16.01.2023, 18:12 ✶
Tylko że Dolohov wcale nie odzyskał świadomości. Wciąż było ich dwóch - ten obok, stojący i spoglądający na to wszystko od boku, wpatrując się we własne ciało z niejaką konsternacją, a także ten drugi - zawzięcie walczący z tym, jak próbowała go od siebie odepchnąć. Ten Dolohov, który śnił, który posiadał władzę nad własnym ciałem, przeszedł się po pokoju, jakby chciał obejrzeć to wszystko z innej strony. Leniwie stawiane kroki ustały dopiero w momencie, w którym znalazł się niemalże za fotelem. Wtedy też wyciągnął z kieszeni srebrną zapalniczkę i papierosy. Nic nie mówiąc, rozpalił jednego. Wiedział już, że to sen. Nie miał jednak pojęcia, że był to sen proroczy i to tak dokładny w swoim przekazie.
Jego ciało ryknęło zawzięcie, usilnie próbując zdominować ją swoimi gabarytami i przydusić do fotela, nawet jeżeli nie dała już sobie zacisnąć palców wokół szyi. Nie zareagował niczym na nierozsądne słowa, niesmaczne zapewne w świetle tego, kim była jego żona... Ale to i tak do niego nie docierało. Jego oczy były puste. Do tego stopnia, że nieobecność w nich widniejąca stała się trudna do opisania. Bo gdyby była w nich jakaś iskra, jakiś przebłysk koloru - to już przecież coś. A on, jeżeli na cokolwiek spoglądał, to nie była to z pewnością Loretta Lestrange. Nie było to też nic wokół. Dolohov spoglądał w niebyt.
- Za pójście za nim zapłacisz najwyższą cenę. Trzy dzwony. Jeden teraz.
Nie urwał swej wypowiedzi, lecz jeden z zegarów wiszących za jego biurkiem wybił godzinę dwunastą i po pomieszceniu rozległ się dźwięk gongu.
- Drugi, kiedy zrobisz to dla niego pierwszy raz.
Nie doprecyzował co.
- Trzeci, kiedy ostatecznie zatracisz w tym siebie. A kiedy zatracisz siebie i wreszcie sczeźniesz tak jak my, to przyjdziemy po ciebie. Nigdy nie zaznasz spokoju, nigdy nie zaznasz wytchnienia. Będziemy czekać. Będziemy odliczać dni, Loretto Lestrange.
To nie był głos Dolohova. Z jego ust wydawało się coś dziwnego - jakby kilka osób mówiło jednocześnie niczym chór. Śniący Dolohov upuścił papierosa na podłogę i zacząl się krztusić. Po chwili kaszleć zaczęło również jego ciało.
- Wrócimy po ciebie - dodał jeszcze, wracając tonem do swojej normalności. Śniący Dolohov obudził się kilka dni wcześniej, a ten teraźniejszy wzdrygnął się od razu, kiedy tylko zdał sobie sprawę z ich bliskości. Odskoczył niczym oparzony, omal nie przewracając się przy tym na zniszczonym wcześniej sznurze pereł. Wszystko powoli do niego docierało, kiedy poprawiał przekrzywioną muchę i strzepywał niewidzialne pyłki kurzu z idealnej marynarki.
- To ci zagadka - rzucił wreszcie, marszcząc krzywy nos na widok rozrzuconych wokół dokumentów.
Jego ciało ryknęło zawzięcie, usilnie próbując zdominować ją swoimi gabarytami i przydusić do fotela, nawet jeżeli nie dała już sobie zacisnąć palców wokół szyi. Nie zareagował niczym na nierozsądne słowa, niesmaczne zapewne w świetle tego, kim była jego żona... Ale to i tak do niego nie docierało. Jego oczy były puste. Do tego stopnia, że nieobecność w nich widniejąca stała się trudna do opisania. Bo gdyby była w nich jakaś iskra, jakiś przebłysk koloru - to już przecież coś. A on, jeżeli na cokolwiek spoglądał, to nie była to z pewnością Loretta Lestrange. Nie było to też nic wokół. Dolohov spoglądał w niebyt.
- Za pójście za nim zapłacisz najwyższą cenę. Trzy dzwony. Jeden teraz.
Nie urwał swej wypowiedzi, lecz jeden z zegarów wiszących za jego biurkiem wybił godzinę dwunastą i po pomieszceniu rozległ się dźwięk gongu.
- Drugi, kiedy zrobisz to dla niego pierwszy raz.
Nie doprecyzował co.
- Trzeci, kiedy ostatecznie zatracisz w tym siebie. A kiedy zatracisz siebie i wreszcie sczeźniesz tak jak my, to przyjdziemy po ciebie. Nigdy nie zaznasz spokoju, nigdy nie zaznasz wytchnienia. Będziemy czekać. Będziemy odliczać dni, Loretto Lestrange.
To nie był głos Dolohova. Z jego ust wydawało się coś dziwnego - jakby kilka osób mówiło jednocześnie niczym chór. Śniący Dolohov upuścił papierosa na podłogę i zacząl się krztusić. Po chwili kaszleć zaczęło również jego ciało.
- Wrócimy po ciebie - dodał jeszcze, wracając tonem do swojej normalności. Śniący Dolohov obudził się kilka dni wcześniej, a ten teraźniejszy wzdrygnął się od razu, kiedy tylko zdał sobie sprawę z ich bliskości. Odskoczył niczym oparzony, omal nie przewracając się przy tym na zniszczonym wcześniej sznurze pereł. Wszystko powoli do niego docierało, kiedy poprawiał przekrzywioną muchę i strzepywał niewidzialne pyłki kurzu z idealnej marynarki.
- To ci zagadka - rzucił wreszcie, marszcząc krzywy nos na widok rozrzuconych wokół dokumentów.
with all due respect, which is none