim popisać, wybielić, zapewnić, jak się tym brzydzi... Jak brzydzi się tym, co i tak dla niego w późniejszym czasie czyniła eteryczna potomkini wił... Hipokryzja kalała oczy, ale patrzył na jej obrzydliwość, inhalował się smrodem własnych decyzji, przyjmując ciężar winy w świetle prawdy o sobie samym. Torturował się przy tym wspomnieniem tamtej rozmowy z nieznanym mu jeszcze zbyt dobrze intrygującym podlotkiem, torturował wspomnieniem tłuczonego szkła na włoskim deptaku, smakiem taniego, słodkiego wina na niepewnych ustach, które zaraz potem pożarły jego serce, pozostawiając po sobie nic tylko nieskończoną tęsknotę.
W końcu jednak zjawiła się i przerwała ów autoagresywny krąg myśli. Jego protegowana, choć zażyłość tej relacji dla bezpieczeństwa obojga utrzymywał raczej w tajemnicy, rozganiając przed laty plotki o ich potencjalnym małżeństwie, tak aby jej zapewnić otwartą kartę matrymonialną, a sobie... cóż, bezpieczeństwo od pomówień o kontakty z magicznym półświatkiem. Teraz jednak siedzieli na przeciwko siebie w milczeniu. Oboje wiedzieli po co tu przyszli, oboje wiedzieli jakie role muszą na ten czas przyoblec. Było to dziwne i niepokojące. Sam podjął decyzję, sam ją zaprosił, sam zaglądał we wdzięczne oczy ruchliwego dziewczęcia, które teraz dokładało wszelkich starań, by pokazać swoją dojrzałość, kontrolę nad własnym ciałem i popędami.
Biała, milcząca, koronkowa. Lorraine, niosąca przez życie miano mądrości i honoru, była dlań jak miękkie białe rękawiczki, w których mógł od czasu do czasu ukrywać swoje dłonie, zatapiając je pośród szlamu upodleńców i zwyrodnialców. Otaczała ją bariera, która sprawiała, że nigdy owa biel nie została ubrudzona, a przynajmniej on nie wiedział skazy na kwiecistej koronce i bladym licu. To było wygodne i miłe, to budowało jeden z pewniejszych mostów, ludzi przy których mógł pozwalać sobie odsłaniać choć część planów i dążeń. Teraz nie musiał nią rozkładać trzewi miasta w poszukiwaniu swojego celu. Teraz skromny dodatek do eleganckiego ubrania miał obrócić się przeciwko swemu panu, a półtransparentna materia miała wsunąć się nie w tłum, a pomiędzy ściśle pieczętowane zwoje.
To było trudne, a on dawno nie spotkał się z czymś co wymagałoby od niego tak wielkiej samodyscypliny.
Odpuścił ochronę. Zaufanie było czymś co wykuwali między sobą latami. Początkowo nie poczuł nic, nie zauważył zmiany, mimo że oczy rejestrowały ruch dłonią i cichy szelest dobywający się spomiędzy kobiecych warg. Nie pozwolił sobie na rozluźnienie, szukał odchyleń od normy, szukał tego, co nie powinno pasować do obrazu, a co narzuciła mu widzieć. I wtedy pojął. Ułuda poruszająca w tan szachowe figury, przywołała rysę na stoickiej, wystudiowanej twarzy, Lorraine mogła dostrzec ten ułamek sekundy, cień, który pozwalał jej wiedzieć, że igła weszła w punkt, który obrała.
Byli tak różni w większości przypadków, ale tak podobni u podstaw swojego istnienia. Poeci wbici w realia okrutnej codzienności. Byli miękkimi ciałami małż, obudowanymi skostniałym pancerzem muszli. A teraz on otworzył swoje wieko i czuł boleśnie na podniebieniu okruch jej istnienia, czuł lęk i wiedział, że nie może dać tego po sobie poznać. On. Niezachwiany. Tak myślał, tak sądził, a mimo to spróbował wznieść ochronę, instynktownie, bezmyślnie, odruchowo, wypluć okruch, pozbyć się ingerencji...
...i poniósł porażkę. Patrzył na szachy, zobojętniały, z uprzejmym, salonowym uśmiechem zainteresowania, jakby pokazała mu zabawną sztuczkę. Wewnątrz jednak trwał w nim sztorm, narastający na sile w każdej sekundzie, w odwrotności do oceanu, który to z zewnątrz koi łagodnym kołysaniem, gdy jego ciemne wnętrze jest do cna wysycone spokojem. Tymczasem czarno biała gra kpiła z niego, siedząca na przeciwko niewiasta o wykrzywionej uśmieszkiem triumfu twarzy kpiła, a on nagle zaczął widzieć czerń, plamy były na jej skórze, na sukni, bród i ubóstwo, okrucieństwo nokturnu i ścieżek odciskające piękno na niegdyś niewinnej duszy. One były tam, teraz wyłażąc jedna po drugiej, czyniąc z towarzyszki kogoś podobnego miejskiej topielicy, zaciągającej go ku sobie w dół, wypełniającej płuca śmierdzącym ściekiem, rynsztokową rzeką londyńskich arterii kanalizacyjnych. Panika narastała w nim coraz większa, tarcza wspólnych lat zaufania gięła się pod naporem wrażenia, które było tak obce dla mężczyzny skrzętnie chroniącego swój umysł od nastoletnich czasów. Resztą woli nakierował ten biały emocjonalny szkwał w koleinę gniewu, tylko po to, by nie utracić do reszty kontroli. By chcieć walczyć, zamiast uciekać okryty wstydem.
A więc gniew zalał mu trzewia, szczęka zacisnęła mocno, eksponując ścięgno przy skroni. Skołowane ciało limbiczne tłoczyło adrenalinę, jego dłonie nieznacznie się zawilgotniły, a on, wciąż nieruchomy, niczym statua zamyślonego gentelmana, spuścił z cugli wyobraźnię, by móc dać w bezpiecznej przestrzeni upust wściekłości. By widzieć swymi lśniącymi bezwzględną stalą oczyma, jak chwyta za różdżkę, jak pozwala przepłynąć przez przedramię prądom smoczego serca, domagającego się jak zawsze spopielonej ofiary. By widzieć dalej białe nici pajęczyny, niczym włosy Moir niosącym splot przeznaczenia, które pospiesznie i wprawnie oplątują wiedźmę mającą tupet mącić mu w głowie. Pochylił na moment głowę, wzrok uciekł mu na ziemię, gdzie spętana ofiara upadła, głos gulgocząc zatrutym białym winem umilkł, choć ciało drgało walcząc jeszcze moment, nim przewoźnik zabrał duszę. Zabrał ją ku Wyspie, gdzie na brzegu czekała osamotniona kobieca postać.
Już niedługo nie będzie potrzebował różdżki, by móc to robić. Już niedługo przyzwie pajęczynę jednym prostym gestem, gdy ktoś choćby spróbuje...
Uśmiechnął się inaczej: łagodnie, opiekuńczo, rozluźniając napięte mięśnie. Wiedział, że na następną lekcję sprowadzi mugoli czy dwóch, wiedział, że taki wieczór jak ten wydarzył się raz i zgaśnie, jak świeca, w którą wpadł nieuważny owad. Opuszki dotknęły cisowej witki, przez przedramię przeszedł znajomy prąd. Dziś nikt nie będzie płonął. Dziś nikt nie zadrga przedśmiertną konwulsją. Dziś spotkali się na grę. Drugą dłonią przeczesał ścięte niedawno włosy, z pewnym smutkiem zauważając znów, że są krótsze. Nie unikał widoku ruchomych figur, mary, która tak mocno wybiła go z równowagi. Zamiast tego skupił się na tym, na czym powinien być skupiony: powtórzył gest swojej nauczycielki. Raz. Drugi. Trzeci. Powtórzył słowa, w podobnej manierze, szepcząc cicho słowa zaklęcia, odsuwając od siebie wizję sieci i kokonów. Odsuwając wizję zastygłego uśmiech na twarzy sparaliżowanej białej ćmy.
Choć nie... nie udało mu się tego odsunąć zupełnie. Po kilku próbach bowiem panna Malfoy zobaczyła czarne żuki i skarabeusze, które ruszyły w tan po jego stronie szachownicy. I tylko królowa przywdziała inny strój. Mimo swojej czarnej natury, posiadała bowiem długi biały płaszcz skrzydeł nocnego motyla.
Anthony kolekcjonował też rzeczy, które nie były materialne, najbardziej ceniąc swoje potoczyste pamiętniki. Ich słowa, zdarzenia zaklęte w pergaminie, oblewały go czasami falą nostalgii i bólu, ekstazy i tęsknoty za tym co minione i niemożliwe do odzyskania. Czasem nie potrzebował spisanych słów, samemu odtwarzając z całkiem dobrze wyćwiczonej pamięci sceny, które mogły z taką samą pieczołowitością przynieść chwilę rozluźnienia, co sprowadzić kolejną noc wysyconą osamotnieniem. Czas jawił mu się wtedy cenniejszy niż wszystkie skarby zgromadzone w jego pieczarze. Bezpowrotność czyniła wspomnienia bezcennymi i tylko pielęgnowaną paranoją i troską o zachowanie zmysłów, nie zatopił się bez reszty w myślodsiewni, gdzie mógłby wciąż i wciąż przeżywać najsłodsze z chwil, wcale jeszcze nie tak długiego życia.
I w końcu Anthony kolekcjonował ludzi i była to kolekcja najznamienitsza, do której nie przyznawał się nikomu, choć każdy kto był dostatecznie blisko mógł dostrzec rozległe pajęcze nici, na których diamenty skrzyły się niczym rosa, a lep obietnic, przysług i oczekiwań kusił uwodzącą trucizną zależności. Wprawne dłonie nie potrzebowały magii zaklętej w krwi, aby sięgnąć w chwili potrzeby ku swojej ofierze, czekającej niekiedy latami, na skruszenie ciała i duszy, na ciche lenno lojalności krążącej w żyłach. Katalogi osób, niewidzialne akta zajmujące kryształowy pałac umysłu czekały na chwilę próby, dwór, który budował z taką pieczołowitością tak długo, dwór mieniący się zestawami umiejętności, których poskąpiła mu natura, a których nie potrzebował, skoro to inni mogli być jego oczami, uszami, językiem, dłońmi...
Więc przybyła do niego, z pozoru zaproszona w pełni racjonalną potrzebą. W miłości i na wojnie wszystkie chwyty były dozwolone, a skoro los odebrał mu miłość, nie zamierzał biernie poddawać się ryzyku wojny. Konflikt wszak mógł wejść z impetem motylich skrzydeł w ministerialne progi. Zdrajcy i wywrotowcy nie będą mieć skrupułów, by obrócić magię zauroczeń i hipnozy przeciwko dawnym sojusznikom. A żeby wiedzieć jak skuteczniej się bronić, trzeba było lepiej, dogłębniej zrozumieć splot wysycający słowo i iluzję. Piękne i gładkie wyjaśnienia. Jakże pięknie fałszywe. Magia pozbawiona różdżki utrudniała wykrywalność tych zaklęć, czyż to nie ostrożność do tej pory powstrzymywała go przed zgłębianiem manipulowania ludzkim umysłem? O ironio, czyż nie chwalił się swojemu słonecznemu bożkowi, że nie zbrukał życia magiczną zdolnością manipulacji? Szlachetność, dobroduszność, idealizm, to wszystko co w nim kochał przed laty, czym ogrzewał swoje zepsute kości w bezsenne, wspólne noce. Kpił z siebie teraz, pełni świadom jak bardzo chciał się przed nim popisać, wybielić, zapewnić, jak się tym brzydzi... Jak brzydzi się tym, co i tak dla niego w późniejszym czasie czyniła eteryczna potomkini wił... Hipokryzja kalała oczy, ale patrzył na jej obrzydliwość, inhalował się smrodem własnych decyzji, przyjmując ciężar winy w świetle prawdy o sobie samym. Torturował się przy tym wspomnieniem tamtej rozmowy z nieznanym mu jeszcze zbyt dobrze intrygującym podlotkiem, torturował wspomnieniem tłuczonego szkła na włoskim deptaku, smakiem taniego, słodkiego wina na niepewnych ustach, które zaraz potem pożarły jego serce, pozostawiając po sobie nic tylko nieskończoną tęsknotę.
W końcu jednak zjawiła się i przerwała ów autoagresywny krąg myśli. Jego protegowana, choć zażyłość tej relacji dla bezpieczeństwa obojga utrzymywał raczej w tajemnicy, rozganiając przed laty plotki o ich potencjalnym małżeństwie, tak aby jej zapewnić otwartą kartę matrymonialną, a sobie... cóż, bezpieczeństwo od pomówień o kontakty z magicznym półświatkiem. Teraz jednak siedzieli na przeciwko siebie w milczeniu. Oboje wiedzieli po co tu przyszli, oboje wiedzieli jakie role muszą na ten czas przyoblec. Było to dziwne i niepokojące. Sam podjął decyzję, sam ją zaprosił, sam zaglądał we wdzięczne oczy ruchliwego dziewczęcia, które teraz dokładało wszelkich starań, by pokazać swoją dojrzałość, kontrolę nad własnym ciałem i popędami.
Biała, milcząca, koronkowa. Lorraine, niosąca przez życie miano mądrości i honoru, była dlań jak miękkie białe rękawiczki, w których mógł od czasu do czasu ukrywać swoje dłonie, zatapiając je pośród szlamu upodleńców i zwyrodnialców. Otaczała ją bariera, która sprawiała, że nigdy owa biel nie została ubrudzona, a przynajmniej on nie wiedział skazy na kwiecistej koronce i bladym licu. To było wygodne i miłe, to budowało jeden z pewniejszych mostów, ludzi przy których mógł pozwalać sobie odsłaniać choć część planów i dążeń. Teraz nie musiał nią rozkładać trzewi miasta w poszukiwaniu swojego celu. Teraz skromny dodatek do eleganckiego ubrania miał obrócić się przeciwko swemu panu, a półtransparentna materia miała wsunąć się nie w tłum, a pomiędzy ściśle pieczętowane zwoje.
To było trudne, a on dawno nie spotkał się z czymś co wymagałoby od niego tak wielkiej samodyscypliny.
Odpuścił ochronę. Zaufanie było czymś co wykuwali między sobą latami. Początkowo nie poczuł nic, nie zauważył zmiany, mimo że oczy rejestrowały ruch dłonią i cichy szelest dobywający się spomiędzy kobiecych warg. Nie pozwolił sobie na rozluźnienie, szukał odchyleń od normy, szukał tego, co nie powinno pasować do obrazu, a co narzuciła mu widzieć. I wtedy pojął. Ułuda poruszająca w tan szachowe figury, przywołała rysę na stoickiej, wystudiowanej twarzy, Lorraine mogła dostrzec ten ułamek sekundy, cień, który pozwalał jej wiedzieć, że igła weszła w punkt, który obrała.
Byli tak różni w większości przypadków, ale tak podobni u podstaw swojego istnienia. Poeci wbici w realia okrutnej codzienności. Byli miękkimi ciałami małż, obudowanymi skostniałym pancerzem muszli. A teraz on otworzył swoje wieko i czuł boleśnie na podniebieniu okruch jej istnienia, czuł lęk i wiedział, że nie może dać tego po sobie poznać. On. Niezachwiany. Tak myślał, tak sądził, a mimo to spróbował wznieść ochronę, instynktownie, bezmyślnie, odruchowo, wypluć okruch, pozbyć się ingerencji...
Rzut PO 1d100 - 11
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 8
Akcja nieudana
Akcja nieudana
...i poniósł porażkę. Patrzył na szachy, zobojętniały, z uprzejmym, salonowym uśmiechem zainteresowania, jakby pokazała mu zabawną sztuczkę. Wewnątrz jednak trwał w nim sztorm, narastający na sile w każdej sekundzie, w odwrotności do oceanu, który to z zewnątrz koi łagodnym kołysaniem, gdy jego ciemne wnętrze jest do cna wysycone spokojem. Tymczasem czarno biała gra kpiła z niego, siedząca na przeciwko niewiasta o wykrzywionej uśmieszkiem triumfu twarzy kpiła, a on nagle zaczął widzieć czerń, plamy były na jej skórze, na sukni, bród i ubóstwo, okrucieństwo nokturnu i ścieżek odciskające piękno na niegdyś niewinnej duszy. One były tam, teraz wyłażąc jedna po drugiej, czyniąc z towarzyszki kogoś podobnego miejskiej topielicy, zaciągającej go ku sobie w dół, wypełniającej płuca śmierdzącym ściekiem, rynsztokową rzeką londyńskich arterii kanalizacyjnych. Panika narastała w nim coraz większa, tarcza wspólnych lat zaufania gięła się pod naporem wrażenia, które było tak obce dla mężczyzny skrzętnie chroniącego swój umysł od nastoletnich czasów. Resztą woli nakierował ten biały emocjonalny szkwał w koleinę gniewu, tylko po to, by nie utracić do reszty kontroli. By chcieć walczyć, zamiast uciekać okryty wstydem.
A więc gniew zalał mu trzewia, szczęka zacisnęła mocno, eksponując ścięgno przy skroni. Skołowane ciało limbiczne tłoczyło adrenalinę, jego dłonie nieznacznie się zawilgotniły, a on, wciąż nieruchomy, niczym statua zamyślonego gentelmana, spuścił z cugli wyobraźnię, by móc dać w bezpiecznej przestrzeni upust wściekłości. By widzieć swymi lśniącymi bezwzględną stalą oczyma, jak chwyta za różdżkę, jak pozwala przepłynąć przez przedramię prądom smoczego serca, domagającego się jak zawsze spopielonej ofiary. By widzieć dalej białe nici pajęczyny, niczym włosy Moir niosącym splot przeznaczenia, które pospiesznie i wprawnie oplątują wiedźmę mającą tupet mącić mu w głowie. Pochylił na moment głowę, wzrok uciekł mu na ziemię, gdzie spętana ofiara upadła, głos gulgocząc zatrutym białym winem umilkł, choć ciało drgało walcząc jeszcze moment, nim przewoźnik zabrał duszę. Zabrał ją ku Wyspie, gdzie na brzegu czekała osamotniona kobieca postać.
Już niedługo nie będzie potrzebował różdżki, by móc to robić. Już niedługo przyzwie pajęczynę jednym prostym gestem, gdy ktoś choćby spróbuje...
Uśmiechnął się inaczej: łagodnie, opiekuńczo, rozluźniając napięte mięśnie. Wiedział, że na następną lekcję sprowadzi mugoli czy dwóch, wiedział, że taki wieczór jak ten wydarzył się raz i zgaśnie, jak świeca, w którą wpadł nieuważny owad. Opuszki dotknęły cisowej witki, przez przedramię przeszedł znajomy prąd. Dziś nikt nie będzie płonął. Dziś nikt nie zadrga przedśmiertną konwulsją. Dziś spotkali się na grę. Drugą dłonią przeczesał ścięte niedawno włosy, z pewnym smutkiem zauważając znów, że są krótsze. Nie unikał widoku ruchomych figur, mary, która tak mocno wybiła go z równowagi. Zamiast tego skupił się na tym, na czym powinien być skupiony: powtórzył gest swojej nauczycielki. Raz. Drugi. Trzeci. Powtórzył słowa, w podobnej manierze, szepcząc cicho słowa zaklęcia, odsuwając od siebie wizję sieci i kokonów. Odsuwając wizję zastygłego uśmiech na twarzy sparaliżowanej białej ćmy.
Choć nie... nie udało mu się tego odsunąć zupełnie. Po kilku próbach bowiem panna Malfoy zobaczyła czarne żuki i skarabeusze, które ruszyły w tan po jego stronie szachownicy. I tylko królowa przywdziała inny strój. Mimo swojej czarnej natury, posiadała bowiem długi biały płaszcz skrzydeł nocnego motyla.
Koniec sesji