Gdyby tylko Ginny o tym pomyślała… to transmutowałaby jakiś odłamek kamienia w kapelusz, a drugi w bicz, lecz zamiast patrzeć na Cathala i powydziwiać jego sylwetkę wręcz stworzoną do takich akcji – po prostu szukała kolejnych niespodzianek, jakie mogły tutaj na nich czekać.
– Myślisz, że ktoś, kto wiedział, jak je rozbroić i odnowić, przychodził dać pupilkowi kolacje? – ale to nie miało sensu, warstwa kurzu nie wyglądała na naruszoną, jakby od bardzo dawna nikogo tutaj nie było rzeczywiście. Więc co jadł? Jakaś myśl Cathala musiała otrzeć się też o umysł Guinevere, bo jakoś instynktownie spojrzała w sufit, skąd wcześniej wielka bestia spuściła się na pajęczynie, jakby szukała tam odpowiedzi na wszelkie pytania. Ale to nie było nocne niebo nad pustynią, gdzie z krystaliczną ostrością widać było wszystkie gwiazdy. Bo sklepienie było, owszem, czarne, ale nie było tam niczego, czego potrzebowali. [/a]– Cokolwiek się stanie, poskładam cię – wymamrotała pod nosem i skupiła swój koci wzrok na ścianach, szukając czegokolwiek. Bo chyba nikt nie zadawałby sobie takiego trudu z ukrywaniem przejścia we wnękach właściwego grobowca, by w tajnej komnacie… Niczego prócz wielkiego pająka nie było? Nie chciało jej się wierzyć, że weszli tutaj, by wrócić z pustymi rękami, ta intryga była szyta na, nomen omen, zbyt grubych niciach (również pajęczych), by tutaj nie było nic. Przesunęła się więc wzdłuż ściany, ściskając swoją różdżkę w dłoni; wolała, jeśli była taka możliwość, to jednak korzystać z tego światła, koci wzrok był zwykle wykorzystywany przez nią jako wspomaganie. – Ktoś się bardzo napracował – dodała, studiując swój kawałek ściany, a chwilę później, gdy tak przyświecała sobie różdżką – dostrzegła to. Ten błysk, biel na ścianie, układającą się w konkretny kształt, zupełnie nieprzypadkowy, i nie taki, jaki mógłby się sam z siebie wytworzyć na skale. – Hmm – mruknęła, przyglądając się wzorowi, który absolutnie jej nic nie mówił, a po chwili dostrzegła też kolejne znaki – płatki śniegu. Wolała tego mimo wszystko nie dotykać, nie znała się na runach na tyle. – Cal? – podniosła nieco głos, by nie mamrotać już do siebie pod nosem. – Tu coś jest, jakieś znaki na ścianie. Rozbłysły pod światłem różdżki.